Pieprzyć „Glee”, czyli 21. ulica, gdzie leżą licealne trupy | FILM.ORG.PL

Pieprzyć „Glee”, czyli 21. ulica, gdzie leżą licealne trupy








Jakub Koisz
28.08.2013


Dawniej, gdy oglądałem amerykańskie komedie, cieszyłem oczy tylko i wyłącznie głupawymi scenami oraz koncentrowałem się na skeczach, a raczej ciągu skeczy, mniej lub bardziej wymuszonych. Kontekst był, owszem, ważny, ale czerpałem przyjemność głównie z żartów niskich lotów. Nie wiem, czy mój aparat poznawczy popsuły lektury Źiźka i innych filmoznawców, ale łapię się na tym, że oglądam amerykańską komedię dla nastolatków i… chcę o niej napisać. Bardzo chcę.

Miałem okazję obejrzeć z przyjaciółką drugi raz „21 Jump Street”, czyli remake (choć nie wiem, czy to odpowiednie słowo) kultowego w niektórych kręgach (szczególnie wśród fanów Deppa) serialu z lat 80. Recenzja filmu u nas już powstała, ktoś mnie dawno ubiegł, ale mimo to potrzeba napisania o filmie nie zniknęła. W nowej wersji trzon fabularny jest podobny do poprzednika – mamy młodo wyglądających policjantów po akademii, którzy skończyli szkołę średnią 5 lat wcześniej. Teraz muszą wrócić pod przykrywką do liceum, aby zająć się szajką produkującą i sprzedającą nowy, syntetyczny narkotyk. Oczywiście łamią po drodze kilka zasad, m.in. „don’t fuck students and teachers”, ale kto by się tym przejmował. Koncept niby stary jak świat – typowe fish out of water, powrót do liceum, coś jak Peggy Sue. Główni bohaterowie mają swoje doświadczenia, jeden z nich był kiedyś kujonem i szkolnym grubaskiem od wykręcania sutków, drugi to przystojniak, sportowiec i owe sutki z chęcią frajerkom na korytarzu wykręcał. Dzisiaj są najlepszymi przyjaciółmi i starają się odnaleźć w nowej rzeczywistości współczesnego liceum (pierwszy z nich, fajtłapowaty chodzący kompleks grany przez Jonah Hilla wręcz w przezabawnej scenie modli się, aby powtórka ze szkoły średniej nie była tak traumatyczna, jak oryginalne lata młodości).

Śledzenie schematu „ryby wyciągniętej z wody” zawsze jest zabawne, opiera się bowiem na prostocie. Widzieliśmy to w kinie superbohaterskim, kiedy postacie tracą moce. Widzieliśmy to w filmach o podróżach w czasie, gdzie skonfudowani podróżnicy nie rozumieli zmieniających się realiów. Zostają więc proste wnioski – czasy się zmieniają, nic już nie będzie takie jak dawniej, a mit młodości to jeden z najciekawszych narracyjnie mitów. „21 Jump Street” jednak kopie trochę głębiej, a z socjologicznego punktu widzenia to film mądrzejszy niż niejeden tytuł rozrywkowy, jaki widziałem ostatnio w kinie. Osiąga to głównie dzięki temu, że porusza sprawy zmian, które mają miejsce na naszych oczach. Rzemieślnicze walory, które pokazują, że to naprawdę zabawna komedia ze świetną chemią miedzy główną parą aktorską, nie są drugorzędne, ale i tak najciekawsze wydaje się to, co film widzowi przemyca.

Szczerze, od dawna czekałem na fabułę, w której ci „źli” (to nie spoiler, ekspozycja odbywa się szybko) będą reprezentowani przez tolerancyjną, postępową młodzież o lewicowych zapędach, społeczno-środowiskowym aktywizmie. Już nie będę pisał – hipsterów, sam nie wiem, co ta kategoria oznacza. Ciekawe jest jednak to, co zauważyło kilka osób z mojego środowiska. Gdy chodziłem do gimnazjum i liceum, trawkę można było skumać tylko i wyłącznie od miejskich szumowin, któremu nie zostawiłoby się wózka z dzieckiem choćby na pięć minut. Jak to wygląda dzisiaj, po tych 5-7 latach? Nie jestem głęboko w temacie, ale z pracy dydaktycznej wiem, że kilka gietów można zdobyć od dzieciaków, których największym marzeniem jest pójście na studia architektoniczne. Dzieciaków, którym w domu raczej niczego nie brakuje.

Kolejną ciekawą sprawą, zauważoną przez twórców filmu, jest przewartościowanie podziałów. Wiem, że prosta dychotomia „cool – lamus”, która pojawiała się w kinie Hughesa, od dawna jest nieaktualna, ale zastanówmy się, który licealista wstydzi się dzisiaj tego, że jest miłośnikiem komiksów o Spider-manie? W moim odczuciu jest to dzisiaj bardzo nobilitujące. A kto wstydzi się tego, że wie więcej o świecie Star Wars niż o polskiej lidze piłkarskiej? Minęło raptem 5 lat, a tak wiele się zmieniło. Powód? Jak z rozbrajającą szczerością mówi nieprzystosowany bohater grany przez Channinga Tatuma (niegdyś gwiazda sportu i szkolny podrywacz, dzisiaj w oczach fajnej młodzieży – zwykły osiłek i prostak), wszystkiemu winne jest pieprzone „Glee”.

Nie uważam tego filmu za dzieło odkrywcze, ale mimo wszystko mogę z czystym sumieniem postawić znak równości między „21 Jump Street” a „Wpadką” Apatowa (jedno z bardziej dojrzałych podejść do tacierzyństwa i macierzyństwa u ludzi „niegotowych”). Widzę może więcej, bo w szkole zawsze stałem jedną nogą wśród szkolnych sportowców, a drugą – wśród fandomu stawarsowców. Tak samo jak w przypadku „Wpadki”, to celne, współczesne, bardzo aktualne spojrzenie. Taką popkulturę lubię, a jeśli zapowiada w kinie zmierzch hipsterstwa (co kręci teraz patałach Xavier Dolan i kogo to w najmniejszym stopniu interesuje? A Kasia Rosłaniec? Hmm?) i ustąpienie miejsca dla nowych, ekscytujących i niezbadanych terenów – jestem za. Bo wszystkiemu winne jest cholerne „Glee”. Pieprzyć „Glee”…

 

 

Jakub Koisz

Jakub Koisz

Skończył polonistykę i kulturoznawstwo. Pisze więc, a to o komiksach, a to o filmach i książkach, uczy mówienia, uczy pisania... Mógłby całymi dniami biegać za piłką lub opowiadać przyjaciołom o filmach, które go ostatnio podjarały. Zapewne choć raz w życiu polecił Ci "Big Lebowskiego", komedie Franka Capry lub "Avengers". Jeśli byłaś kobietą i uznał, że sympatyczną, bredził Ci o "Przed wschodem słońca". Jeśli Cię nie polubił, kazał Ci obejrzeć "Salę samobójców" lub "Efekt motyla". Lubi boks i kino bokserskie.
Jakub Koisz






  • Hrynul

    Artykuł skończył się zanim tak naprawdę się zaczął. Autor odkrył niesamowitą prawdę życiową, że czasy się zmieniają, mody przychodzą i odchodzą, normy społeczne ulegają poluzowaniu, a święty Mikołaj nie istnieje.

    • patyczak

      Zgadzam się. Fajnie się zaczęło, a gdy myślałem, że już dotarłem do sedna artykułu, skończyło się.

  • Anna

    Bardzo fajne, choć nie uważam, żeby AŻ tak się wszystko zmieniło w ciągu 5 lat. Tylko jedna uwaga: skoro czytanie komiksów i ogólne geekostwo jest już trendy, to czemu ciągle mówi się o geekach pobłażliwie?

  • Stefan

    Nie wiem co to „Glee”, a Dolan nakręcił jeden dobry film. Bezsensowny artykuł, nihil novi.

  • Maciej

    Mało chyba wyciągnął Pan z Zizka, tekst zdecydowanie miałki i nie wnoszący nic nowego

  • Moseya

    Z przemyśleniami pana Koisza mam ten problem, że zawsze jest świetnie, lekko napisane, żywym językiem bez natręctwa schematów, ale jednak za często pisze z perspektywy zbawcy. Jakby każdy czekał, co tam u niego w głowie i na podwórku słychać. Tekst o mało znaczącym filmie powodem do przemyśleń? Hmmm






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Madryt 1987

Następny tekst

Piękne widoki Malicka



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE