Felietony

Drugie Dno #32: Ostatni śmiech

Autor: Jakub Piwoński
opublikowano

W felietonie chciałem opowiedzieć o śmiechu, ale tak się składa, że bardziej na łzy się zbiera. Zmarł bowiem Gene Wilder, jeden z najbardziej znanych i cenionych komików. Dożył osiemdziesięciu trzech lat. Co prawda od dłuższego czasu przebywał na aktorskiej emeryturze, przez co zdążyliśmy przyzwyczaić się do jego nieobecności na ekranie, ale i tak jego odejście można potraktować jako symboliczny koniec pewnej epoki komizmu. Gene Wilder umarł teraz, ale humor, jaki reprezentował on i  wielu jemu podobnych, umarł już dawno.

Pewnie nazwiecie mnie gburem, ale muszę oznajmić wam przykrą prawdę. Nie potrafię śmiać się na seansach współczesnych komedii. A przynajmniej zdarza mi się to wyjątkowo rzadko. Z początku myślałem, że jest to związane ze mną, że ma na to wpływ moje usposobienie, bliższe stabilnej melancholii niż porywom radości. Ale to chyba nie ze mną jest coś nie tak, a z ekranowym dowcipem, który nieco zmienił swoją postać na przestrzeni lat. I zamiast wywoływać we mnie śmiech, najczęściej wzbudza zażenowanie. A chyba nie w tym rzecz.

got

Komedia jest stara jak sztuka. Choć to truizm, to warto przypomnieć, że stanowi, razem z tragedią, jeden z filarów gatunku dramatycznego, obecnego w teatrze i literaturze. Ostatnio miałem okazję być na spektaklu typu dell’arte, czyli komedii ludowej, będącej połączeniem pantomimy i średniowiecznej błazenady. Ci, którzy widzieli ostatni sezon Gry o tron, wiedzą, jak to wygląda. Ale na żywo działa inaczej i choć do dzisiejszych czasów trudno ją dopasować, to jednak potrafi imponować twórczym wysiłkiem. Z kinematografią komedia także związana jest od zawsze. Film, jako nośnik łatwej uciechy, kierowanej do szerokiego odbiorcy, dobrze współgrał z komizmem. Wiedział o tym Buster Keaton, wiedział także Charlie Chaplin i inne gwiazdy kina niemego.

Komedia opiera się na  prostych założeniach. Ma bawić, nastrajać pozytywnie i kończyć się dobrze. Co ciekawe, efekt ten osiągany jest w oparciu o paradoks. Ostatnio zwróciło moją uwagę, co tak naprawdę nas bawi i stanowi podstawowy warunek wystąpienia efektu komizmu. A skrywa się on w szerokim spektrum ludzkiej niedoli. Jeśli bohater ma pod górkę, jest to śmieszne, bo nic śmiesznego nie ma przecież w tym, że wszystko układa się dobrze. Bawi nas problem, a nie jego brak. W ten sposób dowartościowujemy się i nabieramy dystansu do siebie, widząc w tych potknięciach bohatera niejako krzywe zwierciadło naszych codziennych trudów.

Nie muszę chyba mówić, jak ważną psychologicznie funkcję pełni rozwijana dzięki komediom umiejętność śmiania się z samych siebie.

Humor nie zmienił się znacząco, ale zmieniła się sztuka jako sposób na jego prezentację. Choć widz od wieków doświadcza obscenicznych, komediowych scen, to jednak w kinie dojrzewały one powoli. Ostatnio da się zaobserwować, że nasza tolerancja na ekranową przemoc i seks osiągnęła apogeum. Jeśli miałbym jednym obrazem zdefiniować współczesne oblicze komedii, wykorzystałbym do tego scenę z filmu Zamiana ciał. Postać grana przez Jasona Batemana przed seksem otrzymuje mało apetyczny obraz partnerki siadającej na ubikacji. Bolesna prawda zostaje obnażona.

A mówię o tym wszystkim dlatego, że ostatnio miałem okazję oglądać film Sausage Party, do którego zasiadłem, zachęcony niektórymi pozytywnymi recenzjami. I rezultat jest tego taki, że jestem zdruzgotany poziomem zaprezentowanego dowcipu. Zwykle nie mam problemu z obscenicznością, wykorzystywaną dla rozbawienia publiczności. Nigdy jednak nie lubiłem, gdy na siłę przekraczane są granice dobrego smaku. A w przypadku filmu Conrada Vernona i Grega Teirnana tak właśnie jest. Wydaje mi się bowiem, że z seksu i innych, co do zasady intymnych zjawisk także trzeba umieć się śmiać i można robić to inteligentnie. Co nieraz udowodnił chociażby Woody Allen. A opieranie większości żartów w filmie na prostym skojarzeniu parówki wchodzącej w bułkę oraz dopełnienie tego efektu mnóstwem nieuzasadnionych bluzgów jest po prostu tanie i przy okazji cholernie głupie. Działa tylko na krótką metę.

Satyra religijna, obecna w Sausage Party, również jest marna. Poza obśmianiem powszechnego systemu wierzeń nie niesie ze sobą żadnej wartościowej idei. A w tym wypadku narracja tego wymaga, bo liniowo prowadzi do finału, który ujawnić ma rzekomą prawdę o świecie. Mało nie zwymiotowałem, gdy w końcu poznałem fundament, na którym oparliby kulturę Seth Rogen i jego koledzy. Tym, którzy chcą pośmiać się i nabrać nieco dystansu do religijności, polecam powtórny seans Żywotu Briana. Opiera się na absurdzie i umowności, ale to kluczowe atuty, gdyż wypunktowując co trzeba, robią to zarazem z przymrużeniem oka. I może wydać się to dziwne, ale w animacji o gadających kiełbasach najbardziej brakuje właśnie takiego dystansu. A jeśli widz choć przez moment wyczuje, że żartujący komik, śmiejąc się z innych, nie potrafiłby także śmiać się z samego siebie, aura komedii pryska w mgnieniu oka.

1200x815_kgt7jk

Uprzedzając wasze zarzuty, to nie jest felieton z cyklu „kiedyś było lepiej”. Wiem, że humor przybiera czasem różne formy, będące zarazem odpowiedzią na aktualne potrzeby widowni. Pogodziłem się z tym. Zresztą charakterystyczny rechot obecny w salach kinowych podczas seansów niektórych komedii mówi sam za siebie i odsyła mnie w moich rozważaniach do oślej ławki. A tam do śmiechu jestem ostatni. Niestety.

Ostatnio dodane