Felietony

Oglądam filmy z synem #1. Nowy cykl na stronie

Filmy dla dzieci z punktu widzenia ojca

Autor: Rafał Oświeciński
opublikowano

Oglądanie filmów z synem to niesamowita sprawa. Naprawdę.

Dla kogoś, kto film traktuje jako pasję, obserwowanie tego, co syn ogląda, jak ogląda, jak reaguje, o czym pamięta, co go fascynuje, a co ignoruje – to wspaniałe uczucie, a tym lepsze, jeśli podziela zachwyt rodzica.

Jest w tym coś z ignorancji, przyznaję. Chciałbym, aby moje dziecko zafascynowało się filmem jako takim, aby poznało jego oblicze, doświadczyło różnych form i treści. Podobnie jak przeczytane książki, odwiedzone galerie, dobra muzyka, rozmowa z ciekawymi ludźmi – film potrafi skutecznie wzbogacić osobowość, otworzyć umysł na nowe, inne, nieznane. Film jest nośnikiem pewnego typu wiedzy o różnych ludzkich emocjach, dzięki czemu niejako wymusza na dziecku ich rozumienie, a to z kolei buduje w nim większą wrażliwość na to, co się dzieje dookoła niego. Nie mogę tego faktu ignorować.

O tym, jak i co się ogląda poniżej, a dla niecierpliwych – tutaj 3 recenzje: BFG, Szajbuz i pingwiny, Był sobie kosmos. Choć wolałbym, abyście poznali uzasadnienie 🙂

r

JA JAKO OJCIEC

Miałem to szczęście, że od najmłodszych lat nie bałem się trudniejszych filmów. Nie chcę dokonywać jakiejś autoanalizy, bo pewnie znalazłbym dziesiątki różnych powodów, dlaczego lubiłem to, co lubiłem, niemniej chciałbym, aby mój syn – lat sześć i pół – polubił oglądanie filmów. Tak po prostu. Aby to był swego rodzaju rytuał, jakim każdy seans był i jest dla mnie. Aby – dzięki doświadczeniu – nie obawiał się nowych filmowych doświadczeń, chętnie sięgał po klasykę; aby był krytyczny wobec ewidentnych miernot i nie bał się zachwytu, gdy film wykracza poza jego oczekiwania.

Świadomość tego, że poznawanie kultury jest czymś istotnym – matko, jak banalnie to brzmi – prowadzi do prostych wniosków: obchodzi mnie to, co moje dziecko ogląda. Nie tylko obchodzi mnie to jako rodzica, ale jako kinoman nie potrafię przejść obojętnie obok tego, co mój syn ogląda. Często chodzimy do kina, lubię podsuwać mu klasykę, staramy się razem poznawać to, co fascynuje dzisiejsze dzieciaki oraz to, co my pokochaliśmy w latach siedemdziesiątych, osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych.

Skoro tutaj jesteście, to wiem, że film obdarzacie sympatią trochę większą niż inne oblicza kultury.

JAK OGLĄDAĆ, ABY WYCHOWAĆ

Oczywiście aspekt wychowawczy jest tutaj nie do pominięcia. Niezwykle ważne były i są wskazówki rodziców, co można oglądać, a czego nie można; ich pozwolenie na doświadczanie nowego, nieznanego versus ich zakazy – czasem zasadne, a czasem irracjonalne – uwzględniające nasz wiek. To ten element naszego „filmowego kręgosłupa”, który jest nie do przecenienia, choć trzeba zdawać sobie sprawę z tego, że wychowawczych modeli towarzyszących oglądaniu filmów jest pewnie całe mnóstwo. W tym miejscu wystarczy sama krótka konstatacja:

rodzice w kształtowaniu dziecka-widza są niezwykle ważni.

Ważne też jest oczywiście to, co oglądamy. Prawdopodobnie większość z was może dość precyzyjnie podać konkretne ulubione filmy z dzieciństwa; bez problemu jesteście w stanie przywołać dziecięce fascynacje, bez względu na to, czy mówimy o telewizji, kinie czy kasetach VHS lub płytach DVD. Spektrum doświadczeń pewnie będzie rozległe – niektórzy z was skupiali się głównie na klasycznych bajkach z telewizji publicznej (ci młodsi z Cartoon Network), inni pochłaniali importowane animacje; jeszcze inni zaliczyli filmowe klasyki, towarzysząc rodzicom w sobotnie wieczory, a pewnie są i tacy, którzy łykali wszystko, co się pojawiło przed oczyma, a kategoria wiekowa nie miała znaczenia. Albo wszystko razem. Doświadczenie każdego z nas jest inne.

Ja z synem oglądamy wspólnie.  I temu oglądaniu będzie poświęcony cykl.

TO CHOLERNE „KIEDYŚ”

Zwykło się sądzić, że dzisiaj dobrych filmów dla dzieciaków się nie robi. Że kiedyś to było lepiej, że bajki działały niemalże prozdrowotnie, jak witaminy dla umysłu i wyobraźni. Wymagały więcej od młodych widzów, a sami dorośli mogli poczuć się pewniej, zachęcając do oglądania. Takie sentymentalne podejście jest obecne w niemal wszystkich dziedzinach kultury. Bo przecież: kiedyś to powstawały powieści! Kiedyś to była muzyka! Dzisiejsza sztuka?! Jaka sztuka!  Kiedyś to było. Kiedyś!

Och, co za bzdury.

Jakby wszyscy zapomnieli, że rzeczywistość wokół nas zmienia się regularnie – jest lepiona z nagłych mód, możliwości technologicznych, jakości edukacji, rodzicielskiej świadomości i wielu innych czynników, dzięki którym powstaje coś niejednorodnego i coś, co ulega dalszym przeobrażeniom, czy tego chcemy czy nie.

Utyskiwanie na współczesność jest obecne co pokolenie – nasi rodzice wzdychali z rozrzewnieniem na wspomnienie czasów swojej młodości, ich rodzice robili to samo i możemy tak dalej sięgać w przeszłość (choć pamiętając, że Dzisiaj pędzi zdecydowanie szybciej niż Wczoraj). Możemy mieć pewność, że dla naszych dzieci – tych już obecnych i tych hipotetycznych – będziemy poniekąd starymi pierdołami nierozumiejącymi tak pięknej rzeczywistości, która jest teraz, a oni sami, gdzieś w połowie XXI wieku, będą się zżymać na swoje dzieci spoglądając z utęsknieniem w 2016 rok. Każdy z nas staje się po jakimś czasie konserwatystą chcącym zatrzymać czas.  Z wiekiem coraz trudniej wyrwać się przyzwyczajeniom, coraz sentymentalniej spoglądamy na przeszłość. Jakby tkwił w głowie zawiadowca, który po latach ciężkiej pracy ze zwrotnicami przechodzi w stan spoczynku i ma gdzieś spychanie pociągu na nowe trasy. Kręcenie się w kółko też ma swoje zalety, głuptasie – uparcie podpowiada mi głos w głowie.   

Konserwatyzm jest niekiedy zdrowy, ale również zgubny. Trzymam się uparcie tego, że „kiedyś” to zwrot bezsensu.

Innymi słowy – to, co dzisiaj, niekoniecznie jest gorsze niż to, co kiedyś. Jest po prostu inne, inaczej tworzone, inaczej odbierane. Przepraszam za oczywistości, ale w kontekście powracających wciąż „kiedyś” uzasadnione.

TO CHOLERNE „DZISIAJ”

Inaczej konsumuje się dzisiaj treści i to z pewnością nie pozostanie bez wpływu na wrażliwość dzieciaków, a wkrótce – młodych, dorosłych. Dorasta pokolenie, dla którego internet, brak granic i technologiczne obycie jest normą; nie jest – jak dla nas wychowanych częściowo w PRL – jakąś dziejową zdobyczą, przykładem dynamicznej rewolucji, której bezpośrednio doświadczaliśmy. Internet jest czymś oczywistym. Na marginesie warto zaznaczyć, że to oczywiście niesie za sobą szereg poważnych konsekwencji społecznych i politycznych, których prologu jesteśmy właśnie świadkami.  

Możemy odczuwać pewnego rodzaju dysonans, którego źródło tkwi w ilości bodźców. Bez problemu jest zauważalny kulturowy przesyt, który towarzyszy widzom wychowanym w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych.

Na ekranach kin jest więcej filmów niż dwadzieścia-trzydzieści lat temu, a rodzice praktycznie co tydzień mają jakąś premierę dla dzieciaków.

Są kanały telewizyjne wypełnione dziecięcą ramówką niemalże dwadzieścia cztery godziny na dobę – i to bezpłatnie, niekoniecznie przez kablówkę czy inne komercyjne platformy. Jest YouTube, który jako medium rośnie z każdym dniem, a niektóre kanały znaczą dla świata mediów co najmniej tyle samo, co tradycyjny przekaz w telewizorze. Jest Netflix z wielotysięczną biblioteką filmową. Jest Deezer, Tidal, Spotify z dziesiątkami tysięcy albumów muzycznych za 9.99 zł na miesiąc. Nie masz pudła zawieszonego na ścianie? To na pewno masz smartfon lub tablet, więc kultura jest dostępna na wyciągnięcie ręki. Legalnie, szybko, tanio.

Taka nowoczesna konsumpcja to też inna kultura. Nie da się od niej uciec. Nawet jeśli chcesz swe dziecko chronić od zła wszelkiego, od Minionków, od słodkich batoników i Monster High – nie uda ci się. Jeśli dziecko chodzi do szkoły, jeśli pozwalasz oglądać tv, jeśli włączasz od czasu do czasu filmiki na YouTube, jeśli pójdziesz do kina, na zakupy – wszędzie tam, obok celu, jakim jest obejrzenie filmu lub serialu, pojawia się cała masa rozpraszaczy uwagi, czyli reklam, od których nie ma ucieczki. One są obecne w różnej formie: tradycyjne spoty reklamowe, misie, klocki, wlepki, nalepki; to zdrowsze jedzenie i to śmieciowe; na zeszytach do szkoły, na plecakach i piórnikach; na ubraniach i na ulicach. Wszędzie. Z każdej strony.

Jak żyć?

Można żyć na wiecznym wkurwie, ale można starać się opanować ten komunikacyjny chaos. Skrupulatna kontrola pomaga, choć nie oszukujmy się: nic nie wskóramy, walcząc z małymi żółtymi stworkami. Trzeba je poznać, zaakceptować. Zrozumieć, że unikanie ich odbije się czkawką dla dorosłego (pytania o Minionki będą wracały z premierą każdej części, z każdym seansem w tv, z każdą koszulką widoczną na koledze), ale też dla młodego, bo dlaczego ma mieć bana na coś, co fascynuje jego rówieśników, a czego osiągnięcie nie wiąże się przecież z wielkim wysiłkiem finansowym?

*

Ustaliliśmy, że świat pędzi do przodu.

Sentymenty odgrywają dużą rolę.

Idealizujemy młodość i własne doświadczenia.

Próbujemy opanować żywioł, jakim jest teraźniejszość.

Mówię o tym wszystkim, abyście widzieli pewien kontekst, którego nie jestem w stanie pominąć podczas oglądania filmów z moim synem. Staram się nadać trochę większy sens temu oglądaniu, co dla niektórych na pewno będzie zbędnym intelektualnym balastem, a dla niektórych, mam nadzieję, inspirującym wyzwaniem.

*

 

bfg

BFG: BARDZO FAJNY GIGANT [The BFG]

Nie powiem, oczekiwałem wiele od nowego filmu Stevena Spielberga. Po sympatycznych doświadczeniach z E.T. – o tym filmie jeszcze kiedyś wspomnę – BFG ewidentnie zapowiadało się jako powrót Spielberga do klasycznego kina dla dzieciaków. Klasa reżysera jest nie do podważenia, a towarzyszący mu Janusz Kamiński zapewniali wysokiej jakości rozrywkę. Co z tego wyszło? Ano nic na tyle znaczącego, żeby wzdychać z utęsknieniem do kolejnych seansów. Pierwszym problemem jest brak wystarczającej ekspozycji – od razu jesteśmy wrzucani w historię o spotkaniu z gigantem, a główna bohaterka, jej historia i miejsce, gdzie mieszka są bez większego znaczenia. Szkoda, bo poznanie bohatera filmowego umożliwia większą z nim empatię. Drugim problemem jest kompletnie nieczytelny przekaz sprowadzający się do poszukiwania odpowiedzi na pytanie „o czym jest ten film?”. O ile wiem, jako dorosły, że pojawiają się w nim wątki nagannego poniżania jednych przez drugich, to nie grają one jakiejś większej roli i w sumie jestem totalnie interpretacyjnie zagubiony, nie mówiąc już o moim synu, który również się wyczaił sensu tej opowieści. Trzecim problem wiąże się z drugim – BFG jest zbyt abstrakcyjne, szczególnie w momencie spotkania z królową. Zasadność spotkania, konsekwencje, rola małej bohaterki – po co, dlaczego? Jasne, fajnie wygląda królewskie śniadanie, ale cóż, jako rodzic, mogę powiedzieć pozytywnego o BFG, skoro jedyne, co syn pamięta (a nie tylko on, bo inni koledzy i koleżanki również), są głośne pierdy piesków, królowej i kamerdynerów?

Ojcometer: 5/10

oddball-cropped

SZAJBUZ I PINGWINY [Oddball]

A tutaj kompletne zaskoczenie, bo nie wiedziałem o tym filmie zbyt wiele i niewiele oczekiwałem, widząc tytuł Szajbuz i pingwiny. Okazuje się, że mamy na ekranach bardzo fajną, inteligentną i wartościową historię opartą dodatkowo na faktach, więc może ona pożyć troszkę dłużej w głowie, gdy filmowe doświadczenie wzmocni się kilkoma informacjami. O co chodzi? Film jest produkcją australijską, dzieje się na południowo-zachodnim wybrzeżu Australii, w Warrnambool – w tym miejscu były kręcone zdjęcia i naprawdę czuć ten specyficzny prowincjonalny klimat urokliwej mieściny na drugim końcu globu. Szajbuz to pies, który okazuje się doskonałym stróżem ginących pingwinów, które są zabijane przez lisy. W tle dziewięcioletnia dziewczynka, jej dziadek, samotna matka i delikatnie zarysowana polityka (urzędnicy chcą zamknąć rezerwat z pingwinami). Wszystko poprowadzone zgrabnie, pozytywnie, z odpowiednią dawką humoru i nienachalną naiwnością. Klasyczne kino familijne, które potrafi zainteresować tematem,  bohaterowie są jacyś, mają swoją historię, ich zachowanie wywołuje odpowiednie reakcje. Mój sześcioletni syn bawił się znakomicie, ale spokojnie nawet dziesięciolatki nie przejdą obojętnie. Świetne.

Ojcometer: 8/10

 

il-etait-une-fois-l-espace-1982

Był sobie kosmos [Il Etait Une Fois… L’Espace]

Dwadzieścia sześć odcinków serialu należącego do słynnej  francuskiej serii. Moje doświadczenie bazuje na sentymentalnym spojrzeniu sięgającym chyba pod koniec lat osiemdziesiątych lub początek dziewięćdziesiątych, kiedy losy załogi kosmicznej policji Konfederacji Omega fascynowały całe podwórko. Co było fajne? Podróże kosmiczne – to jasne. Akcja – dzieje się tutaj naprawdę sporo: walka, strzelanie, wybuchy. Dziwne stwory, roboty, odległe planety – co prawda nie są to Gwiezdne wojny ani Star Trek, ale jako tymczasowy substytut okazało się niezłe.

Oglądane dzisiaj wywołuje już trochę odmienne reakcje. Pierwsze, co się rzuca w oczy, to dość siermiężna animacja, pozbawiona większego polotu (pomijając oryginalnie zaprojektowane statki kosmiczne i miasta) – prawdopodobnie wchodzi tu w grę porównanie z tym, co mamy na ekranach obecnie – różnica jest natychmiastowo dostrzegalna – choć trzeba przyznać, że plany są zróżnicowane, a emocje całkiem nieźle oddane, z wyraźnym podziałem na dobro i zło, na odwagę i tchórzostwo. Drugie, co się zauważa, a niegdyś jakby pomijałem, to ewidentne nawiązania do mitologii greckiej i rzymskiej, Biblii, legend czy w ogóle historii świata. Każdy odcinek to osobna opowieść wprost czerpiąca z opowieści, które niemal instynktownie znamy, kojarzymy. Trzecia sprawa to straszna skrótowość tych historii, często odczuwalna nielogiczność zachowań bohaterów. Sam przekaz jest nieczytelny, bo wyłącznie deklaratywny (trzeba być honorowym, odważnym, sprawiedliwym itd.). A czwarta to tragiczny dubbing (wydanie DVD), wydaje mi się, że inny niż kiedyś w telewizji.

Dużo jak na razie o mnie, a co syn sądzi? W sumie to samo, co ja kiedyś – że historie są ciekawe, emocjonujące; że dużo się dzieje, w różnych lokalizacjach. Jest kosmos, statki kosmiczne, więc jest dobrze. A piosenka Fly With Me robi swoje i nie nucić jej nie sposób. Całość jest na swój sposób jednak rozczarowująca.

Ojcometer: 5/10

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane