Felietony

Schizofreniczny magazyn filmowy dla Ciebie

Autor: Jakub Koisz
opublikowano

Miałem koszmar, w którym na naszym rynku nie było ciekawego magazynu filmowego. Nic. Sucho. Zero albo mniej niż, jak śpiewano w polskim szlagierze. Śniło mi się, że na tym bezrybiu powstał dziwaczny, wykręcony twór zrodzony w umyśle największych szaleńców. Mój rojeniowy magazyn miał okładkę wzorowaną na kultowym „Mad”. Jakieś dziwaczne, artbrutowe plakaty filmów w środku, karykatury postaci, wszystko psychodeliczne i utrzymane w stylistyce nurtu bizarro w amerykańskiej fantastyce. Intuicyjnie wiedziałem, co znajduje się w tekstach. Recenzje pisane nie przez ludzi o mocy nazwiska „Sobolewski” czy „Felis”, ale dzieciaków trollingu, raperów, schizofreników i marginesu recenzenctwa, który pamięta może coś, o czym zapominamy my – recenzja to rozrywkowa forma użytkowa.

Obudziłem się. Takiego magazynu, to jest ciekawego i odjechanego, oczywiście jeszcze nie było. Nie było w Polsce rożnorodnych magazynów o kinie, a jedynie same kwartalniki, nieregularne twory pisane ze sztywniactwem akademickim, bez swady i jaj, choć rozumiem ich obecność, jak i cel, dla którego powstają. Zastanawiam się jednak, kiedy nasza rodzima kultura będzie otwarta na magazyn z prawdziwego zdarzenia, który zrzeszałby miłośników kina na różnych poziomach – pop i academic. Chyba nigdy nie byliśmy dobrzy w utrzymywaniu przy życiu zinów. Nie ten, jak to mówią, biegun mentalny.

Wszyscy znamy tę śpiewkę. Drastyczne załamanie się rynku filmowej prasy drukowanej – niemożność utrzymania się na rynku czasopism z wieloletnimi tradycjami oraz kłopoty i brak opłacalności nowych – nie pozostawia po sobie pustki w szeroko rozumianych mediach zajmujących się tą dziedziną sztuki. W miejsce zamykanych bądź zawieszanych tytułów czytelnicy chcący dalej pogłębiać wiedzę na temat kina i tak zwanego przemysłu filmowego wybierają blogi filmowe. Można w nich znaleźć większość gatunków dziennikarskich znanych z tradycyjnej prasy: artykuły, pogłębione analizy, recenzje, rankingi, relacje, biografie (życiorysy, wspomnienia, sylwetki), a także felietony. Co za tym idzie, stają się one w coraz szybszym tempie, wraz z różnego rodzaju portalami filmowymi, substytutem prasy.

Kolejnym atutem blogów jest zróżnicowanie merytoryczne tekstów na nich publikowanych (bierze się ono z faktu, że blogi prowadzą zarówno amatorzy, jak i profesjonalni krytycy filmowi). Każdy użytkownik Internetu może na nich znaleźć wpisy dopasowane do swoich potrzeb i poziomu wiedzy, bez obaw, że teksty mogą mu się wydać za trudne, bądź też, patrząc na ten problem z drugiej strony, zbyt banalne i powierzchowne, a czasami autorzy walą wręcz popisówkę, aby nadać sobie charakterystyczny styl. Tworzą się nazwiska, wyrabia się pióro, wszystko idzie cacy. Dodatkowo pozwalają czytelnikowi na większe zaangażowanie się niż tradycyjna prasa – głównie poprzez interakcję z autorem tekstu bądź z innymi czytelnikami/użytkownikami Internetu, możliwość publikowania komentarzy czy też założenie swojego własnego bloga i w ten sposób nie tylko czytanie tekstów o filmach, ale także samodzielne wyrażanie opinii i poglądów.

Prawda że pięknie? Egalitarnie. Swojsko. Znamy to tak bardzo że ach.

Ale. No właśnie, wielkie, soczyste „ale”…

Nie za blogiem przełożonym na papier tęsknię. Chciałbym, aby na półkach w empikach, obok tytułów stricte akademickich, znalazło się miejsce na nową jakość – prasa filmowa, która szczyci się tym, że do współpracy zaprasza ludzi z różnych sfer aktywności kulturalnej. Prasa filmowa, w której znajdzie się coś dla miłośników seriali telewizyjnych z górnej półki (papier za tym tematem nie nadąża i wcale nie chodzi tylko o to, że wskakuje do rączek odbiorcy później niż wpisy blogowe). Miesięczniki tworzone przez pasjonatów, pisane wielogłosem, raz o tonacji wysokiej, a raz niskiej. Miesięczniki, dzięki którym przypomnę sobie, czemu polubiłem skrobanie o kinie, bo przecież nie tylko dlatego, że to łatwe, jeśli to medium się lubi i poznało prawidła krytyki filmowej.

Zawsze uważałem, że KMF wie, jak w to grać. O ile pamiętam, od początku portal zrzeszał swojego rodzaju outsiderów polskiego filmowa, a mimo to (a może dzięki temu) były to indywidua, które pisały teksty bez kompleksu i pretensji. Pamiętam świetne recenzje kreskówek, a także analizy kultowych filmów z ery VHS, rozśmieszające mnie do rozpuku frazą oraz celnością. I chyba dzięki temu portalowi zachciało mi się kiedykolwiek pisać o kinie, gdyż wcześniej jarało mnie raczej nobilitowanie w polskiej prasie komiksu, bo bardzo tego potrzebował nieboraczek.

Taki KMF na papierze byłby spoko.

Chciałbym to w trójwymiarowej formie, kiedyś, na półce, do pomacania i regularnego zostawiania na tym śladów mego potu z dłoni.

Na zakończenie pragnę, abyście przeczytali coś, co trzymam na samym dnie mojego pulsującego serduszka. Oto zarchiwizowana wiadomość od kolegi, który tak bardzo odradzał mi „Miasto 44”, jak tylko doradzać seans może ktoś, dla kogo owe oradzanie może być poczuciem musji. Uwaga, są spoilery. Uwaga, jest głupio i infantylnie. Uwaga – mimo to chciałbym, aby miał swój kącik recenzencki w dawnym Filmie, gdzieś obok tekstów wykładowcy z łódzkiej filmówki. Pisownia oryginalna:

„Wiadomo, na początku filmu dostałem takę informację, ile oni nie włożyli hajsu i pracy w ten film i tak dalej, i tak dalej. Film się zaczyna, jest jakiś tam bohater, którego imienia już nie pamiętam, idzie se do pracy przez Warszawę i tutaj mi się podoba przedstawienie Wawy, te stare tramwaje, ulica z kostki, to było super. Wątek miłosny też jest fajny, bo przynajmniej jakieś emocje są, co nie, i ta czarna dziewczyna ładna w ogóle. Ale potem grzybnia bo nie wiadomo co to chcą pokazać. Ogarnęły ziomki w tym wypadku zwolnione tempo i tyrają na umór co drugą scenę tym. Potem jest scena, jak koleś ratuje blondynkę taką i jest mega obstrzał, że ni chuja, nie uciekną, ale oni uciekają i ona jeszcze w trakcie zatrzymuje się, leci z typem w ślinę i nagle pojawia się taka pomarańczowa aura i jakieś gwiazdki. Scena mega w kit. Potem koleś rucha się z tą czarną i już się ruchają i nagle wpieprza się ta sama oprawa, tyle, że nie gwiazdki, a jakiś śnieg i w tle leci ciężki dubstep kurka. Czaisz jakie przekombinowane, no, ha, ha, ha.”

Poezja miłości do kina. Ulica się wypowiedziała. Eklektyczna, polifoniczna krytyka z mojego snu.

Ostatnio dodane