Felietony

Liga Super Wstydu

Autor: Jakub Koisz
opublikowano

– Pochodzę z obcej planety, jestem ostatnim synem zniszczonego Kryptonu, ale wychowałem się w farmerskiej rodzinie w małym, ziemskim miasteczku. Kochający rodzice nauczyli mnie wszystkiego, co ważne, aby pomagać ludziom.

– Pochodzę z deszczowego, mrocznego Gotham. Gdy byłem dzieckiem, widziałem śmierć swoich rodziców. Nie zdążyli mnie niczego nauczyć. Musiałem uczyć się sam, a to, czego się nauczyłem, postanowiłem wykorzystać do obrony niewinnych.

Tak mniej więcej wygląda wstęp do jednego z komiksów o wspólnej przygodzie Supermana i Batmana, największych, ale i najbardziej nietypowych przyjaciół z drużyny Justice League. Są w tej paczce spandeksowych mięśniaków oczywiście inni, jak na przykład wesołek Flash, przyjaźniący się z równie pogodnym Green Arrowem i Green Lanternem, a także piersiasta Wonder Woman, do której zarywał kiedyś sam gość z wielkim „S” na piersi. Supermana i Batmana łączy jednak przyjaźń innej kategorii – taki miksik obawy oraz szacunku. Batman szanuje harcerzykowate zasady Człowieka ze Stali, ten zaś często powtarza, że jeśli miałby się lękać jedynej osoby na świecie, byłby to właśnie Mroczny Rycerz.

Śmieszne? Wcale nie, jeśli zawieszamy niewiarę i lubimy takie bajeczki, wszak komiksowe uniwersum DC od dawna rysuje nam obraz Batmana, którego supermocą jest intelekt czasami ocierający się o groteskę, ale mimo to – rozumiemy, czemu ten duet sprawdza się na papierze. To idealne połączenie pary, którą na pierwszy rzut oka nic nie łączy, ale razem są wręcz generatorem iskier, ciętych ripost i esencji męskiej przyjaźni (o ile spróbujemy zapomnieć, że tego typu sceny dotyczą facetów przebranych w śmieszne kostiumy). Jeżeli miałbym porównać relacje Batmana i Supermana, przypominają one nieco te między Sawyerem i Jackiem w „Zagubionych”.

Historia ekranizacji „Justice League of America” jest długa, pełna kasacji i ponownych reanimacji. Już Wolfgang Petersen przymierzał się do filmu „Batman versus Superman” (czemu „versus”?), jednak pomysł porzucono. W 2007, w wyniku strajku scenarzystów oraz kilku innych okoliczności niesprzyjających tworzeniu tego typu eksperymentalnych produkcji, porzucono plany realizacji „Justice League of America”. Reżyserem miał być George Miller, znany i szanowany twórca, który entuzjastycznie podchodził do sprawy. Zaawansowany projekt mimo to trafił do kosza, jakby decydenci z Warnera zdali sobie sprawę, że za wcześnie na takie łubu-dubu, tym bardziej, że filmowe uniwersum DC było ciągle w rozsypce – „Superman Returns” okazał się zbyt nostalgiczny i za mało przebojowy, aby wpychać do niego choćby nawiązania do reszty herosów, a „Batman Begins” Christophera Nolana egzystował na obrzeżach tego świata. Ba, seria Nolana rozgrywa się wręcz w innej rzeczywistości niż ta z kart historii obrazkowych – pozbawionej supermocy, kosmicznych zagrożeń i drużyn superludzi.

Marvelowe, konkurencyjne widowisko „Avengers” dowiodło jednak, że dobry biznesplan oraz nieco cierpliwości w budowaniu wspólnego światka to projekt nie tylko opłacalny, ale wpuszczający dużo świeżości do ekranizacji komiksów.

WB postanowiło działać, startując nieco w tyle za konkurencją – wynajęli scenarzystów, którzy mieli połączyć wątki i postacie z nolanowej serii o Batmanie, nadchodzącego „Man of Steel” (czyli nowej interpretacji Supermana) oraz średnio udanego obrazu SF „Green Lantern”. Od dnia premiery „Avengers” zazdrośni o prymat Marvel Studios fani DC Comics codziennie mogli podbudować nadzieje jakimś newsem. A to takim, że już wiadomo, iż Christopher Nolan będzie producentem „Ligi Sprawiedliwych”, a to takim, że obraz wyreżyseruje sam Ben Affleck, a to jeszcze takim, że wybrano już członków megamocnej drużyny, w której najważniejsi będą Batman oraz Superman. I co z tego wyszło? Nic… Bez zaskoczenia.

Scenariusz „Justice League” znowu trafił do kosza. WB nie poddaje się. W ostatnich dniach pojawiła się plotka, że film nie powstaje, ale czeka nas coś podobnego, mianowicie „Worlds Finest”, czyli wspólne przygody Batmana oraz Supermana, jeszcze zanim założyli JLA. Jak wspomniałem, uwielbiam w komiksach interakcje tej dwójki, są jak awers i rewers tej samej, złotej monety, jednak nie wierzę, póki nie zobaczę. Co tymczasem w Marvelu? Faza druga, która zakończy się „Avengers 2”, oficjalnie rozpoczęta, w sieci pojawił się kolejny zwiastun świetnie zapowiadającego się „Iron Mana 3”, prace na planie „Thora 2” i „Kapitana Ameryki 2” wrą, a odważne i zachwalane przez tych, którzy czytali scenariusz, „Guardians of The Galaxy” zyskuje coraz nowych aktorów. „Avengers” wymierzył DC Comics siarczystego placucha w twarz, mam nadzieję, że WB się przebudzi, bo inaczej marka „JLA” będzie się kojarzyła tylko i wyłącznie z pasmem niespełnionych marzeń, a nie epickim, letnim blockbusterem, który mógł być, miał zadatki na zostawienie naszych szczęk na pokrytej popcornem podłodze, ale coś nie wyszło.

PS. Najnowsza plotka to Christopher Nolan na krześle reżysera.

Ostatnio dodane