Drugie Dno #3: morska lekcja pokory | FILM.ORG.PL

Drugie Dno #3: morska lekcja pokory








Jakub Piwoński
08.12.2015


Podczas gdy w kinach mamy właśnie sposobność do tego, by wraz z Ronem Howardem zajrzeć W samo serce morza, ja chciałbym podzielić się moimi refleksjami dotyczącymi przestrzeni morskiej, wykorzystywanej w filmie. Ma ona bowiem nader symboliczne znaczenie.

Film to sztuka, której jedną z właściwości jest zapraszanie odbiorcy do odbycia unikalnej podróży. Unikalnej, bo takiej, której odbiorca jeszcze nie miał szansy przeżyć w życiu prawdziwym. Kierunki tej podróży mogą być tak zróżnicowane, jak zróżnicowane są gatunki filmu. W ostateczności to zawsze od nas zależy, w jakie rejony świata się udamy. Gdy zastanowiłem się nad tym głębiej, zauważyłem, że jednym z najchętniej wybieranych przeze mnie kierunków jest przestrzeń morska. Jak zwykle w takich przypadkach, korzenie tej fascynacji zostały zapuszczone daleko wcześniej.

moby_dick_by_klimn-d8nreyi

Jako dziecko bardzo szybko nauczyłem się pływać. W dzieciństwie każde wakacje spędzałem nad jeziorem, godzinami oddając się zabawom. Jedynym ogranicznikiem, informującym mnie o przyjściu momentu na opuszczenie wody, nie był bynajmniej upływający czas mierzony pozycją słońca, a… siniejące usta. Pewnego razu tę dziecięcą sielankę przerwał moment, w którym na skutek zbyt dalekiego oddalenia się od brzegu zabrakło mi gruntu pod nogami. Nie zacząłem się jeszcze topić, ale wiedziałem, że jeśli nie zacznę walczyć, grozi mi niebezpieczeństwo. Wszelkie nabyte pływackie umiejętności w jednej chwili poszły w las. Kiedy ciało ogarnia panika, nie gra roli, jakie ruchy wykonasz – liczy się tylko to, czy utrzymasz się na powierzchni.

Gdy w końcu zmęczony dotarłem na brzeg, ogarnęła mnie ponura refleksja: choć woda stanowi dla nas główne źródło życia, ignorowanie jej potęgi może w jednej chwili przeobrazić się w źródło naszego cierpienia i zguby.

1956, MOBY DICK

To dlatego w kulturze i sztuce otwarta przestrzeń morska, wraz z wszelkimi jej niebezpieczeństwami, tak zręcznie wykorzystana została do tworzenia niejednoznacznego przekazu (czego prawzorcem była z pewnością przypowieść o Jonaszu). Tu nie chodzi zatem tylko o atrakcyjność wizualną! W momencie kręcenia globusem dostrzegamy ogrom wodnych obszarów. Zdajemy sobie sprawę z tego, jak mało wiemy jeszcze o świecie, a co za tym idzie – jak wiele tajemnic świat ten jeszcze zawiera. Podczas gdy na powierzchni brakuje już szczytów, na których nie postawilibyśmy stopy, istnieje wiele podmorskich krain, do których nigdy nie dotarło nawet światło. Tym samym dociera do człowieka jego własna niedoskonałość i małość.

Z tego też powodu sporą estymą darzę powieści marynistyczne, wraz z ich flagowym reprezentantem, Moby Dickiem od Hermana Melville’a. Wspomniany na wstępie nowy film Rona Howarda ukazuje wydarzenia, które stały się inspiracją do napisania słynnej epopei. Skupiając się jednak na samej widowiskowości, niewiele dobra z tej historii wyciągniemy, gdyż jak zwykle nasza uwaga została odwrócona od treści ukrytej w drugim dnie. I choć dla kolejnych pokoleń są one już truizmem, a dla szkolonej młodzieży podniosłym morałem, którego przerabianie mają serdecznie dosyć, u mnie przesłania te wciąż wywołują tęsknotę za dziełem sztuki, które z definicji zostało powołane po to, by przekazywać światu uniwersalne wartości.

Czym zatem jest dla mnie podróż po morskim bezkresie? Przede wszystkim jest lekcją pokory.

Jednostka ludzka w starciu z bezwzględną potęgą natury nie ma większych szans. Kapitan Ahab, tragiczny bohater Moby Dicka, tak bardzo zaślepiony był żądzą zemsty na białym wielorybie, że przysłoniło mu to widmo własnej porażki. On nie mierzył się tylko z samym zwierzęciem, naprzeciw niego stanęła cała morska siła, której wieloryb był tylko reprezentantem. Bohaterem rządziła zatem pycha i arogancja, przekonanie o wyjątkowości ludzkiego gatunku. Sam też dał sobie przyzwolenie na popłynięcie nurtem gniewu, w prostej linii prowadzącym do zemsty. Wieloryb wyrównuje jednak rachunki i wyznacza człowiekowi miejsce w szeregu. Stało się zatem tak, jak wtedy gdy w dzieciństwie jezioro brutalnie ostrzegło mnie, bym za daleko od brzegu się nie oddalał, bo może się to dla mnie źle skończyć. Strach pomyśleć, co stałoby się, gdybym zignorował tę siłę.

Filmowa podróż przez morski bezkres jest dla mnie zatem lekcją o unikalnym wydźwięku. Lekcją, jakiej potrzebuję, lekcją, jakiej nigdy mi za wiele. Uczę się, że bez względu na to jak wiele w życiu osiągnę, jak wiele poznam i zrozumiem oraz jak wielkim człowiekiem się stanę, istnieją na świecie siły, wobec których wciąż pozostanę mały. Wiele jest imion tej siły: los, fatum, Bóg, przeznaczenie. Jednakże w ich wypadku, zasada pozostaje jedna: nie zdołamy wpłynąć na kształt podjętych wobec nas decyzji; nie zdołamy wywrzeć nawet presji. Jeszcze dziś możemy się jednak pogodzić z tym, że to racja tej abstrakcyjnej siły w ostateczności zwycięży. O wiele łatwiej będzie nam wtedy przezwyciężyć panikę w wodzie i zacząć w końcu wykonywać ruchy kształtne i pewne, by te pomogły nam przepłynąć przez życie szczęśliwie.

korekta: Kornelia Farynowska

Jakub Piwoński

Jakub Piwoński

Film fascynuje mnie odkąd sięgam pamięcią. Każdy seans jest jak nowa przygoda, nowa podróż, która pozwala przenieść się do miejsc jeszcze nie odwiedzonych, poznać ludzi jeszcze nie poznanych, zmierzyć się z problemami jeszcze nie doświadczonymi. Każdy seans pozwala lepiej zrozumieć otaczający mnie świat, lub utwierdzić w tym co już zdążyłem zrozumieć. Szukam przesłań, tych oczywistych, bądź ukrytych w drugim dnie dzieła.
Jakub Piwoński






  • Pawel

    Muszę powiedzieć, że tekst ciekawie się zapowiadał, ale jest niestety stanowczo za krótki…, a szkoda.






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Krampus. Duch Świąt

Następny tekst

We come as friends. Jesteśmy waszymi przyjaciółmi



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE