Narracja bez fantazmatów | FILM.ORG.PL

Narracja bez fantazmatów








Jakub Koisz
06.08.2013


Mnie kino i literatura inspirują, to jasna sprawa, bo kocham fantazmatyczne światy. Nigdy nie potrafiłem spojrzeć na te spójne przecież sklejki z czyjejś wyobraźni jak na rzeczywistości poślednie wobec tej naszej, codziennej i niby nadrzędnej. Pamiętam wysyp kolegów zapisujących się na boks, bo „jedynka” emitowała właśnie całą sagę o Rockym. Łatwo znaleźć ciąg przyczynowo skutkowy. Na studiach, okresie, gdy fantazmat już słabiej rozlewa się po coraz spokojniejszej duszy, poznałem sympatyczną parę, która chciała ruszyć w podróż po obejrzeniu „Into the wild”. Ja marzyłem o byciu wykładowcą pracującym z trudną młodzieżą – jak Robin Williams z „Buntownika z wyboru” – lub policjantem, najlepiej biegającym boso po jakimś wieżowcu.

Nie mam za dużego pola do manewru podczas planowania urlopu, zawsze musi to być z wyprzedzeniem, brakuje mi spontaniczności, przyznaję. Kiedy poszedłem do kina z przyjaciółką na „Before Midnight”, stwierdziłem, że mam ochotę na całą trylogię Linklatera jeszcze raz. Albo… czemu nie być odważniejszym? Może warto samemu pójść śladami Jesse i Celine? Powiedziałem bliskiej, że chodzi mi po głowie taki pomysł, mianowicie – wyskoku do Wiednia. Ona kiwnęła głową, pełna aprobaty, ma bowiem w duszy tego samego uśpionego czubka, który napędza i mnie. Planowanie – oczywiście, ale czasami warto popuścić. Pojechaliśmy, oczywiście z przewodnikiem w ręku (z nas dwojga to ona jest bardziej pragmatyczna, lepiej orientuje się w terenie i choć pomysł zaliczania Wiednia po kolei, według turystycznych punktów, pałaców oraz muzeów nie pasuje do mojej wizji poznawania miasta, muszę jej podziękować, inaczej tracilibyśmy czas na przyswojenie logistycznych podstaw).

Pamiętam, że zainspirowany tymi wszystkimi książkami francuskich egzystencjalistów oraz filmem Allena puściłem się kiedyś na krótko do stolicy Francji. Nie wiedziałem, czego oczekuję, chyba najbardziej tej onirycznej melancholii niczym w „O północy w Paryżu”, klimatu intelektualnej, choć lekko snobistycznej wolności. Że przyjedzie taksówka, która zabierze mnie i Ernesta Hemingwaya w miejsca opisane w „Słońce też wschodzi”. Rozczarowałem się. Ale nie Wiedniem. Wiedeń mnie nie rozczarował, bo miałem inne podejście, jechałem tam nie dla Hemingwaya, Remarque’a, aby oddać hołd francuskim reżyserom czy – w tym przypadku – Straussowi. Wiedeń mnie nie rozczarował, choć już kiedyś w nim byłem. Może nie powinno się poznawać miast w pojedynkę, jak nie powinno się przeżywać samotnie filmowych seansów. A może prawda tkwi gdzie indziej? Może my, niepoprawni kinomaniacy, powinniśmy czasami zapomnieć o filmowych kliszach i budować narrację na nowo? Dla mnie Wiedeń bowiem nie jest już scenerią z „Before Sunrise” oraz filmu o romansie Sisi z Napoleonem, nie jest miastem, w którym spotyka się tylko miłych, kochanych ludzi, a wraz z napisami końcowymi zostaje poczucie katharsis i celowości. W mojej głowie tkwi już inna narracja. Wiedeń to kawiarnie wieczorem, kiełbasa z bułką jedzona w przydrożnej budce, obalone wino, kilka piw i martini nad Dunajem, jakiś stary oraz otwarty do północy antykwariat, w którym wśród porozrzucanych rupieci sprzedaje kobieta przypominająca bohaterkę filmów Burtona. Wiedeń to sklep komiksowy, gdzie za ladą stoi poparzona na twarzy dziewczyna, wręcz wyskakująca z butów, aby opowiedzieć, pomóc i miło obsłużyć. Wiedeń to też piwo, które spokojnie możesz wypić w parku, nie martwiąc się strażą miejską. I Wiedeń to ja oraz moja przyjaciółka. Nie Jesse i Celine.

Ten tekst piszę z jednego, jedynego, acz ważnego powodu – nie chcę, abyście kiedykolwiek się rozczarowali, ani w miłości, ani filmowo. Znam przepis na nierozczarowanie, choć może nie zawsze będę się go trzymał. Moja recepta to banał, jednak nie chodzi o obniżenie swoich oczekiwań. O nie, to byłoby zbyt proste. Jeśli realizujecie klisze filmowe, wychodźcie z filmowego punktu wyjścia, odetnijcie w pewnym momencie taśmę celuloidową i pozwólcie, aby dalej doklejono Waszą historię, Wasze zdjęcia. Nie zadawajcie pytań, „co dalej?”, nie szukajcie ich w poradnikach. Po prostu spacerujcie i wiedzcie, że najlepszy scenariusz Waszego życia to ten, który kiedyś opowiecie swoim dzieciom, wnukom, najbliższym. Postacie z filmów istnieją „tam”, to Twoi przyjaciele. Ty istniejesz tutaj.

Jakub Koisz

Jakub Koisz

Skończył polonistykę i kulturoznawstwo. Pisze więc, a to o komiksach, a to o filmach i książkach, uczy mówienia, uczy pisania... Mógłby całymi dniami biegać za piłką lub opowiadać przyjaciołom o filmach, które go ostatnio podjarały. Zapewne choć raz w życiu polecił Ci "Big Lebowskiego", komedie Franka Capry lub "Avengers". Jeśli byłaś kobietą i uznał, że sympatyczną, bredził Ci o "Przed wschodem słońca". Jeśli Cię nie polubił, kazał Ci obejrzeć "Salę samobójców" lub "Efekt motyla". Lubi boks i kino bokserskie.
Jakub Koisz






  • Koleś

    Realizowanie kliszy to jedno, ale dla mnie oglądanie i przede wszystkim znalezienie niektórych „słynnych” filmowych miejsc jest warte więcej niż cokolwiek innego co mógłbym zrobić odwiedzając jakieś miasto. Obejrzeć pomnik, iść do muzeum, posiedzieć na ławce w parku, pogadać z ludźmi, owszem fajnie, ale w żaden sposób nie jest mi to w stanie zastąpić godzinnego błądzenia po Astorii i ostatecznie znalezienia gdzieś na zapyziałym końcu tej dzielnicy domu, z którego filmowy Henry Hill jako dziecko patrzył na swoje podwórko pełne gangsterów i marzył o takim życiu. Fajnie było półtorej godziny metrem na Bronx, tylko po to żeby obejrzeć szpital (całkowicie już nieprzypominający tego filmowego) przed którym Michael Corleone i pewien piekarz cudem uniknęli śmierci broniąc ojca tego pierwszego i kawiarnię (zamkniętą już) gdzie Michael zabił Sollozza i McKluskiego. Ciekawie było dowiedzieć się, że Mietz Building pod którym postrzelony został Vito Corleone jest dzisiaj ozdobiony tylko i wyłącznie chińskimi szyldami, ale pobliski kościół gdzie jego syn został ojcem chrzestnym ma się dobrze.

    Dla mnie, kinomana, takie miejsca są równie ważne jak te z przewodników. Emocje towarzyszące odwiedzeniu tych miejsc są równie silne jak odkrywanie jakiejkolwiek historii związanej z danym miastem, tylko że to jest moja historia, to jest moja narracja, to ja sobie wybrałem elementy, z których chcę złożyć sobie obraz tego miejsca. Czy się rozczarowałem? Nie, bo wiedziałem, że brama w której DeNiro postrzelił Keitela w brzuch to tylko brama, ale wiedziałem też czym ta brama była dla mnie. Wiedziałem co czuję stojąc przed nieczynną już remizą strażacką, gdzie kilkadziesiąt lat temu kilku komików składowało wszystkie duchy Manhattanu. Odwiedzając to miasto i tworząc sobie taką a nie inną narrację poczułem jakbym już się bardzo dobrze z tym miejscem znał. Jakbym tam wrócił a nie dopiero co przyjechał. Jasne, pewnie łażąc po mieście w ten a nie inny sposób dużo rzeczy mi umknęło, a większość z nich pewnie byłaby „prawdziwsza”, ale nie żałuję. Dla mnie to po prostu jest ważne.

  • Hotel Chelsea w NY. To taka wisienka na torcie, dzięki której Nowy Jork ma smak zdecydowanie lepszy, pełniejszy. Chodzić tymi samymi korytarzami co Stanley Kubrick, Arthur Miller, Charles Bukowski, Dennis Hopper, Janis Joplin, czy Tom Waits i jednocześnie widzieć wokół siebie nie blichtr, a skromne, często zaniedbane wnętrza, odpadający tynk, stary rozpadający się mebel, które niektórych naprawdę mogły inspirować (Arthur C. Clarke napisał w hotelu swoją „2001 Odyseję kosmiczną”) i mimowolnie tej inspiracji szuka się na każdym kroku, w każdym kącie usilnie próbując odnaleźć wzrokiem to, co widział Warhol (bo TO tam jest, niezmiennie). Bezcenne. Nie chodzi tu o poszukiwanie historii, ale o szukanie pierwiastka niesamowitości unoszącego sie gdzieś w powietrzu. A nuż uda się choć na chwilę go złapać.

  • Niezatapialna

    Poruszające, jak bardzo czuć z tego felietonu miłość do chwil. Aż dziw bierze, że wyszło spod ręki mężczyzny.






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Transatlantyk 2013 - koncert z okazji 35-lecia Varese Sarabande

Następny tekst

#45 FireFly



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE