Felietony

Nie ma, że boli

Autor: Jakub Koisz
opublikowano

Szczerze wyznam, że smuci mnie ta nagonka na Michaela Baya.

Zgodzę się, że jest dzisiaj synonimem filmowego kiczu, gęsto podlanego moczem sikających robotów zamieniających się w samochody, filmowcem, który upodobał sobie zachodzące słońca i ujęcia slow motion (w tle koniecznie patetyczna muzyka). To wszystko prawda, wszak mam oczy, ale gwałcił nas Bay swoim kinem SF ostatnio tak mocno, że nie wszyscy pamiętają o tym, jak solidnymi filmami akcji były „Twierdza” i pierwsza odsłona „Bad Boys”. Było epicko, lecz nie przesadnie patetycznie, nie ściekał po ekranie lukier, a słońce zachodziło tylko raz dziennie. Potem przyszedł „Pearl Harbor”. Coś się popsuło, zaśmierdziało, pojawiła się nominacja do Złotej Maliny i tak naprawdę Bay wrócił do łask dzięki pierwszej części „Transformers”, oczywiście wkrótce znowu się okazało, że król jest nagi. Ale o tym wszystkim wiemy, wystarczy wejść na pierwsze lepsze forum filmowe, aby przeczytać „Bay to, Bay tamto, roboty sikają, niektóre mają genitalia wielkości buldożerów…”. 

Czekam jednak na jego kolejny film, noszący wpadający w ucho tytuł „Pain & Gain”, bardzo zaintrygowany. Chociaż nie, „zaintrygowany” to złe słowo, raczej – pełny nadziei. Film opowiadający prawdziwą historię opisaną w „Miami New Times”, którego bohaterami są dwaj kulturyści z Florydy: Adrian Doorbal (dopakowany Anthony Mackie) i Daniel Lugo (ponownie dopakowany Mark Wahlberg), zapowiada się bardzo kameralnie jak na Baya, który dawno chyba nie poruszał tematyki zwykłych ludzi. Otóż wspomniane Karki, chcące zrobić szybką kasę, postanawiają porwać pewnego biznesmena, potem we wszystko wplątuje się barman (jak zwykle dopakowany Dwayne). Jak to bywa w historiach z życia wziętych – nie wszystko idzie według planu.

Czekam na film nie dlatego, że atrakcyjnym tematem wydaje się rzeczywistość kulturystów z Miami, choć lubię, gdy na ekranie demitologizuje się pakerów i tę „wszechmoc” mięśni. „Pain & Gain” – biorąc pod uwagę to, że reżyser od dawna stara się nakręcić tę opowieść – wydaje się powstawać z bardzo ambicjonalnych pobudek. Bay jakby starał się udowodnić, że potrafi nakręcić wiarygodną kryminalnie sensację i nie potrzebuję do tego stumilionowego budżetu. Aby przedstawić historię koksiarzy z Miami potrzebował „tylko” 20 milionów dolarów. Toż to w porównaniu do wcześniejszych jego produkcji zaledwie kieszonkowe…

Nie wiem. Zobaczymy. Może będzie to niesmaczne niczym truskawkowy gainer albo stack kreatynowy o smacku grejpfruta. Mam jednak nadzieję, że film okaże się choć w połowie tak pomysłowy, jak plakat, który pojawił się w sieci całkiem niedawno. Aż ma się ochotę zaufać reżyserowi i wypić duszkiem przed snem czekoladowego shake’a białkowego. Czekacie?

 

Ostatnio dodane