Felietony

OPRAH NA PREZYDENTA, WAHLBERG NA STOS, czyli jak uszczęśliwić kobiety na siłę

Autor: Damian Halik
opublikowano

Ostatnio na każdym kroku dopadają mnie skutki oddziaływania starego (niekoniecznie chińskiego, ale to w tym momencie najmniej istotne) przekleństwa „Obyś żył w ciekawych czasach”. W czasach, gdy eskalacja ludzkich dramatów zachodzi w postępie geometrycznym – nieistotne, czy mówimy o głodzie, wojnach, nasilającej się spirali strachu czy braku dyniowego latte w ulubionej kawiarni – wszyscy jesteśmy świadkami wiekopomnych momentów. Chwil, które zapiszą się w historii (choć nie będzie to raczej pozytywna notka).

Czy wy także zaobserwowaliście serię ko(s)micznych anomalii, do jakich doszło w zeszłym tygodniu? Zupełnie jak gdyby grudzień (dość spokojny jak na obecne realia) był okresem zawieszenia broni, przetasowań i zwarcia szyków w oczekiwaniu na sygnał do wystrzału kolejnej salwy mniej lub bardziej niedorzecznych pomysłów na uleczenie hollywoodzkiej śmietanki z toczącej ją choroby. I sygnał ten padł w ubiegłą niedzielę podczas skąpanej w czerni gali wręczenia Złotych Globów. Potem było już tylko ciekawiej.

Optymiści zapewne woleliby wspominać 75. ceremonię wręczenia Złotych Globów jako moment swoistego triumfu idei równouprawnienia oraz niczym nieskrępowanego marzycielstwa, które obrazowali Oprah Winfrey i Tommy Wiseau. Dla obserwatorów życia hollywoodzkich sław wystąpienie byłej gwiazdy amerykańskiej telewizji stanowiło jasny sygnał, że w ten oto sposób rozpoczyna się kampania wyborcza – Winfrey już przed dwoma laty zachęcano do kandydowania na stanowisko prezydenta Stanów Zjednoczonych, a w zeszłym roku jej nazwisko w kontekście wyborów w 2020 roku wypowiadano jednym tchem tuż obok Howarda Schultza (założyciel Starbucksa) i Boba Igera (prezes Walt Disney Company). Czas pokaże, ile w tych plotkach prawdy, jednak już teraz martwić mogą złudne nadzieje, że Oprah zmieni świat zza biurka Gabinetu Owalnego. Jeszcze gorzej, że oddolny ruch społeczny pierwotnie mający na celu wsparcie kobiet w walce o równouprawnienie w międzyczasie przerodził się w dość niesmaczny kabaret.

Najlepszym dowodem niech będzie skryty gdzieś w cieniu wystąpienia Winfrey osobisty dramat jakże aktywnie uczestniczącego w promowaniu akcji #MeToo Jamesa Franco, którego zwycięstwo – zupełnie przypadkowo! – zbiegło się z dopisaniem go do listy „szowinistycznych męskich świń, które wykorzystywały bezbronne kobiety marzące o karierze aktorskiej”. Oskarżenia wysunięte za pośrednictwem mediów społecznościowych w momencie, gdy Franco odbierał Złoty Glob dla najlepszego aktora komediowego, szybko się rozprzestrzeniły, a w ślad za pierwszą „odważną” poszły kolejne pokrzywdzone. Czym zawinił aktor? Z relacji pięciu kobiet wynika, że Franco podczas prowadzonych przez siebie zajęć aktorskich kazał im odgrywać sceny w negliżu. W tym niedorzecznym przypadku – na szczęście – reakcja była stosunkowo racjonalna (jak na internetowe realia) i wśród morza obelg znalazło się sporo głosów podważających oskarżenia, choć potencjalna nominacja do Oscara za główną rolę w The Disaster Artist zawisła na włosku. Przerażający jest jednak fakt, że to nie prokuratura i sądy, a właśnie Twitter po raz kolejny staje się orężem kobiet walczących o… sprawiedliwość? Dosłownie dwa dni później nacięła się na to nawet Jessica Chastain znana ze wspierania wszelkich akcji związanych z emancypacją kobiet.

Chastain, którą obecnie możemy oglądać w Grze o wszystko, została wrzucona na minę przez Melissę Silverstein – feministyczną działaczkę, założycielkę organizacji Women and Hollywood. Poszło o różnicę płac między Michelle Williams a Markiem Wahlbergiem. Rozpętano burzę w szklance wody – nie zabrakło obelżywych komentarzy w stosunku do aktora, który – podobno – za dziesięć dni dokrętek do Wszystkich pieniędzy świata Ridleya Scotta zainkasował 1,5 miliona dolarów, podczas gdy gaża Williams miała wynieść wówczas niespełna 1000$. Nikogo nie obchodzi, że zdaniem Scotta jedynym opłacanym w tym czasie aktorem był Christopher Plummer, ani tym bardziej wielokrotnie powtarzane w wywiadach stanowisko czterokrotnie nominowanej do Oscara aktorki, która z całą stanowczością podkreślała, że nie chciała przyjąć dodatkowych pieniędzy. Tak oto dotarliśmy do momentu, w którym kobiety zaczęły na siłę uszczęśliwiać inne kobiety i bojować o ich prawa… wbrew ich woli. Czy tylko mi przywołało to na myśl cyniczny uśmiech Imperatora Palpatine’a i kultowe „Ironic”?

I wtedy wchodzi Catherine Deneuve, ubrana cała na biało, i mówi: dość tego purytanizmu. Niemal równolegle do spowodowanej wyimaginowanym problemem internetowej nagonki na Marka Wahlberga, głos zabrała grupa stu francuskich kobiet ze słynną aktorką na czele. Co prawda brak jej poparcia celebrytów, ale pod listem otwartym, który opublikowano na łamach dziennika „Le Monde” podpisało się wiele znaczących dla francuskiej kultury i sztuki pań, także tych legitymujących się tytułami naukowymi – głównym postulatem listu Deneuve było roztropne szafowanie oskarżeniami o molestowanie. Na przestrzeni ostatnich miesięcy przybrało ono bowiem formę dowolnej interpretacji zachowań, które do jednego worka wrzucają gwałt i niewybredne żarty w stosunku do kobiet, co w połączeniu z oszczerstwami, na które nie ma dowodów, nie prowadzi do niczego poza uśmiercaniem karier. Akcja spotkała się oczywiście z wyraźną krytyką środowisk feministycznych, które oburzają się rozbijaniem solidarności jajników, co działa „na korzyść mężczyzn” i stanowi „brak szacunku dla ofiar”.

Paradoksalnie to kobiety kobietom zgotowały taki los.

Co najciekawsze, nikt jak dotąd nie zwrócił uwagi na fakt, że ci „źli mężczyźni” w każdej z ostatnich sytuacji pełnili funkcję biernych obserwatorów, podczas gdy panie powoli same zaczynają skakać sobie do gardeł. Widząc tę siostrobójczą walkę, trudno uciec od porównań do naszej wewnętrznej polityki. Nieporadność i brak spójnej koncepcji bije po oczach, co nie pomaga ani w oczyszczaniu branży rozrywkowej z bajzlu, jakiego w ostatnich kilku dekadach na salonach narobił Harvey Weinstein i jemu podobni, ani tym bardziej w oddawaniu sprawiedliwości prawdziwym ofiarom. I co dalej? Zobaczymy, co przyniesie kolejny tydzień. Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że ta afera już od jakiegoś czasu toczy się poza zasięgiem męskiej percepcji. Internetowe samosądy prędzej czy później zaczną przynosić efekty odmienne od zamierzonych – wówczas jak zwykle najwięksi krzykacze znajdą sobie nowe zajęcie, a rzeczywiste ofiary – cóż, najpewniej wrócą do punktu wyjścia. A podejrzani panowie mogą jedynie iść śladem Michaela Douglasa i zawczasu przeprosi, „gdyby ktoś kiedyś poczuł się urażony”. To też jakieś rozwiązanie.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane