Felietony

Gdyby głupota miała skrzydła, to ludzie z TVP fruwaliby jak gołębice

Autor: Rafał Oświeciński
opublikowano

Kilka dni temu gruchnęła wiadomość, jakoby prezes TVP, Jacek Kurski, mógł dostać do ręki asa, a kartę jednak odrzucił. Chodziło o brak podjęcia współpracy ze słynną BBC w związku z produkcjami o polskiej historii, w tym o niesamowitym rotmistrzu Pileckim. Juliusz Braun, były prezes Telewizji Publicznej, w liście do Ministra Glińskiego dosadnie ocenił brak reakcji Kurskiego na umizgi angielskiego nadawcy.

Nie ma sensu analiza oburzenia Brauna, bo być może jest (była) zasadna, a może… nie jest (nie była). Nikt nie poznał bowiem szczegółów współpracy, która mogła opierać się na zbyt dużym finansowym zaangażowaniu rodzimej telewizji. Może oceniono, że publiczny nadawca nie podoła? A może projekt był za mało ambitny? A może żadnego projektu nie było, tym bardziej scenariusza, a wszystko spowite masą niedopowiedzeń, w których pojawiło się więcej chęci niż konkretów? Naprawdę, ludzie, nic nie wiedzieliśmy. Sam fakt pojawienia się listu Brauna spowodował, że bóldupizm udzielił się wielu publicystom, co nie było spowodowane coraz większą liczbą informacji na temat współpracy – bo nic się nie pojawiło – a zwyczajną niechęcią (polityczną, osobistą) do Jacka Kurskiego. To nie jest człowiek z mojej bajki, tępota propagandy programów publicystycznych na czele z Wiadomościami poraża, ale nie znając kontekstu współpracy można go tylko bić linijką po łapach za brak kontaktu z BBC – patrząc z czysto menadżerskiego punktu widzenia nie powinien ignorować ciekawych partnerów w biznesie.

Wtem!

Pojawiło się oficjalne oświadczenie TVP wraz z jednoznaczną odpowiedzią dlaczego nie wyszło?

I jak szybko wyciekło, „producent wykonawczy, którego dotychczasowa działalność nie budzi zaufania TVP”, to Dariusz Jabłoński. Człowiek, który z kolei budzi zaufanie BBC, to producent docenionych seriali brytyjskich „Dzwony wojny” i „Szpiedzy w Warszawie” (oba o polskiej historii w czasie II wojny światowej – sprzedane do kilkudziesięciu krajów na świecie). W Polsce to nazwisko powinno budzić skojarzenia z dokumentalnym i wielokrotnie nagradzanym Fotoamatorem i produkcją Gier ulicznych Krauzego, Janosikiem Holland, serialem Glina i największym hitem – Pokłosiem Pasikowskiego.

To tego ostatniego ma na myśli Telewizja Publiczna i za nią wszelkie media prawej strony, walczące ostatnio o dobre imię narodu polskiego. Film autora Psów był wydarzeniem artystycznym i politycznym, które podzieliło opinie publiczną – jedni zachwalali odwagę w zmierzeniu się z podłą historią narodową, drudzy podważali paskudną historię z paleniem stodoły wypełnionej Żydami. Ja zaliczam się do tych pierwszych, bo uważam, że tragiczne, niewygodne i chore kawałki historii działają oczyszczająco, budują zdrową tożsamość narodu, z której nie powinno się wymazywać niegodziwości Polaków lub zakazywać opowiadania o tym, co złe (to a propos burzy wokół ustawy o IPN). Amerykanie leczyli swoje traumy Czasem Apokalipsy i Plutonem, bo wiedzą, że bohaterstwo może być okupione cierpieniem, barbarzyństwem i totalnym absurdem sytuacji. Wojna ma różne odcienie, polskie kino słynie z polemik z przeszłością (Wajda, Munk, Różewicz!) – nie wiem, jaki byłby cel podważania historycznych prawd, ukrywania tego, co niewygodne, małostkowe, nieludzkie. We własnych oczach będziemy lepsi, zdrowsi, silniejsi? To brzmi tak samo bezczelnie i nierealnie, jak niebezpiecznie. I jest daleko od zdrowej dumy.

Nie jestem w stanie zrozumieć, co jest aż tak szkodliwego w Pokłosiu, żeby używać go jako argumentu w dyskusji o manipulacjach, zniekształceniu i obronie dobrego wizerunku Polski. Tym bardziej, gdy na tego typu uzasadnieniu bazuje oświadczenie TVP, które nie może pozwolić na „oddanie” opieki nad serialem komuś takiemu jak Dariusz Jabłoński. To jest:
a) głupie, bo producent wykonawczy nie ma większego wpływu na kształt merytoryczny produkcji;
b) bezmyślne, bo TVP byłaby współproducentem, więc miałaby wpływ na zawartość merytoryczną;
c) idiotyczne, bo w ten sposób pozbawia się szansy na promowanie dosłownie na całym świecie tego, co wartościowe (a historia rotmistrza Pileckiego taka jest);
d) nieodpowiedzialne, bo to kolejny argument w „dobrozmianowej” narracji odnośnie relacji polsko-żydowskich.

Słowem – żałosne. Na wiele sposobów. I jeszcze wisienka na torcie w postaci kuriozalnego, kolejnego oświadczenia, które ma przykryć beztroskę władz TVP.

„Telewizja Polska powołała zespół do spraw promocji dobrego imienia i historii Polski. Na jego czele stanął Mateusz Matyszkowicz – dyrektor TVP1. Zespół powołano w związku z toczącą się debatą publiczną na temat historii Polski oraz ostatnimi wydarzeniami, związanymi m.in. z nowelizacją ustawy o IPN.”

W jaki sposób odmowa współpracy z BBC wiąże się z promocją dobrego imienia i historii Polski? Zaprawdę, według TVP nie trzeba dużo gimnastyki, tylko zwalić wszystko na zakłamanego filosemitę Jabłońskiego. Jedyny, przykry, paskudny argument, który dowodzi jednego: na czele TVP są dzisiaj małostkowi ludzie myślący w interesie wyłącznie swoim, tymczasowym i politycznym, nie publicznym.

Fot. Andrzej Iwanczuk/REPORTER

Ostatnio dodane