Felietony

MOLESTOWANIE W FABRYCE SNÓW. Grzecznie, poprawnie i bez kontrowersji  

Autor: Szymon Pewiński
opublikowano

Jeszcze kilka miesięcy temu Harvey Weinstein rzeczywiście był w Hollywood nie do ruszenia, ale – paradoksalnie – był również najsłabszym ogniwem tej układanki. Bo czy molestowanie i gwałcenie aktorek przez najbardziej wpływowego producenta z fabryki snów kogokolwiek zdziwiło?

Widząc śmiejącego się Weinsteina, mam w głowie taki oto obraz: gruby samiec alfa, przypalający kolejne cygaro płonącą studolarówką, z półnagą dziewczyną (albo dwiema) klęczącą przed jego… złotym fotelem. Przecież nikt nie lubi producentów! Dlatego oskarżające Weinsteina Asia Argento i Lucia Evans miały głowy na karkach. Nie twierdzę, że ich wyznania nie były szczere, uczciwe i nie wypływały ze szlachetnych pobudek. Uważam tylko, że wypowiadając bitwę największemu bossowi fabryki snów, trzeba baaaardzo dobrze rozważyć wszystkie okoliczności.

Brad Pitt interweniował u Weinsteina. Ale raczej po mordzie mu nie dał...

Z tego samego założenia wyszły zapewne takie gwiazdy jak Gwyneth Paltrow czy Angelina Jolie. Zwłaszcza przykład tej drugiej doprowadza mnie do szewskiej pasji. Ratująca dzieci, adoptująca dzieci, amputująca sobie – niemal na oczach świata – piersi, jedna z najbardziej wpływowych aktorek odzywa się dopiero, gdy „sprawa się rypła”. Mogę się tylko domyślać, że Jolie rzeczywiście przeżyła dramat. A potem dostała Oscara, zapewne przemyślała wszystkie za i przeciw i postanowiła, że nadal woli stabilne życie celebrytki u boku Brada Pitta.

A mogła być bohaterką; nie tylko (molestowanych) kobiet i mężczyzn, ale także mediów. Wyobrażacie sobie tę petardę: „Angelina Jolie jako pierwsza oskarża Harveya Weinsteina!”. Uważam, że miała szansę go pokonać jak 1:3. Wolała milczeć. Swoją drogą Brad Pitt też się nie spisał. Ponoć w sprawie Paltrow „interweniował u Weinsteina”. Ale raczej po mordzie mu nie dał…

Co było potem, wszyscy wiemy: kolejne oskarżenia, wyrzucenie Weinsteina z jego własnej firmy i Akademii, akcja #metoo, upadek Kevina Spaceya, kolejne oskarżenia, czarne Złote Globy, kolejne oskarżenia, krytyczna wypowiedź Catherine Deneuve, coraz bardziej kuriozalne oskarżenia, kolejne oskarżenia, wywiad Sharon Stone, która na pytanie „Czy doświadczyłaś molestowania?” parsknęła wiele mówiącym śmiechem, kolejne oskarżenia… Znudziła was ta wyliczanka? Wcale mnie to nie dziwi. Sam w pewnym momencie przestałem śledzić doniesienia w tym temacie.

Podłapywanie przez media każdego newsa sprawiło również, że dziś nie jesteśmy już w stanie odróżnić prawdziwego dramatu ofiar od celebryckich prób zaistnienia. A to niedobra wiadomość dla tych pierwszych. Jeśli teraz któraś z nich, po latach wstydu i strachu, zdecyduje się to milczenie przerwać, jej/jego głos albo zginie w natłoku informacji, albo, co gorsza, zostanie wyśmiany jako kolejna próba zdobycia pięciu minut sławy.

Pomijając jednak te niebezpieczeństwa, to dzięki aferze Weinsteina w końcu zeszło trochę powietrza z tego balonu hipokryzji. Dobrze wiemy, że (nie tylko) tamto środowisko lubi „dobrą zabawę”. Przez ostatnie kilkadziesiąt lat tak mocno uwierzyliśmy w hollywoodzki blichtr, prawość i prawdomówność gwiazd, że ich moralne zepsucie nieco nas szokuje. Chyba mamy świadomość, że większość – albo przynajmniej ich znaczna część – od zawsze uwielbiała narkotykowe odjazdy, seksualne orgie i zabawę na granicy prawa.

Bo Hollywood od zawsze służyło rozrywce. To biznes. A odnoszę wrażenie, że zwłaszcza w ostatnich latach stało się przede wszystkim fabryką zabawek dla dzieci i całych rodzin, w której wizerunek jest ważniejszy od treści. Widz (klient) musi żyć w przeświadczeniu, że w takiej fabryce panuje porządek, gdzie wszyscy są dla siebie mili, nawet jeśli niespecjalnie się lubią. Dlatego uwielbiam patrzeć na wielkich przegranych oscarowych gali, którzy biją brawo swoim konkurentom i starają się ukryć ogromne „fuuuuck!” dudniące w ich głowach, gdy tymczasem „szacunek” bierze górę.

I nagle za sprawą oskarżeń Weinsteina pęka ideał. W końcu do szerszej publiki dotarło, jak w tym świecie funkcjonują producenci, reżyserzy i gwiazdy. Niby to wiedzieliśmy lub co najmniej przeczuwaliśmy. Skoro ktoś może mieć tyle kokainy, prostytutek i karłów do rzucania w tarczę ile dusza zapragnie, to kolejnym na liście życzeń ma szansę stać się posiadanie fizycznej władzy nad drugim człowiekiem.

Harvey Weinstein nie zrobił tego, co zrobił, dla czysto seksualnej przyjemności. Zrobił to, bo chciał i mógł. Na szczęście, dzięki kilku, potem kilkudziesięciu, kilkuset, tysiącom i milionom kobiet i mężczyzn, wśród których były Asia Argento i Lucia Evans, już nie może.  A każdy, kto nadal może – prezes, dyrektor, kierownik – dwa razy się zastanowi, zanim zdecyduje się opuścić spodnie przed osobą, która nie ma na to ochoty.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane