Kilka filmowych blizn | FILM.ORG.PL

Kilka filmowych blizn








Jakub Koisz
03.06.2013


Ciągle zachwycamy się filmami, wiadoma sprawa, bo gdzie indziej to robić, jak nie na stronie miłośników kina? Co chwilę się ochuje, achuje na lewo i prawo, jak to kino zmieniło nasze życie, a bez ruchomych obrazków bylibyśmy innymi ludźmi. Nie trochę innymi, tylko całkiem innymi. Mniej seksownymi, mniej inteligentnymi, wrażliwymi, pięknymi. Po prostu – mniej. Ciekawi mnie jednak, czy Was kino kiedyś skrzywdziło. Bo mnie tak. Nic metafizycznego. Skrzywdziło mnie po prostu fizycznie.

Przyznam, że na pomysł tego felietonu wpadłem po opublikowaniu pierwszego odcinka naszej świetnej KMF-owej serii o nazwie „Szybka piątka”. Oczywiście, że każdy z nas jest świadomy tego, że niektóre filmy zobaczyliśmy za wcześnie. Ja nie powinienem oglądać „Emmanuelle” jako dziecko, zapewne lepiej by mi się spało, gdyby chrzestny nie zapodał mi na VHS kilkakrotnie przegrywanych z innych kaset przygód Pinheada. Niektóre doznania muszą poczekać, aż będziemy w stanie się im przeciwstawić i właściwie je zinterpretować. Koledzy z redakcji skupiali się głównie na sprawach psychologicznych, mikrourazach w umyśle, swoistych traumach celuloidowych. Mnie jednak kilkakrotnie kino skrzywdziło czysto fizycznie i mam mocniejsze opowieści, z którymi się z czytelnikami w „Szybkiej piątce” nie dzieliłem, aby nie psuć konwencji.

Wakacje, gdzieś około roku 1992, „Batman” Tima Burtona, prezent od wspomnianego chrzestnego, wałkowany na okrągło, mimo że magnetowid często wciągał taśmę. Piękne czasy. Chciałem być Mrocznym Rycerzem, bo miał te wszystkie zabaweczki, fajną furę, kompleksową naturę i dobrze wyglądał w gumowym wdzianku. Najbardziej intrygowała mnie zawartość jego pasa, do którego przywieszone były różne kapsułki z gazem, linki, futerałki… Przebierałem się za Batmana, robiąc pelerynę z kreacji sylwestrowej mojej mamy i brakowało mi tylko gadżetów. Kastet zrobiony z pokrętła od domowej hydrauliki nie wystarczył, potrzebowałem też broni mniej kontaktowej. Moja rodzinna wieś nie była bezprawnym Gotham, czasami walka z przestępczością wymagała tak wałkowanej w filmie Nolana teatralności i podstępu. Gdy kradłem z szuflady dziadka gaz łzawiący, który dla samoobrony woził ze sobą podczas podróży przez Polskę pociągami PKP, nie myślałem o konsekwencjach. Nie myślałem też o nich, gdy rozpyliłem ten środek w twarz kolegi z podwórka (na swoje usprawiedliwienie napiszę, że był moim Robinem i sam chciał sprawdzić, jak rozpylacz działa). Przekrwione oczy i czerwona twarz mojego pomagiera była wystarczającą karą, ale na tym się nie skończyło. Gdy jego mama tłukła mnie skórzanym pasem (notabene, wspaniała kobieta, twarda, matka ośmiorga dzieci, pozdrawiam), wiedziałem już, że swoje fantazje superbohaterskie skieruję raczej w stronę Supermana, jak wiadomo – pacyfisty, który nie testowałby ultranowoczesnej broni na swoim side-kicku.

Pamiętacie „Ognisty podmuch” z Kurtem Rusellem? Ogień w tym filmie przedstawiony był wręcz jako inteligentny żywioł, który pożerał łapczywie powietrze, rósł w siłę, syczał, dmuchał. Gdy kończyłem 6. klasę szkoły podstawowej, ogniska z kolegami były już na porządku dziennym. Oby jak największe, z kiełbaską i puszczanym w tle „Scyzorykiem” Liroya. Było to jeszcze niewinne, pamiętam przecież późniejsze, te z alkoholem, szczególnie zimą, gdy trzeba było transportować pozbawione woli życia ciała kolegów do domu. Ale takie akcje należy zwalić na imprezowy klimat i brak umiaru. Moje „filmowe” ognisko, które zapamiętam do końca życia, było wynikiem inspirowanej kinem brawury. Gdy skakałem z jednej palety desek na drugą, wyobrażałem sobie, że jestem Kurtem Rusellem, który pokonuje kolejne poziomy płonącego budynku. Pamiętam adrenalinę i nawoływanie kolegów „zrób to, zrób to!”, bo pomiędzy całkiem sporą odległością dzielącą dwie palety, tlił się ciągle ogień. To właśnie adrenalina pozwoliła mi przetrwać bolesne oparzenia na nodze po tym, jak wylądowałem w samym środku żaru. Kilka oparzeń na kostce oraz ubaw kumpli, gdy biegałem po zroszonych deszczem liściach tytoniu, tylko po to, aby ugasić płonącą skarpetę, sprawiły, że do dzisiaj nie powtórzyłem seansu thrillera o strażakach.

Przetrącony nos i fontanna krwi z dwóch dziurek, kiedy rzuciłem się z rękawicami bokserskimi na 10 lat starszego kumpla, który w moich oczach był Ivanem Drago. Powstrzymywanie kumpla, który po rozwaleniu sobie nogi piłą mechaniczną, chciał „zdezynfekować” ranę za pomocą prochu strzelniczego, niczym z John J. z „Rambo II”. Przysolenie niebieskim punciakiem w barierkę przy supermarkecie, gdy z kumplem naśladowaliśmy w zimie drifty Vina Diesela. Takich historii jest mnóstwo, do każdej wracam jednak z rozbawieniem. Nie zrozumcie mnie źle, nie demonizuję kina, równie wielkie głupoty się czyniło w młodzieńczych latach, inspirując się wyczynami postaci książkowych.

Chcę tylko o nich pamiętać i usłyszeć Wasze. Rozbierzcie się i pokażcie, niczym Gibson w trzeciej „Zabójczej Broni”, swoje filmowe blizny. One w jakiś sposób Was definiują.  

Jakub Koisz

Jakub Koisz

Skończył polonistykę i kulturoznawstwo. Pisze więc, a to o komiksach, a to o filmach i książkach, uczy mówienia, uczy pisania... Mógłby całymi dniami biegać za piłką lub opowiadać przyjaciołom o filmach, które go ostatnio podjarały. Zapewne choć raz w życiu polecił Ci "Big Lebowskiego", komedie Franka Capry lub "Avengers". Jeśli byłaś kobietą i uznał, że sympatyczną, bredził Ci o "Przed wschodem słońca". Jeśli Cię nie polubił, kazał Ci obejrzeć "Salę samobójców" lub "Efekt motyla". Lubi boks i kino bokserskie.
Jakub Koisz

Latest posts by Jakub Koisz (see all)







  • Punisher

    Rozwalone kolano do „kości” po rze w Tony’ego Hawka.

  • AnthonyCrow

    Kilka obrażeń po naśladowaniu idiotów z Jackass………

  • Rafał Donica

    Roztopiłem się w surówce po naśladowaniu T-800 z finału „T2” – wiem, nieśmieszne ;)

    • Scarlet Pumpernickel

      Dux sie wytarzal w misce surowki z niedzielnego obiadu ;)

  • Mefisto

    Rambo prochem łatał się bodajże w trójce :)

  • Rzch

    Jakiś czas temu, gdy w mediach poruszany był temat rzekomej szkodliwości gier, doszedłem do ciekawych wniosków. Sięgnąłem pamięcią wstecz i zauważyłem, że żadna gra nie wpływała tak na moje zachowanie jak dowolny film widziany wieczorem w telewizji. No bo kto z nas nie próbował łamać praw fizyki po obejrzeniu Matrixa, zachowywać się jak tajny agent, albo wcielać w superbohatera?
    Z drugiej strony nie przypominam sobie podobnej sytuacji po długich sesjach z jakąś grą. Nie uważam za normalne (ani nie znam nikogo kto uważa za normalne) zrzucanie ludzi z rowerów na ulicy w biały dzień, by zdobyć środek transportu, nie szaleję po ulicach samochodem i nie mam dziwnych wyobrażeń o jeździe po zaliczeniu większości części NFS, mimo, że bliższy kontakt z samochodem mam od niedawna, a także zdaję sobie sprawę z konsekwencji moich czynów (wyjątkiem jest chyba tylko odmienne spojrzenie na wysokie budynki po kilku częściach Assassin’s Creed :D).
    Dążę do tego, że z moich doświadczeń wynika, że filmowe realia potrafią być zdecydowanie bardziej złudne i powodować groźniejsze następstwa niż gry. Spowodowane jest to pewnie tym, że gry są osadzone w konkretnym świecie z umówionymi zasadami i uproszczeniami. Po prostu wiemy, że w życiu nie powiemy do sprzedawcy „pokaż mi swoje towary” a za rzeczy które zrobimy nie dostaniemy pkt doświadczenia. Filmy z kolei naginają nieco rzeczywistość, wprowadzają delikatne przekłamania, których nawet czasem nie zauważamy.
    Nie wiem czy inni mają podobne odczucia jak ja, nie oskarżam w żaden sposób filmów, a fakt, że piszę komentarz pod tym artykułem świadczy najlepiej o mojej miłości do nich, jednak uważam, że to właśnie filmy mają największą moc „wmawiania” nam różnych głupot, które później jako dzieci powtarzamy i robimy sobie krzywdę.

    • Jakub Koisz

      Nie rozpędzałbym się tak bardzo, moje przygody raczej zwaliłbym (nawet jeśli skończyłyby się tragicznie) na głupotę dzieciaka.Plus brawura, choć podparta tym, że chciało się być jak bohater filmowy…

      • Rzch

        Lekkomyślność czy głupota to jedno, a rzeczy które do głupot inspirują to osobna kwestia. I w tym, spośród wszystkich rodzajów rozrywki, filmy wg mnie prowadzą.

    • Mefisto

      Bzdura na resorach. Jedyne, co rozróżnia te dwa media, to fakt, że grą sterujesz Ty, stąd późniejszy brak chęci ich naśladowania, bo też i dopiero co się „wyżyłeś”. Tymczasem w filmach jesteśmy tylko widzami, obserwatorami, stąd chęć naśladownictwa, bycia takim, jak nasz heros. Natomiast sorry, ale jeśli ktoś nie potrafi odróżnić filmowej rzeczywistości od faktycznej (ani razu ja, ani nikt kogo znam nie próbował łamać praw fizyki po Matrixie. WTF?), to niestety ale jest idiotą (swoją drogą ktoś tu przywołał Jackass, a przecież to już jest zgraja debili zasługujących na Nagrodę Darwina, więc tym gorszym trzeba być kretynem usiłując ich naśladować) i filmy nie mają tu nic do rzeczy, bo równie dobrze może zachcieć mu się latać po przeczytaniu komiksu albo szpiegować sąsiadów, gdyż właśnie przeczytał kryminał.

      • Rzch

        No, może niezupełnie łamanie praw fizyki, ale chęć przebiegnięcia choć kilku metrów po ścianie już owszem :).
        Poza tym co innego gdy mówi się o tym z perspektywy dorosłego człowieka i patrzy z uśmiechem w przeszłość, a co innego gdy ma się 10 lat i różne głupie pomysły w głowie. Niekoniecznie oznacza to bycie kretynem. Chyba, że mówimy o dorosłych, wtedy nieodróżnianie fikcji od rzeczywistości to już problem (istnieją pewnie ludzie, którzy do tej pory czekają na list z Hogwartu). Do niektórych rzeczy trzeba po prostu dojrzeć. Niedawno był szybki ranking filmów zobaczonych za wcześnie i do tego też w pewnym sensie nawiązuję. Co innego gdy ktoś próbuje naśladować bohaterów mając lat 16, co innego gdy taki film trafi do 11-latka z bujną wyobraźnią.
        „Jedyne, co rozróżnia te dwa media, to fakt, że grą sterujesz Ty, stąd późniejszy brak chęci ich naśladowania, bo też i dopiero co się „wyżyłeś”. Tymczasem w filmach jesteśmy tylko widzami, obserwatorami, stąd chęć naśladownictwa, bycia takim, jak nasz heros.”
        Otóż właśnie. Stąd wniosek do którego doszedłem.
        EDIT:
        Dodam jeszcze, że są też filmy wręcz przeznaczone dla dzieci, które zakrzywiają obraz rzeczywistości. I wtedy nie mówimy już o problemach z rozróżnieniem realiów filmowych od tych panujących w naszym świecie. Przykład? Kevin sam w domu (lub w NY). Jak teraz to oglądam i widzę jak któryś z włamywaczy dostaje (kilkukrotnie) cegłą rzuconą z budynku po twarzy, a po chwili wstaje z delikatnym jej odciskiem to aż mnie dziw bierze, że to film familijny. Przecież jak jakiś dzieciak niewiele myśląc zrobi cokolwiek z rzeczy przedstawionych w filmie, bo pomyśli, że będzie śmiesznie, to może nawet zabić.

        • Mefisto

          To skoro mówimy o bieganiu po ścianach, to przed Matrixem była cała masa filmów karate (jak i Deszczowa Piosenka chociażby ;) i w rzeczywistości te parę kroków w poziomie jest wykonalne, tyle, że wymaga lat ćwiczeń :)
          Natomiast kwestia wieku też jest sporna – osobiście praktycznie dorastałem w wypożyczalni video, więc trochę się tego widziało, i to zarówno to co można, jak i to, co niewypada. Ale ani razu nie przeszło mi przez myśl, że to co dzieje się na ekranie to jakaś prawda objawiona, co nie przeszkadzało mi ani trochę we wcielaniu się w kolejnych bohaterów, ani w sraniu pod siebie na widok np. Aliena (co zresztą jest możliwe nawet dziś, dzięki kapitalnej grze AvP, część pierwsza ;). Istnieje bowiem pewna granica rozsądku nawet dla szczyla (a poza tym od tego są rodzice, by pewne rzeczy wyjaśnić). Na tym mniej więcej polega właśnie siła filmu, że potrafi na moment dać upust naszym lękom i fantazjom, uciec od rzeczywistości na te parę chwil, lecz bynajmniej jej nie definiować. Inną sprawą jest, że ludzie jako gatunek to jednak straszny zlepek naiwności i głupoty, który potrafi dać wiarę nawet opowieściom ogniskowym – ale czy to znaczy, że mamy przestać je opowiadać tylko dlatego, że 2 osoby na 100 zabawią się potem w Ikara?

          • Rzch

            Oczywiście, że nie. Podobnie jak autor felietonu nie demonizuję kina. Po prostu uznałem, że skoro wspomniał o książkach, to i ja dorzucę coś o innym medium.
            A co do rodziców i zdrowego rozsądku to ja mam to szczęście, że sobie ani razu krzywdy nie zrobiłem przez rzeczy zobaczone w filmach, niektórzy tyle szczęścia nie mają i w kilka sekund fundują sobie bliznę na pamiątkę do końca życia :).

        • Mefisto

          Odnośnie tego EDITU: generalnie jest coś takiego, jak koncepcja – w przypadku Kevina jak najbardziej widoczna nawet dla dziecka, który widzi, że to tylko zgrywa. O wiele gorsze konsekwencje ma moim zdaniem obecna moda na polityczną poprawność i łagodzenie/przycinanie filmów do PG-13, co skutkuje potem totalnie odrealnionymi scenami w poważnych filmach, co już autentycznie może mieć skutek odwrotny do zamierzonego, bo jak dzieciak zobaczy już na ekranie te flaki, to najwyżej się popłacze. Ale w przypadku, gdy ich nie ma, może to zasiać w jego małym móżdżku myśli o bezpieczeństwie danych sytuacji.

  • rebelmale

    Walka z kumplem na miecze z resorów w centrum Zgierza w niedzielne południe à la „Highlander”, względnie „Conan” jakieś 25 lat temu :) Kolega miał niegroźną ranę ciętą brody, ale krwi było za to co niemiara…

  • Pati

    Bardzo fajne rzeczy do opowiedzenia ma pan Koisz :D:D

  • podstawowka klasa 8F

    A wg mnie gry komputerowe maja jakis tam wplyw na dziecko. Pamietam ze szkoly podstawowe gdzie do klasy chodzil chlopak ktory byl jehowym. Cwiczylismy na nim ciosy z mortal kombat.

    • Poszukaj profesjonalej pomocy.

  • Pingback: Tajemnice Zielonego Królestwa | Filmowa baza wiedzy()

  • Baroque

    Podobają mi się te przemyślenia, dziękuję za link. Lubię takie żywe teksty bez dystansu. Kiedy następny felieton?






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Tajemnice Zielonego Królestwa

Następny tekst

Frankenstein's Army - Red Band Trailer



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE