Felietony

Drugie Dno #28: Technologia 3D – hit czy kit?

Wiele filmów, idąc śladem niebywałego sukcesu Avatara, padło ofiarą szykowanej naprędce konwersji do 3D.

Autor: Jakub Piwoński
opublikowano

W okresie letnim na ekranach kin królują widowiskowe blockbustery napędzane efektami wizualnymi. Zarówno w Polsce, jak i w wielu krajach na całym świecie wrażenia w ich odbiorze wzmacniane są technologią 3D. To już trochę trwa, zdążyliśmy przyzwyczaić się do zakładania okularów przed seansem i pewnie nie zwracamy już na to uwagi. Choć kiniarze cieszą się, że pieniądze w kasie się zgadzają, a widzowie, że obejrzą wychodzące z ekranu postacie, to ja wciąż zastanawiam się – jak długo ta wątpliwa moda, starająca się usilnie urozmaicić nam kinowy seans, będzie miała rację bytu?

Wszystko zaczęło się pod koniec 2009 roku. Wtedy to na ekrany kin całego świata wszedł Avatar Jamesa Camerona. Wiadomo było, że reżyser, słynący z wdrażania pionierskich technologii do swoich filmów, po raz kolejny zaskoczy czymś nowym, oryginalnym. I stało się. Kręcony w całości na specjalnych, IMAX-owych kamerach film przyniósł miliardowe zyski i rozpoczął prawdziwą rewolucję w kinematografii. Udało się bowiem to, co od zawsze stanowiło niedoścignione marzenie filmowych twórców – pokonanie niewidzialnej ściany oddzielającej widza od ruchomego obrazu. Innymi słowy, sedno tkwiło w nadaniu filmowi dodatkowej iluzji głębi i wywołaniu unikalnego wrażenia uczestniczenia w prezentowanych wydarzeniach.

old-skool-3d-cinema-audience

Co ważne, historia kina pamięta wcześniejsze próby eksperymentowania w tej materii. Prymitywne 3D pojawiło się już w latach dwudziestych, czyli w tym samym okresie, gdy do filmów dołożony został w końcu kolor oraz dźwięk. Największa moda na trójwymiar zapanowała jednak w latach pięćdziesiątych, a potem jeszcze na krótko w osiemdziesiątych. Co z tego pozostało? Kilkadziesiąt filmów, takich jak House of Wax, tworzonych w imię koniunktury. Sam Hitchcock uległ modzie, ponieważ zdołał w tej technice nakręcić swoje M jak morderstwo. Trudno porównać tamte doświadczenia i powstałe na ich bazie twory do rewolucji zapoczątkowanej przez Camerona, gdyż mowa w tym wypadku o zupełnie innej jakości. Aczkolwiek zasada zawsze była taka sama: 3D umierało śmiercią naturalną, gdyż zwyczajnie się ludziom opatrzyło.

Podczas seansu Avatara miałem nieodparte wrażenie uczestniczenia w epokowym wydarzeniu. Czułem, że jestem świadkiem historii. I faktycznie dziedzictwo filmu Camerona mogłoby być ogromne, gdyby nie… hollywoodzcy producenci i ich chciwość. Ta rewolucja miała potencjał do odmienienia oblicza dziesiątej muzy, a jej sens bardzo szybko wyparty został przez przyziemną chęcią zysku. Wiele filmów, idąc śladem niebywałego sukcesu Avatara, padło ofiarą szykowanej naprędce konwersji do 3D. Znany jest przypadek Starcia tytanów, którego data premiery właśnie dlatego została przesunięta o kilka miesięcy w przód. Jeszcze bardziej wątpliwe artystycznie było przerabianie starych hitów i ponowne wprowadzanie ich do kin. A niestety podkreślić trzeba, że konwersja do 3D nie jest tym samym, co kręcenie filmu w tej technice od początku i w całości – tak jak Avatar właśnie – lub wcześniejsze filmy dokumentalne tworzone do sieci kin IMAX. Choć w tym wypadku posługuję się opinią ekspertów, bo sam nie znam się na aspektach technicznych, to jednak potrafię dostrzec w tym wymiarze doświadczalną i naoczną różnicę.

Avatar

Mówiąc wprost: zaistniały przełom miałby zupełnie inny kształt, gdyby od początku do końca prowadzony był na standardach wyznaczonych przez Camerona. To z kolei, zapewne z przyczyn finansowych, było niemożliwe – nie każde wielkie widowisko mogło sobie pozwolić na budżet, który uwzględniłby kosztowny sprzęt i specjalistów do kręcenia w nowej technologii. To raz, a dwa, takie filmy byłyby z góry przeznaczone dla zawężonej liczby kin, co rzecz jasna stanowiłoby barierę dystrybucyjną. Każdy jednak chciał na tej technologii jakoś zarobić, dlatego zdecydowanie taniej było nakręcony tradycyjnie materiał po prostu do trójwymiaru „podbić”. W ten sposób wymyślony został sposób na podwyższenie cen biletów, co z kolei poniekąd tłumaczy, dlaczego współczesne blockbustery generują tak rekordowe zyski.

A jeśli kasa się zgadzała, to nikt nie przejmował się tym, że wiele osób w ogóle nie ma predyspozycji do widzenia w trójwymiarze. Ja się na przykład do nich zaliczam. Od czasu premiery Avatara na palcach jednej ręki mogę wyliczyć filmy, które potrafiły zachwycić mnie efektem 3D. Wiarę na chwilę przywróciła mi na przykład Grawitacja. W przypadku całej reszty, choć bardzo się starałem, to jednak nie potrafiłem doświadczyć efektu rzekomej głębi. Wniosek z tego prosty: zarówno moje oczy, jak i oczy wielu innych widzów, bardzo szybko przyzwyczaiły się do tych wizualnych trików i nie dały się tak łatwo oszukać. Ale już pal licho, że podczas seansu nic mi z ekranu nie „wychodzi”, bo z tym się jeszcze da się żyć. Ogromnym minusem, o którym albo mówi się bardzo mało, albo zgoła wcale, jest to, że za sprawą okularów kinowy obraz jest wyraźnie ciemniejszy! Jak bardzo wypacza to odbiór filmu, nie muszę chyba tłumaczyć.

waxhouse7

Dlatego uważam, że technologia 3D będzie mieć swoje uzasadnienie w przyszłości tylko w przypadku, gdy naukowcy wymyślą sposób na to, by doświadczać jej… bez zakładania okularów. Na takich zasadach jak obecnie historia trzeciego wymiaru w kinie potoczy się analogicznie do tego, co działo się w latach pięćdziesiątych i osiemdziesiątych. Czar w końcu pryśnie. Podobno Samsung po raz pierwszy od lat nie wprowadził do sprzedaży telewizorów wykorzystujących technologię 3D. Choć nie wpływa to bezpośrednio na obszar kinowy, to jednak nie można tego sygnału lekceważyć. Teraz uwaga świata skupia się na 4k, ale to już temat na inną historię. Pozostaje tylko czekać, jak odniesie się do tego wszystkiego James Cameron w przygotowywanych właśnie kontynuacjach hitu z 2009 roku.

A jakie są wasze doświadczenia z 3D? Wciąż wierzycie w potencjał tej technologii? Bo może jestem w swoim defetyzmie odosobniony.

korekta: Kornelia Farynowska

[polldaddy poll=9462698]

Ostatnio dodane