Felietony

W czym ETHAN HUNT jest lepszy od JAMESA BONDA?

Autor: Jakub Piwoński
opublikowano

W postępującej modzie na sequele i remaki jest jedna seria, która wyraźnie opiera się syndromowi zmęczenia materiału. Mowa o szpiegowskim cyklu Mission: Impossible, który w tym roku dobije do szóstej części. To dobry wynik, biorąc pod uwagę, że siła serii nie słabnie, a kolejne jej odsłony zdobywają zarówno przychylność krytyki, jak i zachwyt publiki. Ujawniony ostatnio zwiastun rozpala nadzieję na niezwykle dynamiczne widowisko, które ani na moment nie pozwoli widzowi na nudę, czym w zasadzie dopełni tradycję serii.

Fani gier komputerowych pewnie poczuli zmieszanie, gdy ujawniono tytuł kolejnej części przygód Ethana Hunta. Fallout w popkulturze funkcjonuje bowiem jako seria gier RPG (ostatnio także z cechami FPP) osadzanych w postapokaliptycznym świecie. Nie przykładałbym jednak do tej zbieżności większej wagi i byłbym spokojny o zachowanie przez Mission: Impossible swojej tożsamości. Nie wiadomo jeszcze dokładnie, o czym będzie opowiadać fabuła, ale prawdę powiedziawszy, nie jest to dla mnie istotne. Seria przyzwyczaiła mnie bowiem do tego, że bez względu jak, gdzie i dlaczego, zawsze będzie to pokazane w wyjątkowo mocny sposób, gwarantujący opad szczęki.

Za kamerą szóstej części ponownie zasiadł Christopher McQuarrie – twórca Rogue Nation, części piątej. Jedyny reżyser, który dostał od producentów szansę ponownego poprowadzenia przygód Hunta, ale nic w tym dziwnego – piątka to w końcu najbardziej dochodowa część cyklu. Przed kamerą z kolei zameldują się same znane twarze (Ving Rhames, Alec Baldwin, Simon Pegg, Rebecca Ferguson, Henry Cavill), czy to w kontekście serii, czy znane w ogóle. Oczywiście i tym razem – co dziwić nikogo nie może – poprowadzi ich niezłomny Tom Cruise. Najwyraźniej w Wywiadzie z wampirem zagrał samego siebie, gdyż aktor paradoksalnie z biegiem lat wydaje się być coraz młodszy, coraz sprawniejszy, coraz bardziej rzutki. Jeśli tak dalej pójdzie, z pewnością przebije liczbą występów wszystkich odtwórców roli Bonda.

No właśnie, skoro już o słynnym agencie jej królewskiej mości mowa, chciałbym pokosić się o pewne porównanie. Bo kto by pomyślał, że zapoczątkowana w 1996 roku seria tak długo będzie dostarczać nam satysfakcjonującej dawki energii. Pierwszy film, który nawiązywał do starego telewizyjnego serialu o tym samym tytule, nie zapowiadał, że z biegiem lat przeistoczy się w tak prominentną i charakterystyczną serię filmów szpiegowskich. Serię, która po latach stanowi dla mnie jedyną realną konkurencję dla przygód Jamesa Bonda. Choć twórcy niejednokrotnie kazali nam długo czekać, by znowu zobaczyć Ethana Hunta w akcji, to jednak dzięki temu, że koncepty filmów były zawsze przemyślane (no dobra, w dwójce się trochę przejechali), a sceny akcji dopracowane, filmy każdorazowo potrafiły dostarczyć wiele frajdy z seansu. I frajda to słowo klucz w tym wypadku. Mission: Impossible to bowiem niewymuszona bezpretensjonalność.

Prawdopodobnie dokładnie tak samo będzie z Fallout. Pojedynki, pościgi, wybuchy, piękne kobiety, silni mężczyźni oraz z pozoru niemożliwa misja, na której realizację znowu nasz bohater znajdzie sposób. Niby nic nowego, niby powtarzalność, ale jednak zawsze działa to tak samo dobrze.

A co dokładnie działa? Siła serii tkwi w charakterystycznej tonacji i atmosferze lekkości i niedorzeczności, które burzą powagę i blichtr bondowskiego realizmu uskutecznianego ostatnimi czasy. Obie serie wyraźnie zatem ze sobą kontrastują. Kluczem jest też podejście do kręcenia poszczególnych scen akcji, których spektakularność stanowi wizytówkę każdego filmu. Intrygującą zagadką jest zatem to, co tym razem uda się bohaterowi zniszczyć, przeskoczyć, przepłynąć lub przejechać. Ewentualnie – na co uda mu się wejść. To nieustanne pokonywanie granic niemożliwego działa niezwykle krzepiąco – przynajmniej na mnie. Wszystko skupia się jednak wokół postaci owego bohatera, który w odróżnieniu do Jamesa Bonda został niejako zrzucony z piedestału i stał postacią bardziej ludzką. Swój ideał agenta może wciąż zachował, ale przynajmniej potrafi czasem chybić, czyli mylić się po prostu. Jest niczym pozbawiony skrzydeł anioł, który wylądował w labiryncie – zawsze tak samo zaciekle chce odnaleźć rozwiązanie.

Wszystko skupia się jednak wokół postaci bohatera, który w odróżnieniu do Jamesa Bonda został niejako zrzucony z piedestału i stał postacią bardziej ludzką.

Na Hunta dobrze się patrzy, ponieważ w zachodzących między nim a resztą ekipy dialogach czuć niezbędną, autentyczną chemię. Oni są drużyną nie tylko na papierze. Na Hunta dobrze się patrzy, ponieważ akcje, które przeprowadza, są z reguły tak absurdalnie niewykonalne, że dogłębnie fascynuje sposób, z jakim udaje mu się uchodzić w nich z życiem. I w końcu: na Hunta dobrze się patrzy, bo Tom Cruise wkłada w tę postać całe swoje serce. O jego wyczynach kaskaderskich krążą już legendy i bez względu na to, ile w tym zręcznego marketingu, a ile prawdy, jednego nie można aktorowi odmówić – zaangażowania. Wyczulona na fałsz widownia, która od lat bombardowana jest pozoranctwem, coś o tym wie.

Właśnie dlatego trudno jest mi sobie wyobrazić, by w świetle sukcesów serii ktokolwiek wpadł w przyszłości na pomysł zastąpienia Cruise’a innym aktorem. By sequele mogły nadal powstawać (a pieniądze się zgadzały), prędzej czy później pojawią się takie sugestie, lecz jak na razie ta bondowska tradycja zdaje się nie mieć w tym wypadku przełożenia. Dlatego, Tomku, trzymaj się zdrowo, nie łam się więcej, a może znowu dokonasz niemożliwego.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane