Drugie Dno #13: klątwa wiedzy | FILM.ORG.PL

Drugie Dno #13: klątwa wiedzy








Jakub Piwoński
23.02.2016


Oglądanie filmów to odpowiedzialne zajęcie. Przed seansem należy przypomnieć sobie, czym twórca filmu raczył nas w poprzednich latach. Dobrze, gdy to samo zrobi się w przypadku obsady oraz ekipy technicznej. Wszystko po to, by wejść do nowo wykreowanego świata z jakimś pojęciem i wyrobić sobie nastawienie. Z kolei, gdy seans dobiegnie końca, pora na wyciągnięcie wniosków – podsumowanie wrażenia, czyli przemyślenie poszczególnych aspektów języka filmu i wystawienie końcowej oceny. To ostatni ślad, jaki pozostanie w pamięci po tym doświadczeniu.

Tak wygląda to u mnie. Jako filmowy pasjonat przez lata wypracowałem sobie ten mechanizm i bardzo rzadko zdarza mi się od niego odstępować. Unikam zatem sytuacji, gdy idę na jakiś film lub odpalam go w TV, nie mając jakiejkolwiek wiedzy o nim. Wiem jednak, że wielu z was, drodzy czytelnicy, ma z oglądaniem filmów zupełnie inaczej. Bo im czujniej zacząłem przyglądać się moim najbliższym, tym bardziej zaczęło docierać do mnie, że z moją postawą do filmowego przeżywania to ja jestem w opozycji, a nie oni. Zdecydowana większość widzów repertuar dobiera albo spontanicznie, albo na podstawie strzępów wiedzy o danym filmie (wystarczy zazwyczaj gatunek, lub aktor w roli pierwszoplanowej). Nie mówiąc już o zaprzątaniu sobie głowy jakimiś wnioskami końcowymi.

Jack_Black

Nie jest moim zamiarem, by namawiać do przejęcia ode mnie tych purystycznych praktyk. W tym wypadku daleko mi zatem do pełnienia roli wychowawczej. Zgoła inne pytania mi się nasuwają. Zastanawiam się, jak wiele z przyjemności seansu odbiera mi wiedza o mechanizmach i historii ruchomych obrazów?

Czytałem ostatnio książkę Steva Pinkera pt. Piękny styl. Tyczy się ona doskonalenia techniki pisarskiej w taki sposób, by sprzyjała ona dynamicznym przemianom współczesnych mediów. Autor, omawiając poszczególne problemy, jakie trawią współczesnych pisarzy, zwrócił moją uwagę na jeden dysonans komunikacyjny. Zasadniczym błędem, po wielokroć powielanym w fachowej publicystyce, jest zjawisko „klątwy wiedzy”. Najkrócej mówiąc, polega ono na opieraniu pisanych tekstów na szerokiej wiedzy autora, całkowicie lekceważąc przy tym fakt, że czytelnik może jej nie mieć lub może go ona kompletnie nie interesować.

effective-online-communication

Innymi słowy, nikt nie będzie chciał czytać takiej recenzji filmowej, która posługuje się żargonem zamkniętego grona pasjonatów, do którego szary widz nigdy nie miał wstępu. Błogosławieństwem nie jest zatem brak wiedzy, a samodzielna zdolność uwolnienia się od niej. Ale nie tylko w procesie tworzenia klątwa ta zaburza formułowany komunikat. Problem pojawia się także w odbiorze. Czym jest przeżycie estetyczne, jeżeli zamiast emocji dominuje w nim chłodna kalkulacja?

Niezwykle cenne jest dla mnie oglądanie filmu z osobą wolną od klątwy. Dla niej film jest tylko rozrywką, chwilą uniesienia, która po spełnieniu swej roli szybko ulatuje z pamięci. Najczęściej do ciekawego rozdźwięku w odbiorze dochodzi między mną a żoną. Podczas gdy ja podziwiam kunszt charakteryzacji i efektów specjalnych kinowego survivalu, w jego wyjątkowo brutalnej scenie, ona chowa się pod poduszką, uparcie wierząc, że obserwuje autentyczne cierpienie.

A ja wybiegam już naprzód, zaglądam za kulisy, zdając sobie w pełni sprawę z umowności przetaczających się na ekranie obrazów.

Myślę o wysiłku, jaki włożył aktor w zagranie danego fragmentu. Myślę o sposobach kręcenia poszczególnych scen – ile mogło to trwać i czy można było zrobić to lepiej. Przywołuję na myśl inne filmy i zastanawiam się, w którym z nich uświadczyłem podobnego motywu fabularnego. Dumam także, ile jest jeszcze reżysera w reżyserze, co dał od siebie, a co zrobili za niego producenci. I tak do napisów końcowych trwa nieustająca analiza.

rev19

Moje wrażenia są wynikiem licznych doświadczeń z X muzą, a także przeczytanych na jej temat książek, wywiadów i recenzji. Ale to właśnie przez zdobytą wiedzę stałem się niewolnikiem przeżywania filmu tylko w oparciu o nią. Zerkam kątem oka na współtowarzyszkę seansu i widzę osobę pochłoniętą w emocjach, płynącą nurtem zmysłów, oderwaną od rzeczywistości, wolną od demaskacji w myśleniu. Zazdroszczę jej. Zazdroszczę wam, „niedzielni widzowie”.

Dla mnie istnieje już tylko jedna recepta na udany film: zdobędzie moją uwagę ten, który sprawi, że zapomnę o tym, że… wiem. I na powrót stanę się dzieckiem.

korekta: Kornelia Farynowska

Jakub Piwoński

Jakub Piwoński

Film fascynuje mnie odkąd sięgam pamięcią. Każdy seans jest jak nowa przygoda, nowa podróż, która pozwala przenieść się do miejsc jeszcze nie odwiedzonych, poznać ludzi jeszcze nie poznanych, zmierzyć się z problemami jeszcze nie doświadczonymi. Każdy seans pozwala lepiej zrozumieć otaczający mnie świat, lub utwierdzić w tym co już zdążyłem zrozumieć. Szukam przesłań, tych oczywistych, bądź ukrytych w drugim dnie dzieła.
Jakub Piwoński






  • Mefisto

    Kompletnie nie rozumiem takiego podejścia do filmów. Przecież kino to właśnie emocje i albo film je wywołuje, albo nie. Cała reszta, niezależnie od wiedzy, to bonus. Także odgórne podchodzenie do filmu z zamiarem tylko jego analizowania to jak jedzenie lizaka dla samego tylko badania ilości cukru w cukrze.

    • Darek Woysław

      Po prostu niektórzy nie potrafią inaczej. „Zboczenie zawodowe” – jak oglądam kino sandałowe pomstuję na loricę segmentatę w czasach Juliusza Cezara, na taktyki bitewne na hura. Tylko film rangi „Gladiatora” może sprawić, że o tym zapominam.

      • Mefisto

        czyli film koszmarnie nasączony jeszcze większą ilością historycznych wpadek? ;)

        • Darek Woysław

          Owszem, ale „Gladiator” jest tak świetny jako film, że wybaczam spuszczenie do klopa prawdy historycznej :P Ale to wyjątek, u reszty nie ma zmiłuj :D

          • Mefisto

            Zatem sugerujesz, że wszystkie pozostałe filmy quasi historyczne są do dupy, z czym zgodzić się nie idzie :)

          • Darek Woysław

            Nie, po prostu te babole rażą mnie podczas oglądania i zabierają mi nieco przyjemności. :-P

    • Jakub Piwoński

      A gdzie powiedziałem, że w kinie nie szukam emocji? Zauważyłem jednak, że często ich przepływ jest zaburzony przez samoistne bariery, postawione za sprawą liczby odbytych seansów i zdobytej na tym gruncie wiedzy. Nie chodzi mi o wykonywanie analizy dla analizy, a o procesie w głowie uruchamianym bez naszej ingerencji.
      I dla jasności, bo wielu mogło pochopnie zrozumieć jeszcze jedno: ja również wolę zapoznać się z recenzją filmu PO jego seansie. Inaczej jest jednak z podstawowym rozeznaniem się w obszarze działania – tu nawyki są silniejsze, przez co seansie całkowicie „z bomby” się u mnie rzadko zdarzają.

  • Artur Gralla

    Ja mam na odwrot jak zobacze jakis film ktory zrobi na mnie wrazenie to wtedy zaczynam szukac o nim czy aktorach informacji.

  • Patryk Głażewski

    Przeczytałem kiedyś opinię, że ktoś, kto pisze o filmach, nie powinien mieć dużej wiedzy o tym jak się je tworzy, bo wtedy dochodzi właśnie do takiej sytuacji. I czasem sobie myślę czy nie jest to prawda, bo czy nie traktuje wtedy pracy reżyserskiej lub innych elementów nazbyt pobłażliwie? Z drugiej strony lubię doceniać te elementy, na które nie wszyscy zwracają uwagę.

  • snack

    Moje kondolencje.






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Z Archiwum X: Chcę wierzyć

Następny tekst

Victor Frankenstein



Tagi:

OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE