Felietony

NIEWOLNICY MENTALNOŚCI. Absurdy cenzury w absurdalnie wyzwolonych czasach

Autor: Jacek Lubiński
opublikowano

To dzieje się. Znowu. Smutni, źli, purytańscy, działający w imię boga ludzie – czyli w skrócie: Amerykanie – znowu chcą nam udowadniać, co dobre, a co złe; co można, a czego nie. Chcą naprawiać świat za pomocą jedynego znanego im narzędzia, którym tym samym zamiatają pod dywan wszelką odpowiedzialność za grzechy (nie zdając sobie chyba sprawy, że grzeszą tym samym jeszcze bardziej) – cenzury.

To najgorsza forma podejścia do jakiejkolwiek sztuki czy też życia w ogóle – udawanie, że coś nie istnieje; odwracanie głowy w inną stronę. To znaczy bardzo proszę – wolny kraj (ponoć), to i wolna droga, każdy więc może wzorem pewnych małpek zatykać sobie uszy, zasłaniać oczy lub mordkę przed złem. Ale już narzucanie tego samego innym, to jawne zaprzeczenie tamtejszej (i nie tylko) konstytucji, która prawi między innymi o wolności wyrazu. Wszak jeśli nie lubię grzybów, to ich nie jem, nie chodzę kupować na targ i do lasu ich zbierać. Ale nie zabraniam tego innym, nie niszczę natury, nie zamykam targu, twierdząc, że dokonuje się tam czynów nagannych, bądź też nie palę rzeczonego lasu.

Śmieszy mnie zatem i skręca jednocześnie zarówno zagłuszanie efektami dźwiękowymi przekleństw w telewizji (kiedy wszyscy, pomimo tychże dźwięków, i tak wiedzą, kto i co powiedział – o czytających z ruchu ust głuchoniemych nie wspominając, a przecież powinno być równouprawnienie, o które Amerykanie tak mocno walczą), nagminne umieszczanie w internecie znaczków NSFW (z angielskiego: „nie nadaje się do oglądania w pracy” – tak jakby to miało tłumaczyć tych, którzy akurat nie pracują, tylko siedzą godzinami w sieci i mimo to dostają za to pensję), jak i, przede wszystkim, wycinanie z filmów krwi i nagości. O swoistej cenzurze kategorii wiekowej PG-13, pod płaszczykiem której próbuje sprzedać się dzieciarni dorosłe historie, z litości nie wspomnę, bo jest to już zwyczajnie żenujące.

To nie tylko totalne zakłamanie, lecz przede wszystkim unikanie odpowiedzialności.

Wszystko to oczywiście jedynie po to, aby uchronić najmłodszych przed… właściwie to nie wiem przed czym, bo – czy tego chcemy czy nie – wszystkie te rzeczy są częścią naszego życia. Cenzurowanie ich, ergo udawanie przed dziećmi (niebędącymi wcale debilami, jak to się przyszło naiwnie sądzić przez dorosłych, którzy najwyraźniej zapominają, że sami też kiedyś byli młodzi i po kryjomu dążyli do poznania zakazanych owoców), że ich nie ma, bądź, co gorsza, twierdzenie, że powodują skrzywienie psychiki, to nie tylko totalne zakłamanie, lecz przede wszystkim unikanie odpowiedzialności za milusińskich. No bo przecież po co usiąść z dzieckiem i mu coś wytłumaczyć, skoro można zakazać, wyrzucić do kosza, umyć ręce, nie bacząc na to, że tak naprawdę jest to wbrew wszelkiej logice i na rozum kompletnie niepotrzebne, działające ostatecznie na szkodę.

Tym razem w kraju pełniącym rolę piewcy wspomnianej wolności i sprawiedliwości wszelakiej sprawa rozeszła się o dwie filmowe rzeczy – nieprzypadkowo obie dla kina ważne, społecznie ikoniczne, by nie rzec kultowe i legendarne. Ta pierwsza od lat była co prawda kością niezgody, głównie pomiędzy feministkami i resztą świata (ale nie tylko). Ta druga jankeską klasyką w najczystszym wydaniu, przez osiem dekad równą niemalże Biblii, na którą tak wielu i tak mocno chce się powoływać zawsze i wszędzie. Co ciekawe, obie stanowią dla (nie tylko tamtejszej) dziesiątej muzy niepodważalne symbole, długo i namiętnie pielęgnowane mity, które teraz nagle ktoś zapragnął podważyć – i zrobił to łomem.

Ale ossso chozi?

W pierwszej kolejności padło na bikini księżniczki Lei z Powrotu Jedi – ponoć osobiście zaprojektowane przez George’a Lucasa – które najwyraźniej przestało być „przyjazne rodzinie”. Tak przynajmniej sądzi serwis streamingowy VidAngel – firma specjalizująca się w „wyczyszczaniu” hollywoodzkich hitów ze wszystkich wymienionych powyżej rzeczy. I to nie tylko filmów czy seriali, ale nawet – uwaga, uwaga! – stand-upów, czyli czegoś, co w dużej mierze opiera się wulgarnej degradacji życia codziennego. Osobiście nie mam pojęcia, jak może to się sprawdzać – występy co poniektórych komików zapewne ograniczają się tam do samego wstępu i wyjścia, a i to przy dobrych wiatrach.

Wracając jednak do nieszczęsnego bikini. Leia ma je na sobie w Powrocie Jedi przez jakiś kwadrans filmu – dość ważny dla całej historii, zatem jakiekolwiek wycięcie go musi czynić cały prolog zwyczajnie nieoglądalnym zlepkiem przypadkowych scen. Nie dziwi zatem, że sprawa trafiła w końcu do sądu, który stwierdził, że czyn jest nielegalny. Czyli nie ma problemu? Nie do końca, bowiem okazało się, że VidAngel przede wszystkim nie miał nawet pozwolenia na streaming Powrotu Jedi i tym samym naruszył prawa Disneya, Lucasfilm, 20th Century Fox i Warner Bros za jednym podejściem. Strona została zamknięta w grudniu 2016, gdyż sąd uznał, że gdyby pozwolił jej funkcjonować, stworzyłby precedens, który mogliby wykorzystać piraci.

Odpowiednio filtruje treści z Amazona i Netfliksa.

Nie przeszkodziło to jednak twórcom VidAngel pójść ich tropem – założyli w międzyczasie nowy serwis, który odpowiednio filtruje treści z Amazona i Netfliksa, trzymając się jednocześnie z daleka od produkcji wspomnianego Disneya i spółki. Nie zostawia im to zatem zbyt dużego pola do popisu, co może cieszyć, niemniej dalej działają. Co gorsza czynią to w zgodzie z tak zwaną ustawą Family Movie Act, która pozwala usuwać z filmów kontrowersyjne obiekty pod warunkiem, że w procesie nie powstaje permanentna kopia zmienionej wersji (jak to miało miejsce w przypadku Powrotu Jedi). Sęk w tym, że każde tego rodzaju grzebanie w filmach pozbawia je niejako sensu, charakteru, wymowy, stylu. Można puszczać siedmiolatkom pociętego Ojca chrzestnego, bez juchy, fucków i nagości – bardzo proszę. Tylko że nie na tym polega „dorosłość” tego filmu, którego małolaty i tak zapewne do końca nie pojmą (acz, jak już pisałem, nie należy odgórnie negować inteligencji lub wrażliwości najmniejszych).

Tymczasem niektórzy nadal nie mogą przestać moczyć w nocy łóżka na myśl o świecie utopii pozbawionym jakichkolwiek profanacji. Niedawno republikański senator Orrin Hatch z Utah wystosował do włodarzy hollywoodzkich wytwórni prośbę, żeby wyraziły zgodę na podobne przeinaczanie (bo inaczej nie można tego nazwać) ich filmów, na co postępująca technologia powinna pozwolić bez problemu. Na razie nie doczekał się odpowiedzi, jednak patrząc na zataczające coraz szersze kręgi wpływy poprawności politycznej, jest bardzo możliwe, że już całkiem niedługo co druga produkcja z USA będzie wyglądać równie niewinnie i tak samo naiwnie jak Bambia młodsze pokolenia będą dorastać w przekonaniu, że Człowiek z blizną to spoko ziomek, Brudny Harry to prawdziwy harcerz i dżentelmen, a Predator to przyjazny stworek z kosmosu…

Hej, laski to lubią!

Żeby jednak nie było, trzeba oddać trochę – ale tylko trochę – sprawiedliwości krzykaczom, bowiem samo bikini krytykowane jest od lat. Swego czasu niepochlebnie wyrażała się o nim nawet sama Carrie Fisher, choć czyniła to głównie z technicznych względów (na planie kostium był ponoć nie do zniesienia). Jakkolwiek nie zmienia to faktu, że jest to strój mogący się poszczycić naprawdę ogromnym kultem. Oryginał sprzedano dwa lata temu na aukcji za blisko sto tysięcy dolców (!!!), a jego podróbki to jeden z najpopularniejszych strojów cosplejowych/halloweenowych w Stanach, z radością noszony nieraz przez wiele tamtejszych gwiazd (nie tylko płci pięknej, ale parodie na bok) – wliczając w to między innymi kontrowersyjną samą w sobie Amy Schumer. I nikt ich do tego nie zmusza. Lubią go, gdyż jest wyrazem archetypu księżniczki, sięgającego jeszcze czasów oryginalnego Johna Cartera, jak i samej natury, w której bycie piękną, pożądaną i seksualnie świadomą własnej wartości jest czymś, no właśnie, naturalnym, szczerym.

A jednak strój ten – odważny, to prawda, ale niczym tak naprawdę nieróżniący się od normalnego kostiumu kąpielowego – wzbudza u wielu gniew, krępuje ich. Doszło nawet do tego, że Disney w pewnym momencie… zrzekł się go (ciekawe, czy zrobi to także z Jasminą, Arielką i innymi swoimi roznegliżowanymi bohaterkami). Chodzi o liczne zabawki-figurki wzorowane na filmowych bohaterach, wśród których skąpo odziana Leia przez trzydzieści lat sprzedawała się jak świeże bułeczki. Nagle jednak stała się niewygodna, oskarżana o – a jakże! – seksizm, bycie reliktem skostniałych czasów, w których mężczyzna za wszelką cenę starał się podporządkować sobie kobietę, sprawić, by była mu uległa (co potwierdza przecież Ellen Ripley, Sarah Connor czy właśnie Leia – d’oh!).

Olivia Munn na propsie!

Dali się tym twierdzeniom omamić także faceci. Pewien ojciec dwóch córek urządził z tego powodu prawdziwą awanturę firmie Hasbro, krzycząc, że „nie musi oglądać tego badziewia” w sklepie z zabawkami. Także Harrison Ford w jednym z wywiadów odrzekł dyplomatycznie, iż „nawet nie sądził, że strój ten ostatecznie pojawi się w filmie i w ogóle po co niby Leia miała by w nim paradować, skoro jest księżniczką?”. Co jakiś czas do tych niezrozumiałych słów dorzucają swoje trzy grosze również inni celebryci, zachęcając płeć piękną do tego, żeby nie dała się zniewolić.

Jedynie Fisher do samego końca zdołała zachować trzeźwą głowę, jakby przypominając wszystkim o genezie całego widowiska, dziejącego się dawno, dawno temu w odległej galaktyce, w której duży, obrzydliwy robalopodobny stwór schwytał biedną księżniczkę i odział ją w bikini, degradując do roli psa na łańcuchu. A ona pomimo tego zdołała go zabić i odleciała, nic nie tracąc na swoim królewskim honorze. Tru story, tak było.

Zaskakujące przy tym, jak bardzo wyolbrzymiany jest problem głupiego bikini w mediach społecznościowych, jak łatwo uczyniono z niego broń w znacznie większej dyskusji i wojnie płci. Jak szykanuje się go w taki sam sposób, jak ni stąd, ni zowąd przyszło się krytykować nagość w Grze o tron, gdzie z sezonu na sezon coraz mniej jest nie tylko inteligencji, ale też tej „brzydkiej, niestosownej” nagości, będącej najwyraźniej wymysłem samego diabła – oczywiście w męskiej postaci.

A to wszystko w czasach, gdzie idolkami nastolatek są kręcące bez problemu dużą dupą, nieposiadające za grosz talentu pseudo gwiazdki pop, które w swoich teledyskach wiją się w jeszcze bardziej skąpych strojach po podłodze, śpiewając o tym, że chcą być ujeżdżane jak tanie dziwki. Coś tu jest nie tak z priorytetami.

Ostatnio dodane