Felietony

JAK WYŁADOWAĆ GNIEW, czyli nie mów do mnie teraz

Autor: Agnieszka Stasiowska
opublikowano

Zjawisko takie istnieje, nazywa się Blue Monday. Jest to wypadający w trzeci poniedziałek stycznia najbardziej smętny dzień w roku. Mandej srandej, bądźmy szczere, są takie dni, kiedy smętny nastrój jest spełnieniem marzeń o sekundzie spokoju. Wiecie, te dni. Te, w których ma się ochotę przestawić mordę pierwszemu napotkanemu na ulicy, obojętnie, czy to dwumetrowy kark czy upierdliwa staruszka.

Powodów jest tysiąc albo nie ma żadnego.

Bo?

Powodów jest tysiąc albo nie ma żadnego. Najbardziej banalny w przypadku płci pięknej, za którą z wysiłkiem próbujemy co dzień uchodzić, to że naraził nam się przedstawiciel płci mniej urodziwej. Przesadnie lotni nie są, i zawinić mogą myślą, mową, uczynkiem i zaniedbaniem. Co do zasady wybaczamy, mając na względzie ich przyrodzoną ułomność, ale kiedy nadchodzi ten dzień, to niezależnie od tego, czy przyłapałyśmy go w naszej pościeli z naszą najlepszą przyjaciółką (i po to, cholera, prasujemy te idiotyczne jedwabie, żeby ta flądra się w nie wycierała?!…), czy też przy śniadaniu znowu nie docenił, że ma podane pod pysk i nie padł w podzięce na kolana, tylko zeżarł i wyszedł – jest winny. I niech odczuje nasz gniew!

Jak wiadomo, emocji nie należy w sobie tłumić. Postępujemy więc jak Bernadine Harris z Czekając na miłość (1995) – ładujemy wszystkie jego ulubione ciuchy w jego ukochane auto i podpalamy całość. Sygnał jest wyraźny, widoczny dla całej dzielnicy, i możemy mieć pewność, że tym razem do gnoja dotrze, że mamy do niego lekki żal.

Jako się rzekło, chłop to powód banalny i bynajmniej nie w życiu przeciętnej, normalnej kobiety najważniejszy. To, co może nam od samiutkiego rana poważnie zepsuć krew, to nader elegancko przez panie porozumiewające się w language określony bad hair day. Nie ma mocnych na dziadostwo, czasem po prostu włos się nie układa i się nie ułoży, choć suszarka, lakier, sześć szczotek i prostownica w ruchu. A zegarek tyka i widmo szefa chrząkającego znacząco, kiedy po raz kolejny usiłujemy chyłkiem przemknąć koło jego gabinetu, zaczyna przesłaniać nam całkowicie horyzont myślowy. Na taki dramat wypadałoby mieć pod ręką najlepszego przyjaciela fryzjera-geja, ale, parafrazując jednego z przodków Mulan, wszyscy nie mogą być fryzjerami-gejami, z przyczyn oczywistych.

Rozwiązanie jest piękne w swojej prostocie – pozbywamy się problemu w sensie dosłownym. Jest nawet szansa, że będziemy w nowym wcieleniu wyglądały równie szatańsko seksownie, jak Furiosa (Mad Max. Na drodze gniewu – 2015), zwłaszcza jeśli uzupełnimy look o efektowny makijaż. I niech nam wtedy szef skoczy. Niech nam wszyscy skoczą, na fryzurze Furiosy kończyć się nie musi. To samo rozwiązanie zastosować możemy, kiedy fryzjer, który – pomijając już fakt, że niekoniecznie jest gejem – nie jest też naszym najlepszym przyjacielem i efekt jego działań nie tylko nas nie satysfakcjonuje, ale sprawia, że mamy ochotę wyć jak nie przymierzając Evey Hammond w V jak Vendetta (2005). W jej wypadku akurat nie bardzo było co ratować, ale dla części z nas nieudana – lekko mówiąc – fryzura może być pretekstem do drastycznych posunięć i do udowodnienia całemu światu, że jak Natalie Portman, nawet łyse wyglądamy olśniewająco.

Ostatnio dodane