Felietony

Drugie Dno #10: o konsumpcji w filmie, a właściwie jej braku

Autor: Jakub Piwoński
opublikowano

Twórcy filmowi chętnie serwują nam udawaną rzeczywistość. Ale gdy przyjrzymy się uważniej poszczególnym scenom filmów, można podać w wątpliwość fakt, że obserwowane widowisko pochodzi z naszego świata. Bo jak tu wierzyć ekranowym postaciom, skoro… prawie w ogóle nie jedzą?

W jednej ze scen Mostu szpiegów Spielberga, jednego z tegorocznych kandydatów do Oscara, główny bohater zamawia w restauracji, jak sam to określa, prawdziwie, amerykańskie śniadanie. Choć może się wydawać, że jest to zapowiedź wyjątkowej uczty, po chwili jednak dosiadają się do niego agenci obcego wywiadu i zostaje zawiązany dialog. Jego wynikiem jest odwrót bohatera i niespodziewane opuszczenie lokalu. Dzieje się to dokładnie w tej samej chwili, gdy stół zapełniany jest smakowitymi daniami. Jak się okaże, bohater nie zje nic z tego, co zamówił. Cóż… pozostaje tylko wzruszyć ramionami i przyznać, że w tym wypadku ma się do czynienia z typowym obrazkiem, regularnie dostarczanym nam przez X muzę.

Bo ileż to razy przeżywaliśmy w kinie podobne rozczarowanie.

Choć moje gabaryty na to nie wskazują, należę do osób czerpiących wyjątkową przyjemność z jedzenia. Mało tego, czynnie zaangażowany jestem także w różnorakie procesy przyrządzania ulubionych dań. Za studenckich czasów pracowałem nawet w restauracji. Cóż z tego, że częściej dania do klienta dostarczałem, niż je robiłem – fakt doświadczania smaków się liczy! Innymi słowy, kulinarna krzątanina i pichcenie od zawsze bliskie były memu serca, zarówno w teorii, jak i w praktyce.

ar-131219261

Stąd moje wyczulenie. Odkąd sięgam pamięcią, zawsze zwracałem uwagę na te sceny w filmie z jedzeniem w roli głównej bądź drugoplanowej. I przeważnie kończyły się one w jeden sposób – brakiem konsekwencji w działaniu. Bardzo często postać, nawet gdy zaczęła jeść, z reguły czynności nie kończyła (analogicznie zresztą było z piciem). Nie wiedzieć czemu albo zapominała, że przed momentem usiadła do stołu, albo też nagle, w tym samym czasie, zaczęły dziać się wokół niej sprawy ważniejsze od konsumpcji. No nie wiem jak wy, ale jak ja jestem głodny i siadam do jedzenia, to nie ma takiej siły, która mogłaby mnie od tego odciągnąć. Pies może szczekać, telefon może dzwonić, a świat walić się na głowę. Sorry, ale teraz jem.

Jestem nawet zdania, że spożywanie pokarmu jest dziś jedną z najgorzej ekranizowanych potrzeb fizjologicznych. Bo sen czy prokreacja mają swoje oczywiste reprezentacje. Ta druga została nawet przez film wyraźnie wyidealizowana, z uwagi na jej sprzężenie ze sferą emocjonalną. A jedzenie? A kto by tam zaprzątał sobie tym głowę, przecież jeden, góra dwa kęsy wystarczą, by bohater się najadł. Cała zgroza w tym, że dziś, za sprawą „pomysłowości” twórców głupawych komedyjek, niechlubny użytek zrobiono z innej potrzeby – na ekranie chętniej i o wiele bardziej intencjonalnie pokazywana jest np… defekacja.

movies_food_Julianne_Moore_Mark_Ruffalo_1920x1080

W swych zarzutach nie odnoszę się jednak do filmów, które same w sobie jedzeniem stoją. Ciekawy ich wycinek swego czasu został nakreślony na łamach film.org.pl w artykule redakcyjnego kolegi. I owszem, można rzec, że jeśli tematem przewodnim wizji twórcy jest jedzenie, wówczas ukazane jest ono tak, że potrafi rozbudzić w widzu nawet apetyt. Ale mi chodzi o przykłady bardziej przyziemne, „przerywnikowe”, opierające się na stałym schemacie działania, analogicznym do przykładu filmu Spielberga. Zastanawia mnie, po co w ogóle kręci się scenę z udziałem jedzenia, skoro nie ma w tym ani krzty rzetelności?

Pamiętam, że swego czasu starałem się dociec, jaka jest przyczyna tego, iż filmowi twórcy nie przykładają większej wagi do prezentacji sceny konsumpcji zgodnie z prawdą. Jedna z odpowiedzi okazała się prozaiczna – problem stanowi liczba dubli. Jak wiadomo, bardzo rzadko zdarza się, by kręcenie danej sceny wyszło za pierwszym razem, szczególnie gdy sednem są w niej dialogi. Najczęściej jest zatem tak, że aktorzy najwięcej najedzą się podczas pierwszego kręcenia sceny i z każdym kolejnym razem tracą stopniowo ochotę na to, co leży przed nimi na talerzu. W użyciu jest także tzw. spit bucket, czyli pojemnik służący do zwracania przez aktora zjedzonego uprzednio pokarmu. Wbrew pozorom kręcenie tych scen jest zatem katorżniczą robotą, bo prócz wiarygodnego spałaszowania po raz kilkunasty z kolei chociażby kęsa potrawy, aktorzy najbardziej skoncentrowani muszą być na tym, by trzymać się swoich tekstów i oddać emocje postaci.

top-10-greatest-food-scenes-331793

Dlatego przeważnie nie wygląda to dobrze. Dlatego przeważnie ekranowi bohaterowie zachowują się tak, jakby nigdy nie byli głodni. Dlatego najlepiej i najczęściej konsumują swój posiłek… postacie animowane. Nie chcę jednak demonizować, wyjątki od tej reguły czasem się zdarzają. I tak choćby nie pamiętam, by moja reakcja po zjedzeniu przez Sama Jacksona ćwierćfunciaka z serem w Pulp Fiction była inna niż nabranie ochoty na niezdrową bułkę. Z głowy nie może mi wyjść także pamiętna scena z 9 ½ tygodnia (notabene, będącej przykładem poetyckiego zespolenia dwóch potrzeb fizjologicznych), w której Basinger i Rourke robią namiętny użytek z rzeczy znalezionych w lodówce. Sam nie wiem, co mnie wówczas bardziej podnieciło – to, jak jest jedzone, czy też z jakim zamysłem.

Owszem, ja, tak jak i autorzy filmów, od ust bohaterów oczekuję raczej wypowiadania ciekawych i poruszających kwestii niż ostentacyjnego przeżuwania posiłku. Jeśli jednak to ja miałbym uzasadnić, dlaczego film nie jest i nigdy nie będzie rzeczywistością, przytoczyłbym właśnie ten jeden, kulinarny argument. Głód pozostaje.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane