Felietony

NETFLIXOWE (R)EWOLUCJE. Widz na rozdrożu

Autor: Szymon Pewiński
opublikowano

– Niech żyje król… – mówi Skaza i zrzuca swojego brata w przepaść. Król walczy dzielnie, ale ze stadem rozpędzonych antylop nie ma szans. Do leżącego bez ducha Mufasy podbiega mały Simba. PAUZA! Nagle na ekranie pojawia się komunikat: „wybierz własną przygodę”. Wybieramy opcję numer dwa: Mufasa otwiera oczy, wstaje, a potem spuszcza łomot swojemu niegodziwemu bratu. Wyobrażacie sobie taką wersję Króla Lwa? Nie? A może powinniście? Netflix już testuje interaktywne opcje wyboru dalszego scenariusza opowiadanych historii.  A to nie jedyne pomysły jego twórców.

A może Mufasa wcale nie musi umierać?

Netflix poczyna sobie coraz śmielej. Właścicieli interesują już nie tylko seriale, ale też coraz droższe superprodukcje z udziałem hollywoodzkich pierwszoligowych gwiazd. W maju czeka nas premiera War Machine z Bradem Pittem i Tildą Swinton. To właśnie na Netflixie, a nie w kinach, ma pojawić się The Irishman – najnowszy film Martina Scorsese. W jego obsadzie między innymi Al Pacino, Robert De Niro i Joe Pesci.

W kwietniu pięciogwiazdkowy system oceniania poszczególnych dostępnych na platformie produkcji mają zastąpić łapki „góra/dół”. O ile te kroki – niektóre bardziej, niektóre mniej spektakularne – uważam za naturalną ewolucję, o tyle kolejne dwa z mogą stać się przyczynkiem do dyskusji na temat przyszłości kina i rozrywki.

Zmieniona wersja Króla Lwa to oczywiście daleko idąca chora fantazja, ale znalazła się w tym tekście dzięki rozmowie z moją koleżanką. Gdy wspomniałem jej o eksperymencie Netflixa, nasza rozmowa szybko zeszła z tematów czysto filmowych na aspekty wychowawcze. – Wyobrażasz sobie, że Mufasa żyje? Czego historia bez tej śmierci może nauczyć dziecko? – zapytała.

Oglądając scenę  śmierci Mufasy, dzieciaki płaczą, ale ten dramat posiada też walor edukacyjny. A jeśli młody widz wybierze opcję pod tytułem „Mufasa żyje”? Nie twierdzę, że to wypaczy jego osobowość, wpędzi w depresję albo że siedmiolatek załamie się po śmierci babci, bo nie będzie umiał poradzić sobie ze śmiercią. Zadaję raczej pytanie, czy możliwość wyboru, jaką być może już niedługo da mu Netflix, nie zuboży go jako widza?

Mufasa żyje?

Jak podaje „The Daily Mail”, pierwsze próby interaktywnego systemu Choose-Your-Own-Adventure prowadzone są właśnie z udziałem młodych widzów na bazie prostych fabuł. Przedstawiciele Netflixa zapowiadają, że jeśli ten eksperyment się powiedzie, w fazę testów wejdą historie stworzone z myślą o dorosłych.

I tu pojawiają się kolejne pytania: jak ocenić film, który sami w pewnym stopniu współtworzyliśmy – trzeba obejrzeć wszystkie wersje, czy wystarczy nam jedna?

Chose-Your-Own-Adventure to nie pomysł Netflixa. Rozwiązania, w których dokonujemy wyborów razem z bohaterem (lub zamiast niego?), pojawiały się już kilka lat temu. Jednym z pierwszych był polski (!) kryminał Sufferrosa Dawida Marcinkowskiego z 2010 roku. Jego twórcy zaproponowali zarys fabuły i kilkanaście opcji do wyboru. To widz decyduje, w jakiej kolejności zobaczy poszczególne sceny, i jak potoczą się losy bohaterów Sufferrosy.

Z kolei w 2016 roku światło dzienne ujrzał eksperymentalny projekt Seances. Jego autorzy Guy Maddin, Evan Johnson i Galen Johnson odkopali stare filmy, zaangażowali ponad dwudziestu pięciu aktorów (między innymi Mathieu Amalric, Charlotte Rampling, Udo Kier i Geraldine Chaplin), a dzięki wykorzystaniu matematycznego algorytmu każdy widz ogląda nieco inną historię. Realizacja Seances trwała cztery lata, a efekty, podobnie jak w przypadku Sufferrosy, można oglądać w sieci.

Nieukończone dzieła mistrzów?

Jeśli wybór scenariuszy wam nie odpowiada, to może skusicie się nieukończone dzieła mistrzów kinematografii? To już nie testy i problemy, które pojawiają się tylko w głowie autora tego tekstu. Kilka dni temu pojawiła się informacja, że Netflix dokończy dzieło Orsona Wellesa. Piętnastoletnie prace nad The Other Side of the Wind przerwała śmierć twórcy Obywatela Kane’a. Wcześniej udało mu się zapełnić czarno-białymi i kolorowymi kadrami ponad tysiąc rolek taśm filmowych.

Pewnie sam Orson miałby problem jak dokończyć film, który kilkadziesiąt lat przeleżał w magazynie.

Tymczasem właściciele praw autorskich do filmu wciąż nie mogli się ze sobą porozumieć, więc dzieło przeleżało w podparyskim magazynie kilkadziesiąt lat. Teraz, przy współudziale Netflixa, spadkobiercom Wellesa udało się dojść do porozumienia, a swojego entuzjazmu nie kryją nie tylko właściciele platformy, ale również twórcy, którzy pracowali The Other Side od the Wind jeszcze w latach siedemdziesiątych, jak choćby Frank Marshall.

Ten projekt to oczywiście jedna wielka niewiadoma. Niewiele osób widziało materiał nakręcony przez niepokornego twórcę, nie wiadomo, na ile historia reżysera próbującego powrócić do świata filmu okaże się aktualna po latach. No i na ile będzie to rzeczywiście dzieło i wizja samego Wellesa.

Pomysły Netflixa można krytykować i mieć względem nich wątpliwości. Ale nie da się koło nich przechodzić obojętnie. W czasie, gdy Hollywood zjada własny ogon, proponując widzom sequele, prequele, rebooty, spin-offy skrycie lub jawnie żerujące na nostalgii widzów, Netflix szuka pomysłów i rozwiązań ryzykownych, ale przynajmniej poszerzających filmowe horyzonty.

Projekt Seanses można obejrzeć tutaj: http://seances.nfb.ca/

Sufferrosę Dawida Marcinkowskiego tutaj: http://sufferrosa.wrocenter.pl/

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane