Felietony

MANCHESTER BY THE SEA i inne arcydzieła, które arcydziełami nie są

Autor: Jan Dąbrowski
opublikowano

„Wielkie amerykańskie kino”. „Emocjonalna bomba o zaskakująco dużej sile wybuchu”. „Śmiem twierdzić, że to jedna z najlepszych produkcji XXI wieku”. „Tak właśnie wygląda spełnione filmowe arcydzieło” – to tylko wycinki z recenzji filmu Manchester by the Sea, jednego z najbardziej cenionych i udanych dramatów ostatnich lat.

Faktycznie, produkcja Kennetha Lonergana jest przejmująca i zrealizowana na solidnym poziomie – ale powinna być dla twórców raczej standardem wykonawczym, poniżej którego nie wypada schodzić, a nie szczytem możliwości. Niemal jednomyślne obwołanie filmu arcydziełem paradoksalnie nie świadczy najlepiej o kondycji kina skupionego wokół ciągnącej się od kilku lat sztafety komiksowych superprodukcji oraz wznowień i kontynuacji dochodowych franczyz. Coraz większe budżety nie przekładają się na jakość scenariuszy, a naprawdę wartościowe produkcje z przemyślaną i bogatą treścią mają ograniczoną dystrybucję i dostęp do nich jest trudniejszy. W przypadku Manchester by the Sea premiera w Polsce wiązała się z nominacjami oscarowymi (na świecie pojawił się rok wcześniej) i dzięki temu każdy zainteresowany mógł zobaczyć film.

Tak wysokie noty dla stonowanej i kameralnej produkcji oznaczają przede wszystkim coraz większe zapotrzebowanie na oglądanie życiowych historii, które mogą przydarzyć się nam lub naszemu sąsiadowi, którym mógłby być filmowy Lee (Casey Affleck). Przepracowuje on po swojemu tragedię z przeszłości, ale zachowuje swój ból dla siebie. Największe wrażenie robią jego powściągliwość i pragmatyzm, w czym przypomina połączenie majordomusa Stevensa (Anthony Hopkins) z Okruchów dnia Jamesa Ivory’ego i Hanny (Sarah Polley) z Życia ukrytego w słowach Isabel Coixet. Mimo różnych motywacji są do siebie bardzo podobni – właściwie nie mają życia prywatnego i całkowicie poświęcają się pracy. Są zamknięci w sobie i wycofani, a kontakt z innymi ludźmi podejmują tylko z konieczności. Stevensem rządzą konwenanse i etykieta, jest po to, by służyć, ale samemu być niezauważonym.

To powinien być standard dla filmowców, a nie niedościgniony wzór!

Hanna ucieka w pracę, ale nie chce zwracać na siebie uwagi. Oboje odgrodzili się od emocji i zamknęli na relacje z ludźmi. Lee zachowuje się tak, jakby nikogo w swoim życiu nie potrzebował. Jest dozorcą, mieszka w suterenie na bostońskim osiedlu, nigdzie nie bywa, z nikim nie rozmawia. Żyje, ponieważ ma dorastającego siostrzeńca, który go potrzebuje. Dla niego wraca na pewien czas do Manchesteru, gdzie pomaga chłopcu odnaleźć się w nowej rzeczywistości po śmierci ojca, zająć sprawami związanymi z pogrzebem i testamentem. I choć Lee wcale nie chce tam być, sumiennie wypełnia swoje obowiązki względem siostrzeńca. Cierpliwie znosi humory nastolatka, jego bezczelne pytania i wahania nastrojów. Napięcie między nimi jest nie tylko źródłem sprzeczek, lecz także żartów sytuacyjnych – jak choćby w scenie, kiedy chłopak dostaje ataku paniki na widok mrożonego mięsa (które przypomina mu o ciele ojca w kostnicy), a Lee mówi, że może zadzwonić do szpitala, bo on nie wie, co robić w takich sytuacjach. W podobny sposób zabawna jest scena z Okruchów dnia, w której Stevens – stary kawaler – ma uświadomić dorosłego mężczyznę z otoczenia swojego pracodawcy, skąd się biorą dzieci. Używane przez niego porównania do rozkwitających roślin i śpiewających ptaków są rozbrajające tym bardziej, że Cardinal (Hugh Grant) nie ma pojęcia, co Stevens ma na myśli.

Wspomniane napięcie, którego obecność jest wyczuwalna przez cały seans Manchester by the Sea, wynika również z postrzegania Lee przez otoczenie. Jego przełożony w Bostonie upomina go, że choć jest solidnym pracownikiem, ciągle są na niego skargi, ponieważ jest niemiły. Kiedy bohater jedzie do Manchesteru zająć się rodzinnymi sprawami, zagląda w kilka miejsc, szukając pracy. Nikt nie chce go zatrudnić, a niektórzy między sobą mówią, że nie jest mile widziany. Nadmorska społeczność kojarzy Lee z tragicznym pożarem i śmiercią jego dzieci, więc on sam nie wywołuje pozytywnych emocji w ludziach. Żeby zostać napiętnowanym przez otoczenie wystarczy czasem kilka szczegółów, a reszta historii dopowie się sama. Tak jest w Polowaniu Thomasa Vinterberga. Fałszywe oskarżenie o molestowanie dziecka wystarczy, żeby zwolnić Lucasa (Mads Mikkelsen) z pracy w przedszkolu. Kiedy plotka zaczyna krążyć po miasteczku, jego mieszkańcy traktują bohatera jak trędowatego. Nie może znaleźć nowego zajęcia, każde wyjście z domu wiąże się z ryzykiem pobicia, a w lokalnym sklepie nie może zrobić zakupów. Podobna sytuacja spotyka bohaterów w Kertu – miłość jest ślepa Ilmara Raaga. Dorosła tytułowa bohaterka (Ursula Ratasepp) przez swoją nieśmiałość i małomówność jest traktowana przez mieszkańców estońskiej prowincji jak opóźniona w rozwoju. Kiedy znika na jedną noc i rano rodzice znajdują ją w ramionach miejscowego pijaka Villu (Mait Malmsten), wszyscy zakładają, że mężczyzna wykorzystał Kertu. Ona dostaje areszt domowy, a on jest wytykany palcami, sklepikarze odmawiają mu prawa do zakupów. I nikomu nie przyjdzie do głowy, że może między bohaterami jest jakieś uczucie. W małomiasteczkowym środowisku nie ma miejsca na odmieńców i ich wolność wyboru. Bo zawsze istnieje ryzyko, że wybiorą źle, czyli nie po myśli ogółu.

W Manchester by the Sea Lee też musiał zdecydować: wychowywać siostrzeńca w rodzinnym domu czy wrócić do Bostonu. Ostatecznie wybiera własne, samotne życie, zostawiając krewnego pod opieką przyjaciół rodziny. Nie po to uciekał z miejsca tragicznych wydarzeń sprzed lat, by znowu w nim zamieszkać. Sam o sobie mówi, że jest tylko wsparciem, nie był i nie jest gotowy na większą rolę. Nie jest przy tym tchórzem, raczej realistą, który zna swoje możliwości i uczciwie o tym mówi. Stevens z Okruchów dnia nie miał w swoim życiu miejsca na miłość i rodzinę wtedy, gdy był na to czas, a potem było za późno na jakiekolwiek heroiczne gesty, na które prawdopodobnie nie miałby odwagi. Pozostało mu z godnością znosić swoją samotność. Trudne wybory to jeden z ciekawszych elementów każdego filmu fabularnego.

Wymienione tutaj filmy – począwszy od Manchester by the Sea, przez Okruchy dnia, Kertu – miłość jest ślepa, Polowanie, a skończywszy na Życiu ukrytym w słowach – to tylko garstka przykładów udanych dramatów o ludzkim życiu we wszystkich odcieniach szarości. To dobre, a nawet świetne produkcje, ale podnoszenie ich do rangi arcydzieła przede wszystkim świadczy o nie najlepszej kondycji światowej kinematografii. To powinien być standard dla filmowców, a nie niedościgniony wzór! Może dojdzie do tego, że w pewnym momencie i twórcom, i widzom przeje się wałkowanie komiksów i antyutopii, a zacznie się zapotrzebowanie na solidne, życiowe dramaty?

Ostatnio dodane