Felietony

Trailer Gry Endera mnie uwiera

Autor: Jakub Koisz
opublikowano

Są książki, które sprawiają, że chciałbyś dostać po łbie cegłówką, aby doznać amnezji i przeczytać je jeszcze raz. I jeszcze raz przeżyć to, co przeżywało się podczas pierwszej lektury. Z Tolkienem tak miałem, z Dickiem, ze Steinbeckiem, Herbertem (tym zmelanżowanym i kosmicznym, nie tym naszym), ze Scottem Cardem również. „Gra Endera” to było to. Dla nastolatka w sam raz – kosmos, strzelanie, gry strategiczne i wykręcone rodzeństwo. Świat znajomy, choć nie opowiadający o zamulaniu przed kompem przy „Age of Empires”, ale o symulacji walki z kosmicznym najeźdźcą. I dorastaniu. Głównie o dorastaniu.

Fabuły streszczać nie będę, bo to trzeba przeżyć samemu. Jest Ziemia, jakieś 40 lat po ataku kosmitów, którzy ponownie formują swoje szeregi, a jedyne, czego pragną, to krwawego rewanżu. Tymczasem nasze siły wojskowe zaprzęgają dzieciaka, Andrew „Endera” Wiggina, genialnego stratega, aby nieco podszkolił umiejętności i pomógł w procesie symulacji walki z dawnymi najeźdźcami. Wiggin zostaje odizolowany od rodziny i umieszczony w bazie szkoleniowej, a to taki jakby Hogwart, tylko z ostrzejszą musztrą i z zerową tolerancją dla okularników…

Nie wierzę, że Gavin Hood potrafi reżyserować filmy o walecznych dzieciakach. Może o cwaniaczkach z RPA w przyzwoitym „Tsotsi” opowiedział ładnie, ale gdy wziął się za nasze sienkiewiczowskie pustynie i puszcze, coś nie wyszło. A wydźwięk do „Gry Endera” podobny – historia dzieciaków, które muszą szybko dorosnąć. Zaintrygowało mnie zaangażowanie do roli pułkownika Graffa, mentora tytułowego bohatera, samego Harrisona Forda, bo to strzał w dziesiątkę – tylko Ford potrafi być i ciepły, i twardy jednocześnie. To na plus. W zwiastunie niestety niewiele widać tego bolesnego dorastania, a film, żeby trafić do odpowiedniej grupy docelowej, musi grubą krechą nakreślić relacje Endera z rówieśnikami. Inaczej się nie da, bo zostanie tylko to, co w zwiastunie niestety wysuwa się na pierwszy plan – sterylne, niczym z teledysku Daft Punk, pomieszczenia, kombinezony zapieprzone Shepardowi z „Mass Effect” i dużo kosmicznych wybuchów (oby tylko bezdźwięcznych, bo przykładający wagę do takich naukowych niuansów Orson Scott Card dostałby palpitacji serca). W zwiastunie kręci się też po planie Ghandi-Mandaryn z tatuażami na twarzy, ale z Benem Kingsleyem jest jak z naprutym kolegą na weselu – nigdy nie wiadomo, jaką manianę odstawi.

Mimo wszystko czekam, choć nie ma w tym zwiastunie niczego, co wyskakiwałoby poza typowe, zachowawcze ekranizacje jakiejś yound adult serii. Szkoda. Książka w pewnych kręgach jest symbolem pierwszych randek ze science fiction, więc skoro dopiero po latach zabrano się za Endera, warto jednak pogrzebać w materiale źródłowym i zaskoczyć czymś również hardkorowych fanów. Może będzie dobrze. A może źle. A może nijak, niczym na wczasach w Kazimierzu Dolnym. Wasze oczekiwania co do ekranizacji oraz wish-lista mile widziana w komentarzach.

Ostatnio dodane