Felietony

Niepokój i dywan w czerwieni

Autor: Jakub Koisz
opublikowano

Dzisiaj w nocy mogę robić trzy rzeczy. Pisać, popijając kawę i nerwowo spoglądając na doniesienia z Ukrainy. Mogę też oglądać Oskary. Lub spać. Biorąc pod uwagę ilość wstrząsów, które serwuje nam świat, raczej nie usnę, moja uwaga podzielona będzie między wschodnimi sąsiadami a amerykańską galą. Jeszcze raz wyliczam w głowie nominowane filmy, zastanawiając się, czy udało mi się obejrzeć wszystko. Momentami nie chce mi się w to bawić, dochodzę jednak do wniosku, że muszę jednak choćby zerknąć okiem na Oskary, bowiem amerykańskie kino dawno nie było tak daleko od tego, co dzieje się blisko mojego podwórka.

Gdy zadzwoniłem do przyjaciela dziennikarza, zapraszając go na piwko i oglądanie Oskarów, usłyszałem w odpowiedzi: „Coś ty, stary, mam dyżur w redakcji. Muszę zajmować się tą trzecią wojną światową”. Uśmiechnąłem się. Ale tylko na chwilę. Nasza KMF-owska redakcja też jest postawiona w stan gotowości, kilku śmiałków zgodziło się bowiem blogować „na żywo”, zarywając tym samym z powodu miłości do kina nockę.

Zabierając się do pisania, szukałem uważnie jakiejś paraleli między tym, co dzieje się na Ukrainie, a zbliżającym się rozdaniem nagród. Naprawdę, chciałbym jakoś zabawić się w nocne filozofowanie, szukanie znaków wypalonych na celuloidowej taśmie, bo kinematografia przecież zawsze była nośnikiem ukrytych niepokojów świata. Ale im głębiej kopię, tym bardziej niczego nie znajduję. Owszem, Oskary bywały społecznie zaangażowane, a każdy z nominowanych filmów komentuje rzeczywistość, tę gryzioną socjologicznie i kulturoznawczo na wszelkie różne sposoby. Znowu gonią czarnego przez bawełniane pola. Znowu gender, transseksualizm, AIDS. Znowu filmy o samotności człowieka w XXI wieku, sztucznej inteligencji, popisywanie się pomysłowością scenarzystów opowiadających o przekrętach, machlojkach, kryzysach. Totalny kosmos, nie tylko metaforycznie („Gravity”).

Nie zrozumcie mnie źle, nie zarzucam żadnemu z tych filmów braku wartości artystycznej, bowiem to wielkie i świetne kino, bawiłem się idealnie, nawet oglądając treści, które uderzają w smutne tony. Chcę jednak znaleźć ową paralelę, nie chcę tylko oglądać gali, myśląc, że oto ponownie zawieszam niewiarę i przenoszę się na czerwony dywan, aby spacerować obok pięknie ubranych ludzi, których fryzury są droższe niż średnia miesięcznych zarobków na Ukrainie. Nie zarzucam Oskarom braku wartości, blichtru, nie zarzucam filmom niczego, jest cacy, ale obawiam się, że wkrótce jednym „dziełem”, który zapamiętam do końca życia, będzie rosyjski „Stalingrad”. Nie chcę źiźkować, nie chcę brać pod lupę tego raczej głupawego popisu umiejętności rosyjskich specjalistów od efektów specjalnych, serwować mądrości typu „używając psychoanalizy, można dojść do wniosku, że kino rosyjskie w ostatnim czasie przemyca treści… and so on, and so on”. Żałuję jednak, że prawdę o świecie, jeśli już lubimy grzebać tak głęboko w filmach, mogą nam powiedzieć filmy z tzw. east side story (idealna nazwa cyklu w magazynie internetowym „Esensja”). Kino rosyjskie mogło nieść ze sobą złowrogie profecje, przemycać tę imperialistyczną dążność do przetasowania wartości, poszerzania granic. Ale już się tego nie dowiem. Za późno. Teraz do tych filmów nie sięgnę.

Chyba wolę odpłynąć umysłem za Ocean. Usiąść w fotelu, otworzyć paczkę czipsów, jeszcze raz przekroczyć stratosferę wraz z Sandrą Bullock. I trzymać kciuki za Leonarda. Trzymajmy kciuki za Leonarda. I za świat. Życzę miłej nocy. Trzymajmy się razem.

vladimir-putin-2011-12-5-13-31-40

Ostatnio dodane