Felietony

CZY VEGA TO SZKODNIK? Dlaczego Botoks jest tak groźny

Autor: Szymon Pewiński
opublikowano

Botoks święci frekwencyjne triumfy. W pierwszy weekend obejrzało go ponad 711 tysięcy widzów, po pierwszych sześciu dniach na liczniku znalazł się już ponad milion. Opinie widzów – skrajne, a naród (znów) podzielony. Na tych, którzy bronią wizji Vegi, nazywając je brutalną prawdą, i tych, którzy oglądając je, łapią się za głowy, bo czują, że żyją w innym kraju. Może nie w Polsce znanej z Leśnej Góry, ale też nie Polsce „zbotoksowanej”.

Żadna ze stron nie da się pewnie przekonać swoim oponentom. Vega tak nakręcił atmosferę, bardzo umiejętnie ją podsycając, że zamiast argumentów – nawet tych czysto filmowych, jak ewidentnie niedopracowany scenariusz, realizacyjny chaos i drewniane aktorstwo – zostają tylko emocje.

W recenzjach Botoksu padały zarzuty, że to ponaddwugodzinna okładka tabloidu. I to prawda.

A producenci liczą wpływy, bo Botoks zrobił jedno z najlepszych otwarć w historii, a po niecałym tygodniu obejrzało go już ponad milion widzów. Ja zaś od premiery nieustannie zastanawiam się, czy Patryk Vega rzeczywiście wierzy w to, co pokazuje widzom, co oznaczałoby, że odleciał niczym guru jakiejś sekty, czy jest po prostu genialnym marketingowcem i niebywałym cynikiem. Jeśli to drugie, to sam ustawił się w jednym szeregu z negatywnymi bohaterami swojego filmu.

Do czasu Pitbulla: Niebezpiecznych kobiet Vega był po prostu kiepskim rzemieślnikiem, któremu udał się jeden film (i serial). Po Botoksie dotarło do mnie, że to zwykły szkodnik. Przepraszam za to sformułowanie twórców, krytyków i widzów, ale pal licho, że swoim filmem szkodzi polskiej kinematografii. Szkodzi czemuś, co górnolotnie nazywa się społecznym zaufaniem.

Rozumiem i w pewnym sensie doceniam jego opowieści o policjantach i bandytach. Nie interesowało mnie, ile w nich prawdy, bo świat nowych Pitbulli raczej nie dotyka nas bezpośrednio. Ilu z nas miało styczność z policjantem wydziału kryminalnego? Ilu – poza ukaranymi mandatami – rozmawiało z policjantami? Przecież większość z nas nie zna nawet nazwiska swojego dzielnicowego.

W recenzjach Botoksu padały zarzuty, że to ponaddwugodzinna okładka tabloidu. I to prawda. Ale nawet tabloidy mają na tyle odwagi, żeby w swoich podkręconych opowieściach o podłych konowałach podać dane, które – przy odrobinie samozaparcia – da się zweryfikować. Vega oświadczył, że „tak jest”, a krytykujący jego film niech się martwią, jak udowodnić, że to nieprawda. Z tym że nie da się udowodnić nieistnienia czegoś – to jedna z najbardziej pospolitych logicznych pułapek. Nie da się udowodnić, że zamachu w Smoleńsku nie było. Obrońcy wersji wypadku są tu bez szans, dlatego Smoleńsk to film dla specyficznej grupy docelowej, również dzielący Polaków. Jednak przy Botoksie to niegroźny filmik dla wyznawców spiskowej teorii. Cała reszta albo go obśmiała, albo ma go gdzieś i co najwyżej obejrzy na Showmaksie lub w TVP.

Tymczasem Vega i jego Botoks po chamsku, ordynarnie uderza w przedstawicieli nie tyle służby zdrowia, ile zwykłych ludzi pracujących w tych zawodach zaufania publicznego. Lekarze, ratownicy, pielęgniarki to nie mafia zabijająca ludzi za pieniądze. To najczęściej uczciwi, czasami wypaleni, przemęczeni pracownicy „fabryk” finansowanych przez NFZ. Większość z nich naprawdę kocha swój zawód, a ratowanie zdrowia i życia ofiarom wypadków i chorym to sens ich życia.

Tymczasem głównym, podstawowym i niewybaczalnym grzechem Vegi jest pokazanie patologii, które zdarzają się także w tym środowisku, jako absolutnej normy; na wmawianiu nieco mniej wyrobionym widzom, nieco mniej zorientowanym w sytuacji służby zdrowia, że skoro scenarzysta napisał, to tak wygląda współczesna Polska.

Ostatnio dodane