Felietony

Drugie Dno #30: burza, czyli kinowe narzędzie niepokoju

Filmowcy tak często wykorzystują burzę do zasiewania w widzach niepokoju i podkreślenia atmosfery zagrożenia.

Autor: Jakub Piwoński
opublikowano

Wszystko ma swoją mroczną stronę, nawet lato. W przypadku najcieplejszej pory roku jest to związane z częstym występowaniem burz. A one nie kojarzą się nam dobrze. Chmury odcinają na chwilę dopływ słońca, wzmaga się wiatr, robi się ponuro. Negatywnego obrazu dopełniają nagłe uderzenia piorunów oraz przewalający się z nieba siarczysty deszcz. Być może właśnie dlatego filmowcy tak często wykorzystują burzę do zasiewania w widzach niepokoju i podkreślenia atmosfery zagrożenia. I trzeba przyznać, że do tej roli nadaje się wybornie.

Strach przed burzą każdy przeżywał inaczej. Zazwyczaj pojawiał się już w dzieciństwie. Sam dobrze pamiętam, jak bardzo bałem się nadejścia ciemnych chmur i przeszywających je piorunów. Bez względu na to, jak sielankowo przebiegała, zabawa na wolnym powietrzu musiała dobiec końca. Nie było bowiem innej rady, jak ucieczka w bezpieczne miejsce (pod warunkiem, że nie na drzewo). Najgorsze było to, że – biorąc do serca rady rodziców – dźwięku rozlegających się potężnych grzmotów nie można było zagłuszyć telewizorem. Pozostało więc tylko bierne, dojmujące wyczekiwanie, aż przerażające zjawisko samo z siebie ustanie.

Analogicznie wyglądały moje doświadczenia z filmową burzą. Gdy pojawiała się w tle wydarzeń, był to najlepszy zwiastun nadchodzącego zła, wobec którego trudno było pozostać obojętnym.

Storm Chaser Risks Life To Pursue America's Wildest Weather

U źródeł tego strachu stoi pierwotny lęk przed śmiercią, który został w nas zakorzeniony dawno temu. Burza przybiera w tym wypadku formę niesprecyzowanej, gwałtownej siły czyhającej na nasze życie. A jego trzymamy się kurczowo, dbając o najwyższe bezpieczeństwo dnia codziennego. Z burzą jest jak z mierzeniem się z czymś nieznanym, zagrażającym temu bezpieczeństwu w sposób bezpośredni. Bardzo łatwo wówczas o antropomorfizację. Na początku nie rozumiałem, dlaczego w słynnym Twisterze nadawano poszczególnym trąbom powietrznym zarówno imiona, jak i cechy ludzkie. Dziś jest to dla mnie o wiele jaśniejsze. Bo czyż nie łatwiej jest bać się czegoś, co zostało jakoś sprecyzowane; co da się umieść w granicach wyobraźni? Nie zmienia to jednak faktu, że po takim zabiegu atakujący ziemię potwór wciąż pozostaje poza wszelką ludzką kontrolą. A człowiek, jak wiadomo, musi kontrolować wszystko i wszędzie.

W obliczu zbliżających się ciemnych chmur jeszcze łatwiej o transcendencję. I to chyba jeden z bardziej fascynujących właściwości tego zjawiska. Narastająca trwoga każe bowiem skierować się do… Boga. Jesteśmy bezradni, więc w końcu padamy na kolana. Stąd właśnie w wielu kulturach występowało jednoznaczne skojarzenie burzy z gniewem Stwórcy. Zarówno Zeus, jak i Jahwe wykorzystywali pioruny jako narzędzie ucisku. Gniew ten spadał nagle, z trudną do przewidzenia skalą, a spowity był najczęściej ciemnościami. Jedną miał rolę: przywrócenie błądzącego ludu do porządku, przypomnienie o panującej w świecie hierarchii. Głośne „To ja tu rządzę” zdawało się kryć pod każdym uderzeniem pioruna. Tak często, poprowadzeni własną ignorancją oraz przekonaniem o wyjątkowości, zapominaliśmy, że natura wciąż trzyma nad nami pieczę; że jeszcze długo nie poznamy wszystkich jej tajemnic.

intothestorm

Nie bez powodu burza najczęściej występuje w filmach grozy.

Stanowi przecież znakomite uzupełnienie przeżywanych podczas seansu dreszczy. Istotny jest także moment jej wystąpienia. Gdy pojawia się pierwszy, niemrawy błysk, widz nie ma już wątpliwości co do obrotu spraw. Uwaga zostaje zogniskowana. Padający za oknem deszcz pogłębia atmosferę beznadziei, dom staje się miejscem bez ucieczki. Pojawienie się pierwszych, donośnych grzmotów, może, ale nie musi, stać na równi z zadawaniem ofierze śmiertelnych ciosów. Gdy jakimś cudem zdoła jednak uciec, napastnik schowa się w cieniu tylko na chwilę, a jego lokalizację obnaży kolejny błysk światła, tym razem całkowicie zespolony z grzmotem. Następuje epicentrum burzy, a ofiara pewnie już nie żyje.

Nie da się stworzyć listy filmów z burzą w tle, ponieważ byłaby tak długa, jak lista filmowych zgonów. Można się zastanawiać, jak dziś wyglądałyby słynne sceny słynnych dzieł, gdyby zostały pozbawione efektu wyładowania atmosferycznego. Prawdopodobnie jednak nie byłyby tym samym. Burza zespoliła się z filmowym kodem i naszym przeżywaniem grozy tak bardzo, że niemal nie zauważamy już jej obecności. Jest jak muzyka, która odpowiednio do nastroju pobrzmiewa w tle i manipuluje przekazem zza kulis. A jeszcze innym pytaniem jest, czym byłby horror, gdybyśmy burzę odbierali zgoła inaczej, nie bojąc się jej? Jak potężne narzędzie wzmagania napięcia musiałoby zostać odłożone do szuflady. Byłoby to jednak możliwe tylko w świecie wolnym od kultu śmierci.

Thor_C

Aczkolwiek akurat ja, za każdym razem, gdy wiem o nadchodzącej burzy, cieszę się jak dziecko stęsknione za ojcem. Gdy wszyscy uciekają w popłochu, by zabunkrować się w domu, ja wychodzę na taras i podziwiam inspirującą siłę natury. Ćwiczę oswajanie się z lękiem, robiąc mu obok siebie miejsce. Wiem, że gromy gniewu przybyły nie po to, by mnie ukarać, ale po to, by przypomnieć mi, że nie muszę mieć kontroli; że mogę już odpuścić. Najbardziej pocieszający jest jednak finał tej wizyty. Błyskawica i deszcz nie tyle niosą zniszczenie, co dają przecież nowe życie. Wie coś o tym Wiktor Frankenstein, wiedzą też o tym jego duchowi następcy. Z kolei już po całej zawierusze zza chmur zawsze wyłania się rozgrzewające słońce. Cała zabawa w znaczenia polega więc na tym, by wiedzieć, że przeżywana trwoga – w filmie i życiu – jest tylko chwilą, uczącą nas cierpliwości i poczucia nadziei.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane