Felietony

Subiektywna lista filmów, które podobają się Twoim znajomym, a Ty ubolewasz nad tym faktem przeogromnie

Autor: Jakub Koisz
opublikowano

 

De gustibus non est disputandum coś tam, coś tam. Wiadomo, ile mózgów i aparatów artykulacji mowy, tyle opinii, każdy jednak przynajmniej raz w życiu poczuł tę frustrującą niemożność wytłumaczenia współrozmówcom, że film, który im się spodobał, jest filmem złym. Jak zostać wysłuchanym i odnaleźć argumenty w obliczu ignorancji zapatrzonych entuzjastów? Jak udowodnić, że to Ty masz rację, a nie oni – oni wszak się nie znają, mało widocznie widzieli, myślą tak niechlujnie, bałaganiarsko, no i oczywiście rzeczone dzieło podoba im się tylko dlatego, że lubią je inni. I tak się obraca koło złego gustu, napędzane siłą roboczą ślepych niewolników. W tym tekście nie mam na myśli przegadanego casusu „Titanica”, który albo się podoba, bo hektolitry lukru w obrazie Camerona wywołują emocje, albo odwrotnie – obraz Camerona wywołuje emocje, bo  lukier mdli. Sprawa jest o wiele głębsza. Oto mój osobisty ranking filmów, które musisz znienawidzić, Czytelniku, abyśmy mogli w spokoju wypić piwo w jednym pomieszczeniu.

5. Święci z Bostonu, USA 1999, reż. Troy Duffy – Pamiętam z czasów gimnazjum (początek ubiegłej dekady), że „Święci..” robili furorę na pirackich płytkach wypalanych przez pryszczatych kolegów, których gruczoły łojowe szalały na myśl o dobrej strzelance. „Święci z Bostonu” mieli być soczystym kinem zemsty, takim miksem „Życzenia śmierci”, „Punishera” oraz „Pulp Fiction”. Bracia MacManus walczący z rosyjską mafią dwoją się i troją, aby nikt nie powiedział, że otaczający ich świat jest kalką filmów Tarantino. Niewprawiony widz się nabierał, bo przystępniejsze jawiły się te irlandzkie ewolucje niż Quentinowskie intertekstualne narracje. Musiało minąć dziesięć lat, aby okazało się, że król jest nagi i ma zapadniętą klatę – kontynuacja bowiem uwypukliła wszystkie minusy poprzednika, grzebiąc jakiekolwiek szanse na status kultu.

4. Skazany na bluesa, Polska 2005, reż. Jan Kidawa-Błoński – Jest pewna komedia wyprodukowana przez Juda Apatowa pt. „Walk Hard: The Dawey Cox Story”, która naśmiewa się z klisz w filmowych biografiach muzyków. O ile na papierze otoczka mitologizująca jeszcze przejdzie, w filmie fabularnym urasta do poziomu irytującej apoteozy. Film „Walk Hard” nabija się niemiłosiernie z cegiełek potrzebnych do stworzenia wiekopomnego dzieła o wielkim muzyku, są więc psychodeliczne sceny pełne symboliki, jak pustynne majaki z „The Doors”, jest również ćpanie, które degeneruje artystę już po kilku miesiącach zażywania. Mamy też oczywiście konflikty ojcowsko-synowskie, a także traumy dziecięce, które można było zobaczyć w biografii Presleya lub Johnny’ego Casha. Kidawa-Błoński zdecydował się na pakiet full, pojechał ze schematami po całości. W jego filmie jest wszystko, a przez to i nic. Taka wydmuszka, która nawet nie szuka nowej jakości, szkoda tylko całkiem udanej roli Tomasza Kota i, no cóż, Ryśka Riedla.

3. Jestem Bogiem, USA 2011, reż. Neil Burger – Psychologiczno-fantastyczno-naukowo-dramatyczny film akcji, który dał nadzieję młodzieży w gimnazjum, że ćpanie rozszerzy im spektrum poznawcze i wkrótce będą na legalu wsuwać tabletki na inteligencję niczym groszki czekoladowe. Pisząc ich językiem, bardzo łatwa do „ogarnięcia” bajeczka, nawet nie wymaga wiedzy z psychologii i neurologii, bo całość opiera się na bzdurze naukowej, mówiącej o wręcz nieskończonych rezerwach potencjału naszego umysłu. Scena, w której Bradley Cooper zlizuje krew z podłogi, aby „naćpać się” od zabitego gangstera, jest tak absurdalnie głupia, że nawet średnio rozgarnięty widz musi powiedzieć w tym momencie „stop”.

2. Wszystko, co, do jasnej cholery, zrobił Tim Burton po świetnym filmie „Ed Wood” – Nie będę pisał, że Burton skończył się na „Kill’em All”, to stara śpiewka, ale nieznośne robi się oczekiwanie na jego kolejne filmy, kiedy wiadomo, że to opowieść o przykrytej tonami pudru gębie Johnny’ego Deppa, w tle pałętać się będzie Helena Bonham Carter, ktoś nałoży sweter w paski, a gotycki feel wytryśnie z każdej sceny. Przewidywalność Burtona sięgnęła wręcz apogeum, kiedy zdecydował się zrobić „Alicję z krainy czarów”. Chociaż wolę już Deppa z bladą gębą niż remake „Planety małp”. To był dopiero Burton Skończony.

 

 

1. Efekt Motyla, USA 2004, reż. Jakichś Dwóch Partaczy – Nienawidzę tego filmu całym pokładem ciemnej materii we mnie, nie tylko dlatego, że opiera się na niejasnej koncepcji (co ma wspólnego teoria chaosu ze światami alternatywnymi, bo przecież o rzeczywistościach alternatywnych ten film mówi – nie mam bladego niczym twarz Deppa pojęcia). Całość aspiruje do mądrej filozoficznej opowiastki SF, tylko ani to mądre (bardziej moralizatorskie), ani naukowe. Wszystko się boleśnie rozłazi, gdy postać bardzo słabo grana przez Kutchera chce udowodnić religijnemu współwięźniowi, że posiada boską moc. Cofa się więc do przeszłości, przebija sobie jako dziecko ręce szpikulcami na karteczki, a potem – co sugeruje film – wraca do teraźniejszości, a blizny (stygmaty?!) pojawiają się w cudowny sposób na oczach współwięźnia. Fajne i mądre takie, tylko – jeśli brać na poważnie to, co film wcześniej mówił o podróżach w czasie – taki gówniarski trik sprawiłby, że Kutcher nosiłby ślady na ciele przez całą młodość, dokładnie od momentu, gdy przekłuł sobie ręce. Ba, może nawet nie trafiłby do więzienia, wszak można było go uznać za niepoczytalnego, skoro w dzieciństwie się okaleczył. Twórcy jednak nie poszli w tym kierunku, woleli serwować widzowi teledyskową papkę, gardząc ich inteligencją.

Oczywiście spodziewam się gromów i syków pełnych nienawiści, zamiast tego spróbuj, Drogi Czytelniku, zrobić własną listę filmów, które Cię wpieniają dlatego, że są kochane przez innych.

W końcu to Ty masz rację, oni się nie znają. 

Ostatnio dodane