Felietony

Opowieść o HANIE, który strzelił pierwszy i wolał pozostać SOLO

Autor: Jakub Piwoński
opublikowano

Minęło już kilka dni od mojego seansu nowego blockbustera Disneya – Han Solo: Gwiezdne wojny – historie – a ja wciąż nie mogę przestać o nim myśleć. Postanowiłem pójść za tym wiercącym mi dziurę w brzuchu uczuciem i zastanowić się, co w filmie Rona Howarda jest tak wyjątkowego. Moje refleksje przy okazji uwypukliły jedną z ciekawszych właściwości kina.

Nie mogłem być bardziej sceptycznie nastawiony do seansu. Jako sympatyk Gwiezdnych wojen, zwłaszcza ich oryginalnej wersji, z wypiekami na twarzy śledziłem pierwsze doniesienia o kolejnym spin-offie, który tym razem miał opowiadać o moim ulubionym bohaterze. Entuzjazm zaczął topnieć z chwilą, gdy dowiedziałem się o problemach na planie, o dość zaskakującym zwolnieniu Lorda i Millera ze stanowisk reżyserskich i załataniu powstałej na ten skutek dziury Ronem Howardem – najbezpieczniejszym wyborem z możliwych. Gdy z kolei zobaczyłem pierwszy zwiastun widowiska, nie byłem pewien, czy jest jeszcze na co czekać. Wyczułem sztuczność zarówno w uśmiechu Aldena Ehrenreicha, jak i w atmosferze. To nie był świat, w który chciałem wchodzić. To nie był ten Han Solo, który tak bardzo fascynował mnie za dziecięcych lat.

Kiedy szedłem do kina niejako z marszu, niejako z obowiązku, w żaden sposób nie ciążył na mnie bagaż oczekiwań. Możecie sobie zatem wyobrazić, jak wielkie i przyjemne było moje zaskoczenie, gdy tuż po kapitalnej sekwencji początkowej – w której młody Han wraz z dziewczyną starają się wydostać z tarapatów – uświadomiłem sobie, że ten seans wcale nie musi zakończyć się porażką. W trakcie jego trwania byłem zaskoczony ukłonem, jaki twórcy wykonali w kierunku tradycyjnych efektów specjalnych, oraz nagromadzeniem innych subtelnych nawiązań do oryginalnej trylogii. Byłem zachwycony niezwykle charyzmatycznymi rolami aktorskimi oraz historią, która dla każdej postaci tworzyła odpowiedniej wielkości pole do popisu. Dobrze zadziałał na mnie także bijący z obrazu naturalny luz, jakże odświeżający i odmienny od patosu filmów nowej serii.

Prawda jest jednak taka, że nie są to czynniki, które zdeterminowały moją wysoką ocenę. Nie są to aspekty, które „zrobiły” mój seans. Już od jakiegoś czasu zauważam, że często to, co w danym filmie naprawdę się nam podoba, nie ma większego związku z jakimkolwiek elementem jego struktury. Owszem, na myśl o nim i w sytuacji argumentowania jego jakości wypada wspomnieć o ewidentnych zaletach – tak jak to zrobiłem w poprzednim akapicie – by nie wyjść na ignoranta. Prawda jest jednak taka, że największe znaczenie ma uczucie bliskości, łączności z bohaterem i losem, jaki przyszło mu toczyć. Gdy twórcom uda się to wrażenie w nas wyzwolić, film staje się swego rodzaju katalizatorem wspomnień – losy bohatera przypominają nam nasze własne, dzięki czemu tworzy się okazja do bardzo budującej w skutkach refleksji.

Ujęło mnie zatem to, w jaki sposób film Rona Howarda zrealizował założenie origin story, polegające na ukazaniu genezy dobrze nam znanego bohatera.

Do czego skłonił mnie film o Hanie Solo? Jak już zasugerowałem, pilot Sokoła Millennium zawsze mnie intrygował. Choć identyfikowałem się z Lukiem, po latach utwierdzam się w przekonaniu, że równie bliski jest mi Solo – i jest w tym niemała zasługa filmu Howarda. Czuję z tą postacią łączność, rozumiem jej motywację, akceptuję wybory. Han Solo jest w Gwiezdnych wojnach osobliwym przykładem antybohatera. Wyłaniające się na pierwszy plan cechy jego osobowości – cynizm, przebiegłość, krewkość – nie stanowią zachęty do tego, by na ich podstawie stworzyć moralny wzór do naśladowania. Jednak tym, co ostatecznie ratuje Hana w naszych oczach, jest to, że pod jego grubą skórą, poniewieraną różnymi przeżyciami, kryje się dobro. To Leia je przed nami odkryła.

Ujęło mnie zatem to, w jaki sposób film Rona Howarda zrealizował założenie origin story, polegające na ukazaniu genezy dobrze nam znanego bohatera. Wiedząc o tym, jak zgorzkniałym charakterem jest Han w oryginalnej trylogii, w filmie opowiadającym o jego młodości należało pokazać przyczyny tego zgorzknienia. Być może wybór, jaki podjęli scenarzyści, jest trywialny, ale według mnie broni się on swoją wiarygodnością w całej rozciągłości. Okazuje się bowiem, że to miłosny zawód wywoła w Hanie cynizm. To kobieta, która da mu spektakularnego kosza, zdeterminuje jego charakter.

Przez cały film trzymałem za Hana mocno kciuki. Nie za to jednak, by planowany wraz z kolegami skok zakończył się powodzeniem. Ale za to, by starania bohatera w konsekwencji doprowadziły do odzyskania dawnej miłości. Bo to jest prawdziwy MacGuffin Hana Solo – uczucie, które brutalnie zostało przed laty zakończone. Gdy pojawia się szansa na rozpalenie tego żaru ponownie, Solo nie zastanawia się długo i postanawia działać. Widok jego chłopięcej naiwności budzi bliskie memu sercu skojarzenia. Ślepota w obliczu ewidentnych sygnałów braku zainteresowania wysyłanych przez kobietę nie prowadzi do niczego dobrego. Upadek jest wskazany, by w zetknięciu z ziemią dojrzeć swoją lekkomyślność i czym prędzej się pozbierać.

Posługując się zatem filmowym przykładem, raz jeszcze rozliczam się z własną przeszłością – i jest to zarazem ostatnie uczucie, jakie spodziewałem się uzyskać po mainstreamowym widowisku.

Nie mam pretensji do Qi’Ry, że odrzuciła Hana. Jest w końcu dorosłą, asertywną kobietą, świadomą swych potrzeb i konsekwencji podejmowanych wyborów. Nie krytykuję także wpływających na jej działania obaw. Słabość jest przecież częścią każdego z nas. Jeśli jednak chodzi o bolesne w skutkach odwrócenie się od Hana w chwili, gdy ten poczuł przypływ szczerej nadziei na powrót dawnego uczucia, to jest w tym coś dogłębnie smutnego, acz jednocześnie – budującego. Beckett, przypadkowy mentor, obnaża w finale naiwność Hana, dzięki czemu ten decyduje się strzelić pierwszy. Wniosek? To nie sukces, ale porażka kształtuje ducha. Morał, jaki z niej wyciągniemy, ułatwia decyzję w wyborze ciemnej lub jasnej strony mocy.

Han wolał działać solo i… zostać pośrodku.

Ostatnio dodane