Felietony

GDY DRUGA POŁÓWKA ŹLE WCHODZI. Filmy, które są dobre tylko do połowy

Autor: Szymon Skowroński
opublikowano

Niektóre filmy podobają mi się do połowy. Drugiej. Kiedyś tłumaczyłem to sobie mentalną starością, utratą bezrefleksyjnej radości obcowania z kinem spowodowaną bardziej rzeczowym i profesjonalnym podejściem oraz kilkoma tysiącami seansów, po których ciężko utrzymać moją uwagę do końca bez naprawdę solidnego scenariusza. Kiedy jednak próbowałem zmusić sam siebie do przetrwania przez kilka nudnych ekranowych historii, doszedłem do wniosków, że to nie ze mną jest coś nie tak, tylko z drugimi połowami (niektórych) filmów.

Stara zasada, widoczna już u Sofoklesa, opisana przez Arystotelesa, wałkowana przez tysiąc podręczników dramatopisarstwa mówi o tym, że gdzieś w połowie akcji powinien nastąpić wyraźny jej zwrot, przewartościowujący nie tylko cele i motywacje bohatera, ale także kierujący bieg wydarzeń do finału – szczęśliwego lub nie. Dla ludzkiej percepcji i uwagi jest to o tyle ważne, że nasza uwaga i zainteresowanie są w stanie utrzymać się mniej więcej przez godzinę. Nie będę tu cytować żadnych opracowań z pogranicza psychologii i teorii komunikacji, ale odwołam się do zwyczajnych, uniwersalnych odczuć. Lekcja w szkole? Wykład na studiach? Odcinek serialu? Msza święta? Godzina to mnie więcej akurat, aby nas zainteresować, rozbudzić ciekawość, przejść do konkretów i czymś zaskoczyć. Potem zaczynają się schody. Dobry wykładowca wysunie nową tezę. Odcinek serialu się zakończy – szczęśliwy posiadacz Netfliksa może od razu przejść do kolejnego. Ksiądz szanse ma minimalne. A scenarzysta? Scenarzysta musi wymyślić coś, co sprawi, że ktoś taki jak ja – stetryczały, cyniczny maruda – nie odpuści sobie drugiej godziny, którą można spędzić ciekawiej (na przykład – zaczynając kolejny film).

Godzina to mnie więcej akurat, aby nas zainteresować, rozbudzić ciekawość, przejść do konkretów i czymś zaskoczyć. Potem zaczynają się schody.

Tak więc przyjęło się, że w mniej więcej połowie musi stać się coś wielkiego. Fundamenty filmowego świata muszą zostać zburzone. Sufit musi znaleźć się teraz w miejscu podłogi, a Słońce musi zajść na wschodzie. Przypomnijcie sobie, co się stało mniej więcej w połowie Hitchcockowskiej Psychozy. Straciliśmy wtedy główną (!) bohaterkę. Nawet nie potrafię sobie wyobrazić, jak wielkim szokiem musiało to być dla publiczności w 1960. Żeby nie zasiewać ziarna oczekiwania, że może Marion wróci cudownie ocalona w drugiej połowie, reżyser z premedytacją pokazał metodyczne pozbywanie się zwłok – zamknięcie ich w bagażniku i spuszczenie na dno jeziora. Nie było więc innego wyboru, jak tylko znaleźć sobie nowego bohatera. Widz kinowy ma tę tendencję, że związuje się z bliskim mu bohaterem i trzyma za niego kciuki, dopinguje mu, przeżywa wszystko razem z nim. Biedny, poszatkowany mentalnie widz Psychozy musiał więc po cichu liczyć, że biednemu, poszatkowanemu mentalnie Normanowi Batesowi uda się wyzwolić z niezdrowej matczyno-synowskiej relacji i może, jakimś cudem, uniknąć odpowiedzialności za ukrywanie zbrodni.  Śledzimy poczynania Batesa i zaciskający się wokół niego krąg podejrzeń aż do chwili, kiedy odkrywamy prawdę o jego osobowości. Okazuje się, że w przypadku Normana obie połowy jego świadomości były złe. Ale dla Hitchcocka całość wyszła na dobre – nakręcił film absolutnie nieprzewidywalny i wciągający od samego początku do samego końca. Zwrot akcji nie był tu zwykłą kataraktą, po której główny nurt zmierzał naprędce do finału. Dramaturgiczny chwyt pozwolił na wytworzenie jeszcze większej niepewności i suspensu – w końcu wiedzieliśmy, że każda kolejna osoba może stać się ofiarą.

Oczywiście, zabicie głównego bohatera to ekstremum, ale w każdym dobrym filmie mniej więcej w połowie musi stać się coś o podobnej sile rażenia. Załoga Nostromo przekonuje się, że ma do czynienia ze śmiertelnie niebezpieczną formą życia. Travis Bickle ostatecznie pozbywa się złudzeń na temat społeczeństwa i postanawia zrobić porządek w mieście. Marty McFly dowiaduje się od Doca o możliwości powrotu do przyszłości. I tak dalej. Zasadniczo atutem tych filmów jest to, że druga połowa podbija stawki, zwiększa ryzyko, w niektórych przypadkach wręcz otwiera przed widzem pełne spektrum atrakcji, które przygotował mu scenarzysta. Przykład Powrotu do przyszłości jest tutaj zresztą jednym z najlepszych – warto zwrócić uwagę, jak mistrzowsko rozpisana jest druga połowa tego filmu. Aby wrócić do swoich czasów, Marty musi wjechać wehikułem w pole rażenia pioruna, który uderzy w ratuszową wieżę. Aby to zrobić, musi najpierw urwać się z maturalnego balu. Aby to zrobić, musi najpierw sprawić, że matka zakocha się w ojcu. Aby to zrobić, musi przekonać ojca co do własnej wartości. Aby to zrobić, musi nakierować go na Biffa. Aby to zrobić, musi… i tak dalej. W genialnym scenariuszu Roberta Zemeckisa i Boba Gale’a wszystko z siebie logicznie wynika. Każde wydarzenie jest dźwignią, które uruchamia kolejne wydarzenie, które uruchamia kolejne – i tak do końca. Wyjęcie jednej sceny spowodowałoby logiczną dziurę i scenariusz stałby się bezsensowny.

Oczywiście powyższe uwagi dotyczą jedynie przypadków, w których ogląda się film uważnie, śledząc każde wydarzenie, biorąc pod uwagę wszystko, co pokazuje reżyser i montażysta. W przypadku oglądania filmów „jednym okiem”, można mieć jedynie ogólne wrażenie o filmie. Nielogiczne, pełne dziur scenariusze mogą przypaść do gustu, nadrabiając braki śmiesznymi tekstami, slapstickiem czy szybkimi cięciami, które wytwarzają sztuczne wrażenie dynamizmu i efektowności. Nic bardziej mylnego.

Ostatnio dodane