DRUGIE DNO #1 – O SERIALACH SŁÓW KILKA | FILM.ORG.PL

DRUGIE DNO #1 – O SERIALACH SŁÓW KILKA








Jakub Piwoński
24.11.2015


Felietonem tym pragnę rozpocząć regularny cykl treści formułowanych bezpośrednio ode mnie. Tytuł cyklu odnosi się do ukrytego znaczenia, które z lubością staram się odnajdywać w przekazach kultury popularnej. Podczas gdy uwagę przeciętnego odbiorcy zwraca głównie powierzchnia, ja skupiam się na przyczynowości, esencji, głębi i drugim dnie danego dzieła. Lubię tłumaczyć sobie także zjawiska występujące w świecie filmu – w tym różnorakie mody, trendy. Wszystko to w myśl zasady, że nic nie dzieje się bez przyczyny. Zachęcam zatem do czytania mnie każdego tygodnia we wtorki!

A teraz do rzeczy, czyli o serialach TV słów kilka.

Zasadne jest twierdzenie, że dziś ta telewizyjna forma narracyjna cieszy się niebywałą popularnością. Choć wiem, że jest to wynik długiego procesu, to jednak da się odczuć różnicę, między tym, co było kiedyś, a tym, co jest teraz. I w tym miejscu wypada zastanowić się, dlaczego i w jaki sposób popularność współczesnych seriali zdołała urosnąć do takiego, niebotycznego wręcz rozmiaru.

Seriale TV od zawsze wiodą prym w antenowym czasie stacji telewizyjnych i rzecz jasna, w czasie wolnym przeciętnego, kanapowego odbiorcy. Tak było i będzie prawdopodobnie tak długo, jak długo istnieć będzie magiczne, szklane pudło. Przez dekady zmieniała się tylko liczba produkcji (często uzależniona od liczby stacji), ich formuła, budżet wyjściowy i estetyczna wartość. Zawsze stanowiły jednak odbicie sprawdzonych trendów oraz odpowiedź na popularne w danym czasie w filmowej sztuce style i koncepty. I ostatnio wyraźnie da się odczuć, że coś się na tym ostatnim polu zmieniło. Dziś serial nie stanowi tylko atrakcyjnego dodatku do telewizyjnej ramówki. Na nowy odcinek nie trzeba już nawet czekać. Nie natrafiamy na niego także przypadkiem, podczas bezwolnego przełączania kolejnych kanałów.

Współczesny serial to coś więcej. Potrafi pochłonąć bez reszty. Jego zadaniem jest wejście do naszego życia tak, by stale wypełniać wolny czas przeznaczony na kulturalną rozrywkę.

U mnie z serialami było tak, że było ich w moim życiu dużo, ale zawsze to film stał na piedestale. Z Mulderem i Scully z fascynacją śledziłem przyczynowość zjawisk paranormalnych. Z kolei, gdy trochę podrosłem, uczyłem się wartości rodzinnych od samego Tony’ego Soprano. W międzyczasie, przychodziła także chwila na podwodną podróż SeaQuestem. Nigdy jednak nie doszedłem do momentu, w którym potrafiłbym przewartościować sprawy tak, by odcinkom ulubionych seriali oddawać się bardziej niż ulubionym filmom. Mówiąc wprost, nigdy nie zostałem fanem jakiegoś serialu, gdyż te stanowiły dla mnie tylko atrakcyjny dodatek, uzupełniający wiodące zainteresowanie. Rozsądnie także zakładałem, że jeśli chce się trwale sympatyzować z danym dziełem, trzeba mu poświęcić czas, znać każdy odcinek, „żyć” nim. A ja wierny byłem głównie pełnometrażowym, zamkniętym formom filmowym.

Nie wiem, kiedy dokładnie w masowej kulturze nastąpił punkt zwrotny, gdyż chyba pod datą moment ten nie występuje, ale wiem, jak sprawa wyglądała ze mną. Moje podejście do seriali zmieniło się, gdy kolega dał mi płytę z nagranymi odcinkami pewnego amerykańskiego hitu. Tak zaczęła się moja przygoda ze Skazanym na śmierć, kultowym już w wielu kręgach serialem o gościu, który zamierza wyciągnąć z paki swojego brata przy pomocy wytatuowanej na swoim ciele mapy. To był niemały przełom – i to zarówno dla mnie, jak i dla mojego otoczenia. Po raz pierwszy świadomie odsunąłem wszystkie inne treści na bok, by bez reszty oddać się kolejnym odcinkom przygód Scofielda. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie przeżywałem. Nie mogłem oderwać wzroku od ekranu, a po każdym obejrzanym odcinku odpalałem kolejny (w taki sposób doświadczyłem działania tzw. cliffahangera). Potem analogicznie było z Zagubionymi, których do dziś darzę ogromnym sentymentem (należę także do nielicznego grona osób, według których finał serialu zdołał się obronić). Dalszą historię już znacie, ponieważ, jak mniemam, także w jakimś stopniu uczestniczyliście w tym szale seriali, obecnym w kulturze w ostatniej dekadzie.

Skala rozwoju tzw. „cyklicznych filmów telewizyjnych” jest ogromna. Po pierwsze, tych produkcji, stojących na wysokim poziomie realizacyjnym, jest dziś nieporównywalnie więcej niż kiedyś. Po drugie, istnieje o wiele więcej platform, czyli miejsc, w których serial może funkcjonować. Po trzecie w końcu – co de facto jest wynikiem dwóch pozostałych – dzisiejszy serial telewizyjny stał się podłożem do przekazywania o wiele odważniejszych treści. I to częstokroć tych, dla których nie byłoby miejsca w ogarniętym poprawnością polityczną hollywoodzkim mainstreamie. A ludzie chcą potu, krwi i prawdy o zasadach funkcjonowania światem. Chcą oglądać takie perły jak Gra o tron czy Breaking Bad, gdyż swoją bezkompromisowością prześcigają produkcje kinowe o mile.

I tak dochodzimy do momentu, w którym historia zatacza koło.

Kiedyś bowiem było tak, że zanim rozbłysła gwiazda jakiegoś aktora, ten zaczynał w produkcji serialowej. Tak było chociażby z Roger Moorem, Bruce’em Willisem, George’em Clooneyem, Willem Smithem czy też Johnnym Deppem. Dziś z kolei wielkie gwiazdy kina pukają do drzwi producentów widowisk telewizyjnych, bo wiedzą, że ci trzymają dla nich ciekawe i odważne scenariusze. Dzięki czemu aktorzy ci mogą raz jeszcze wykorzystać swoje emploi do stworzenia wybitnej i charakterystycznej roli – przypadek Kevina Spacey. Serial staje się zatem dla aktorów atrakcyjny pod względem artystycznym, o wiele bardziej, niż było to jeszcze kilkanaście lat temu.

Włożę jednak łyżkę dziegciu i oznajmię, że według mnie zaistniały rozwój seriali telewizyjnych ma swoje złe strony. I muszę przyznać, że powoli zaczynam się w moim podejściu do tych produkcji uwsteczniać (być może się starzeje). A to dlatego, że odczuwam znamiona przesytu. Po tym, jak zacząłem oglądać kilka dobrych seriali na raz, w trakcie trwania ich sezonów zaczęły wychodzić odcinki całkiem nowych produkcji, równie godnych mojej uwagi. Odkładałem je zatem na bok. Tylko że tamte pierwsze, zaczęte kilka lat temu wciąż nie chcą się skończyć, a kupka zaległości rośnie i boli mnie od tego głowa. Nie wiem, gdzie najpierw spojrzeć, co najpierw włączyć. Zacznę jedno, wchodzi drugie i tak bez końca.

Seriale ponadto rozpoczęły mnie także dekoncentrować i… nudzić.

Zacząłem bowiem zauważać, jak bezsensownie wypchany jest środek każdego sezonu – zawiązanie intrygi odkładane jest na bok, by na minimalnym wysiłku utrzymać moją ciekawość do końca sezonu, który z założenia ma mnie zwalić z nóg. Czy ktoś z was w ogóle uzmysłowił sobie, jak wielkim pochłaniaczem czasu mogą być współczesne seriale telewizyjne, przy założeniu, że z odcinkami najważniejszych tytułów będziemy zawsze na bieżąco? Ma się jeszcze wówczas czas na pójście do kina? A na seks?

Zdałem sobie przez to sprawę, że jest to proces pozbawiony kontroli, ale także celu. Owszem, zawsze byłem zwolennikiem różnorodności w przyrodzie. Ale nigdy nie w imię utraty jednostkowej wartości dzieła, które nie może zostać w pełni docenione, gdyż wokół znajduje się mnóstwo odciągaczy uwagi. Niezwykle trudno jest w takim natłoku podjąć właściwy sąd. I znowu dochodzimy do odwiecznej, wyświechtanej już prawdy: kiedyś było czegoś mniej, to się ceniło bardziej. Ale tak to u mnie właśnie przebiegło. Zachłysnąłem się tą fascynacją, po czym odkładam ją na półkę niżej, gdzie pierwotnie od zawsze było jej miejsce. Wszystko, co dobre, szybko się zatem kończy – i was też ten etap czeka.

korekta: Kornelia Farynowska

Jakub Piwoński

Jakub Piwoński

Film fascynuje mnie odkąd sięgam pamięcią. Każdy seans jest jak nowa przygoda, nowa podróż, która pozwala przenieść się do miejsc jeszcze nie odwiedzonych, poznać ludzi jeszcze nie poznanych, zmierzyć się z problemami jeszcze nie doświadczonymi. Każdy seans pozwala lepiej zrozumieć otaczający mnie świat, lub utwierdzić w tym co już zdążyłem zrozumieć. Szukam przesłań, tych oczywistych, bądź ukrytych w drugim dnie dzieła.
Jakub Piwoński






  • Mefisto

    Hmm… nie bardzo wiem, gdzie tutaj jest drugie dno, ale mniejsza. Generalnie zgodzę się jednak co do wniosków – seriali jest zwyczajnie za dużo i są też za długie (bardzo dużo kontynuuje się na siłę, bo $$), zatem człowiek nie nadąża. Mają jednak tą drobną przewagę nad filmami, że poszczególne odcinki łatwiej jest łyknąć na raz, prościej znaleźć na nie czas, a więc i powoli nadrabiać. Nie zmienia to oczywiście faktu, że cały okrągły rok zawalony jest serialami na tyle, iż naprawdę trudno nadążyć. Ale przecież wszystkich filmów też nie da się obejrzeć, także argument rozbija się o nic w sumie, bo i tu i tu trzeba wybrać, żeby się nie przejechać (przy czym tu też górą niby TV, bo oglądanie można rzucić po jednym lub dwóch odcinkach i się nie przejmować, a czterogodzinny fresk wypada jednak obejrzeć do końca).

    A co do momentu rewolucji, to jest nim bez dwóch zdań przełom wieków, kiedy to HBO ogarnęło się tak, że zdominowało rynek na parę lat. Band of Brother, Soprano, Six feet under, The Wire… to właśnie ten okres zmian.

    • Jakub Piwoński

      1. Tytuł cyklu należy traktować umownie, ale w tym wypadku realizuje swoje założenia – staram się bowiem subiektywnie zajrzeć pod dywan pewnej mody.
      2. Też swego czasu zauważyłem ten niebagatelny plus obcowania z serialem, taki sam zresztą jak w przypadku krótkich rozdziałów książki – czyli odcinek serialu szybciej się łyka niż film. Ale to nie sprawdza się w problemie natłoku treści, który poruszyłem. A co do porównania do nadrabiania filmów – wszystkich filmów też się nie da nadrobić, ale ich nadrabianie przebiega o wiele łatwiej, bo jeden seans równy jest jednej pozycji na liście zaległości. Nie zgodzę się też, że serial można porzucić w połowie by móc go ocenić – analogicznie, filmu nie oglądamy do połowy, a obrazu nie oglądamy w częściach. Jak jak mówię A, mówię też B.
      3. Wskazany moment przełomowy faktycznie jest trafny.

      • Mefisto

        AD 2. nie chodzi o ocenę, a o przekonanie – jeśli serial się nie podoba, nie kupuje się go po pierwszych odcinkach, to łatwiej porzucić go bez żalu, niż film, za którym, pisząc kolokwialnie, coś zawsze może stać na końcu. Serial takiej rewolucji w ostatnich odcinkach raczej nie jest w stanie zaserwować, gdyż dłuższa, cykliczna forma, wymusza na nim inny sposób narracji, inne wyłożenie kart na stół.

        • a tu bym się zdecydowanie nie zgodził. Trzeba dać się serialowi zassać, bo nie wszystkie wchodzą od razu, a wręcz te najlepsze (Six Feet Under, Soprano, The Wire, Breaking Bad) rozwijają się z każdym odcinkiem i sezonem. Dlatego mimo wszystko warto serialom dawać większą szansę niż 1-2-3 odcinki.

          • Rafał Donica

            Ja dałem szansę „The Walking Dead’, 1, 2, 3… 5 sezon i nie zassało mnie – przestałem oglądać na drugim odcinku szóstego sezonu, bo miałem dość, ten serial jest po prostu nudny i ciągnie się jak flaki.. z zywego trupa. Teraz oglądam „Ash vs. Evil Dead”, krótkie, konkretne odcinki pełne przekleństw i krwi – zacna rzecz, oby tylko nie przesadzili z rozwlekaniem tego na kilka sezonów i rozmienianiem potencjału na drobne, bo też rzucę w kąt jak „The Walking Dead” i nie dam się więcej oszukiwać :p

          • to miałeś cierpliwość :) Ja dałem spokój po kilku odcinkach 2 sezonu dałem spokój.

          • Mefisto

            Nie wszystkie mogą wejść od razu, ale i żaden wolty nie jest w stanie zrobić, jak film w ostatnich minutach. Wszystkie, nawet najgenialniejsze mini-serie, jak True Detective czy Band of Brothers już w pierwszym odcinku dają ci do zrozumienia z czym/kim będziesz obcował i jak to się połyka, a ty możesz to kupić albo nie. Film może z kolei jedną sceną, paroma minutami, nawet na sam koniec, odwrócić wszystko, łącznie z formą o 180 stopni i wtedy może okazać się, że warto go było jednak zmęczyć do końca. Zresztą już sama perspektywa poświęcenia jeszcze godziny, by się o tym przekonać, vs. kilka a nawet kilkanaście kolejnych odcinków, do jakich trzeba by się było zmuszać, jest dość oczywista dla odbiorcy. Serial łapie z reguły cliffhangerami, jednak pomiędzy nimi musi do zainteresowanego trafić ten konkretny świat, ci konkretni bohaterowie, jakaś na maksa wkręcająca intryga, bo inaczej nic z tego – przełączymy kanał. Film ma ograniczony metraż, stąd musi być jednocześnie bardziej spójny, ale i – paradoksalnie – można sobie z nim pozwolić na więcej eksperymentów, więcej zaskoczeń, które mogą sprawić, że nawet jeśli nie podeszli nam bohaterowie, nie jesteśmy przekonani do świata, to nie będziemy uważać tego czasu za stracony. W końcu także filmy niemal zawsze coś ze sobą niosą, podczas gdy seriale często (oczywiście z wyjątkami) bardzo długo podbudowują grunt pod konkretną myśl, bardzo długo kontynuują jakiś motyw bez możliwości katharsis, a co za tym idzie są w większości wypadków bardziej lajtowym doświadczeniem, można na nie łatwiej machnąć ręką. Nie wiem czy jasne jest co, co piszę i czy do końca trafnie opisuję, ale doświadczenie obcowania z oboma formami mam właśnie takie.

          • teoretycznie się zgodzę, a raczej nie mam wyboru, bo to twoje doświadczenia :) Moje z kolei są takie, że w wielu przypadkach serial, po pierwszych odcinkach, nie dawał mi do zrozumienia z czym mam do czynienia. Oczywiście są takie przypadki jak Band of Brothers, których treść i konwencja są od razu znane, widz jest rzucany w sam środek wojennego chaosu, z którego nie wydobywa się do samego końca. Podobnie jest z Twin Peaks albo True Detective. Więc może to kwestia przede wszystkim formy, którą albo łykasz, albo nie, i to od pierwszego odcinka. Z drugiej jednak strony takie Six Feet Under, The Wire czy Soprano bazują głównie na fabule, która rozwija się w swoim rytmie, nieraz bardzo wolnym – przyznam, że nie chwyciły mnie te produkcje po pierwszych odcinkach i gdybym szedł tropem wygody w oglądaniu, to bym sobie odpuścił. Ale one wymagają uwagi, cierpliwości – wtedy odwzajemniają uczucia :) A katharsis, które proponują (szczególnie WYBITNY finał SFU), jest doświadczeniem tak samo angażującym jak najlepszy film. Dlatego – i mimo tego, że SFU jest serialem wyjątkowym – zawsze chcę dać szansę serialom, doświadczyć ich tak, jak trzeba, na co podobno (patrząc na wysokie oceny) zasługują. Bez przesady oczywiście, ale ten sezon z kawałkiem zawsze trzeba (pomijam ewidentne przypadki kiepskich i przewidywalnych seriali, które chcą być kiepskie i przewidywalne, za to odpowiednio oglądalne).
            Dlatego boli, że nie mogę.

          • Mefisto

            Dlatego napisałem, że z wyjątkami :)
            Choć i Six Feet… od początku oferuje konkretny klimat i treść, które nie zmieniają się specjalnie w trakcie – reszta jest po prostu wisienką na torcie.

  • Przesyt! Zdecydowanie. To ta zła, nieoczywista twarz dzisiejszego rynku serialowego. Chciałoby się zaliczyć wszystko, co wypada znać, nawet jeśli to tylko 10% z całości i z ocenami więcej niż dobrymi. Nie wiem, ile trzeba mieć czasu, jak trzeba mieć zorganizowane życie, aby poświęcić serialom uwagę w odpowiednim stopniu, aby nadążyć za trendami, aby uczestniczyć w dyskusji. Nie mówiąc już o tym, że wypada oglądać jeszcze filmy, czytać książki i czasopisma, chodzić do teatru, posłuchać muzyki… I to tylko sama kultura, zachłanna bestia – ona wypełnia przecież życie tylko w jakimś zakresie, w pewnym momencie coraz mniejszym , gdy w grę wchodzi życie zawodowe (pomijając dziennikarzy) czy rodzinne.
    Ostatnio zerknąłem na listę seriali, których nie znam, a które obecnie są najgorętszymi premierami: The Knick, American Horror Story, Fargo, Narcos, Empire, The Americans. Licząc średnio 10 odcinków na sezon, to tylko bazując na tych tytułach, muszę znaleźć ok. 60 godzin na ich oglądanie. A przecież chciałoby się raz jeszcze obejrzeć X-files przed styczniową premierą nowego sezonu. Chciałoby się poświęcić The West Wing, którego pierwszy sezon oglądam z zachwytem od 2 miesiący. Wszyscy są zauroczeni Jessicą Jones – wypadałoby znać, czyż nie? A ile klasyki w kolejce jeszcze.
    Kiedy? Kiedy znaleźć na nie wszystkie czas i podzielić zachwyt? To jest tym bardziej bolesne, im większy poziom prezentują seriale – a ich jakość jest bezsprzecznie wysoka, zasługująca na uznanie i – co by nie mówić – poznanie.

    • Mefisto

      Jessica Jones to raczej pozycja dla zapalonych marvelistów – jako samodzielny byt raczej nic do życia nie wniesie, można sobie darować :)

  • Kenneth

    Bardzo fajny felieton choć to raczej esej ;P Przyklasne autorowi w sprawie przesytu bo tego jest za dużo. Kiedyś było mnie produkcji i można je było normalnie oglądać (pomijając to że bylismy młodsi i mieliśmy czas).






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

RONALDO. Teatr jednego aktora

Następny tekst

THE HALLOW. Hardy horror



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE