Felietony

DRUGIE DNO #44: IRLANDCZYK znalazł macierz. NETFLIX duchem przemian

Autor: Jakub Piwoński
opublikowano

Wielu z was pewnie zelektryzowała wiadomość, że legendarny Irlandczyk, projekt tworzony przez Martina Scorsesego od dekad, w końcu dostał zielone światło na realizację. Co więcej, na pokładzie statku prowadzonego przez reżysera Kasyna mają znaleźć się największe gwiazdy jego kina gangsterskiego, czyli Robert De Niro i Joe Pesci, a także sam Al Pacino. Scenariusz, oparty na powieści Charlesa Brandta pt. I Heard You Paint Houses, opowiadać będzie historię zabójcy, który twierdzi, że wie, kto stoi za zamachem na Johna F. Kennedy’ego.  Ciekawie, ciekawie.

Ale felieton ten nie ma być wyrazem radości z tytułu przejścia do etapu realizacji jednego z najbardziej wyczekiwanych filmów ostatnich lat, a już na pewno najbardziej wyczekiwanego przez samego reżysera. Bardziej zwraca moją uwagę sposób, w jaki do tego doszło. Nie jest tajemnicą, że projekt będzie finansowany przez Netflixa. Amerykańska platforma telewizyjna ma już na swoim koncie co najmniej kilka wartych uwagi pełnometrażowych projektów powstałych w wyniku angażu znanych nazwisk (Okja, Machina wojenna), zbierających w rezultacie całkiem przyzwoite recenzje. Ale pamiętajmy, że mamy w tym wypadku do czynienia z filmami, których premiera nie wypadła w sposób standardowy. W ustalonym dniu nie pojawiały się bowiem po raz pierwszy w kinach, a w telewizji.

Z kalibrem pokroju Irlandczyka Netflix się jeszcze nie mierzył. Gdy film ujrzy światło dzienne, będzie to z pewnością symboliczny początek tworzenia dla telewizji wielkich dzieł z wielkimi gwiazdami, dystansującego się od systemu producenckiego Hollywood. Nie bez powodu to ten film wybrałem jako punkt wyjścia do rozważań nad… przyszłością kinematografii. Tak, moi drodzy, w powietrzu czuć ducha rewolucji, a Netflix jest tej rewolucji liderem. Co znajdziemy na drugim końcu tych przemian? Robert De Niro, aktor kojarzony z „tamtą” epoką, na pytanie o to, czy dobrze się stało, że Irlandczyk ostatecznie trafił do Netflixa, odpowiedział:

Myślę, że tak, ponieważ potrzebujemy pieniędzy, aby zrobić to dobrze, a tradycyjne metody finansowania projektu zawiodły. (…) Oni próbują zrobić to najlepiej jak potrafią, i to też jest cel, który może zamienić się w coś specjalnego, zamienić się w coś, co wszyscy będą chcieli zobaczyć i brać w tym udział. Jestem podekscytowany, że mogę w tym uczestniczyć.

Wielu twórców jest zatem zadowolonych, ponieważ pojawiło się nowe źródło finansowania ambitnych projektów. Z pewnością jednak konserwatywne lobby twórców i kiniarzy nie jest z tego powodu zadowolone, czemu dało wyraz na tegorocznym festiwalu w Cannes. Przypomnę tylko, że kontrowersję wywołał fakt, iż w konkursie głównym wziął udział film – Okja – który nie miał kinowej premiery we Francji, co było niezgodne z tradycją festiwalu. Przez 70 lat swego istnienia Cannes walczy bowiem o kinową dystrybucję festiwalowych obrazów, broniąc tym samym statusu kina jako miejsca, gdzie pokazuje się filmy. Kością niezgody jest niezależność Netflixa i to, że doprowadza on do premiery nowego widowiska na własnych warunkach.

Filmy mają swoją premierę w telewizji dla osób, które wcześniej wykupiły abonament umożliwiający nieograniczony dostęp do wszelkich treści, w tym seriali oryginalnych i cudzych, filmów, dokumentów, koncertów i innych widowisk. Netflix jest medium strumieniowym, co oznacza, że nie trzeba oglądać danej produkcji na raz, od deski do deski, z obawą, że po emisji przepadnie ona do momentu, gdy pojawi się ofercie ponownie. Jest dostępna cały czas i nawet jeśli obejrzymy ją do połowy, medium zapamięta fragment, na którym skończyliśmy. A to wiele ułatwia – wiem, bo już po kilku tygodniach spostrzegłem, jak wielkim komfortem jest ten prosty mechanizm, dzięki któremu nie muszę zastanawiać się na jakim odcinku lub na jakim momencie odcinka skończyłem ostatnie oglądanie.

Techniczna specyfika Netflixa oraz to, że pozwala on oglądać ulubione filmy wtedy, kiedy użytkownik ma na to faktycznie ochotę, a nie wtedy, gdy zaplanowana jest transmisja, to jednak nie jedne powody, dla których ta wirtualna wypożyczalnia stała się tak popularna i wyznaczyła nowe standardy. Netflix nie spoczywa na laurach, rozwija się, szuka nowych sposób oddziaływania na widownie. Jakiś czas temu premierę miał Kot w butach: uwięziony w baśni, czyli pierwszy interaktywny film, w którym to my, widzowie, decydujemy, w jakim kierunku pokierowana zostanie narracja. To na razie tylko novum i niegroźna ciekawostka, ale niewykluczone, że w przyszłości wyodrębni się z tego oryginalne medium łączące tradycję sztuki filmowej i gier komputerowych, których popularność i siła oddziaływania nieustannie rośnie.

To przecieranie szlaków i otwartość na zmiany nie uszło uwadze Disneya, który od lat współpracuje z platformą, dostarczając jej wiele swoich produkcji gotowych do oglądania. Już teraz wiadomo, że studio Myszki Miki planuje odpalenie własnej platformy strumieniowej, w których dostępne będą wszystkie produkcje wytwórni. Niewykluczone, że premierę będą w niej mieć tak wyczekiwane sequele jak Toy Story 4, Kraina lodu 2 oraz aktorski Król Lew. Można zatem zakładać, że w przyszłości inne studia podłączą się do nowego trendu, czym kompletnie odmienią oblicze kinematografii.

Dla wielu twórców Netflix stanowi szansę do zrealizowania prawdziwej artystycznej wizji. Taki Adam Sandler na przykład właśnie za sprawą popularnej platformy telewizyjnej mógł odżyć jako aktor komediowy. Do wypożyczalni trafiło już kilka produkcji, w których popularny aktor bierze udział, a w planach są kolejne. Sam komentuje to w ten sposób:

Kocham pracować dla Netflixa. Uwielbiam pasję, z jaką tworzone są przez nich filmy i udostępniane na cały świat. Sprawili, że czuję się wśród nich jak członek rodziny. Żadne słowa podziękowań nie oddadzą wymiaru otrzymywanego od nich wsparcia.

Dobrym przykładem jest także David Lynch. On, choć nie tworzy dla Netflixa, to jednak jest jednym z tych twórców, którzy po latach spędzonych w kinematografii poczuli się na tyle zmęczeni krępowaniem im rąk, że ostatecznie uznali wyższość telewizji. Tych nazwisk jest więcej, a obecnie najważniejszym ich przedstawicielem może być Martin Scorsese, którego wymarzony projekt otrzymał szansę realizacji właśnie dzięki platformie założonej przez Reeda Hastingsa i Marca Randolpha.

Mamy zatem okazję obserwować powrót sztuki filmowej do korzeni, kiedy to artysta odpowiadał w pełni za swoją wizję. Lata kina producenckiego ten dorobek zniweczyły, gdyż nigdy nie można było być pewnym tego, ile w hollywoodzkim filmie było z wizji reżysera, a ile narzucone zostało przez producentów. Obecność Netflixa na rynku jest zatem niezwykle potrzebna choćby ze względów higienicznych – teraz białe kołnierzyki z danego studia dwa razy zastanowią się, zanim narzucą swoją wolę reżyserowi, gdyż ten w każdej chwili będzie mógł zwinąć manatki i tworzyć dla kogoś, kto da mu niezbędną swobodę.

Netflix jest przyszłością. Telewizja już teraz, powoli, acz skutecznie, zaczyna dominować nad kinem. Kino jako miejsce unikalnego spotkania z filmem przetrwa, ale mam wrażenie, że sprawdzać się w nim będą już tylko wielkie widowiska – bo technologia kinowa też będzie się przecież rozwijać. Atmosferę kinową trudno jest podrobić, ale biorąc pod uwagę, że społeczeństwo się atomizuje, a co za tym idzie, przeciętny odbiorca ma coraz mniejszą ochotę na integrację z innymi podczas seansu, przyszłość tego medium nie wygląda różowo. Nie zwiastuje rychłego upadku kina, a raczej jego przekierunkowanie.

Oczami wyobraźni widzę to w taki sposób, że w naszych domach będą pojawiać się coraz większe ekrany telewizorów, z coraz lepszą jakością obrazu i dźwięku, z ofertą filmów, które mają swoją premierę bezpośrednio na platformie telewizyjnej lub – w wypadku, gdy najpierw pojawiają się w kinie – pojawiające się w telewizji nieporównanie szybciej niż dotychczas. I dziać się to będzie ku niezadowoleniu canneńskiej publiki, wyjątkowo opornej wobec zmian.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane