Felietony

CO SIĘ STAŁO Z KINEM AKCJI? Reminiscencje zawiedzionego fana

Autor: Krzysztof Walecki
opublikowano

Na początek pragnę przeprosić wszystkich, którzy zrezygnują z lektury po pierwszych paru akapitach (albo nieco później), gdyż tekst ten naszpikowany jest tytułami i nazwiskami, bez których nie potrafię mówić o kondycji współczesnego kina akcji. Wiąże się to z licznymi nawiązaniami do okresu, kiedy gatunek ten święcił największe triumfy – stąd sporo tu donnerów, mctiernanów i innych harlinów – wskazując jednocześnie na powody, dla których dzisiejsze filmy akcji pozostają niejako na uboczu głównego nurtu kina hollywoodzkiego.

Niedawne 20. urodziny Con Air oraz Bez twarzy, 30. urodziny Zabójczej broni i Predatora, a także premiery Tożsamości zdrajcy, Baby Driver oraz Atomic Blonde stanowią dobry przyczynek do tego, aby powspominać, a przede wszystkim zastanowić się nad kondycją współczesnego kina akcji. I mam tu na myśli konkretny gatunek, nie zaś konwencję tudzież formę, w której najlepiej odnajdują się obecnie widowiska na podstawie komiksów. Te niejako zastąpiły efektowne filmy sensacyjne skupione na strzelaninach, pościgach i mordobiciach – zamiast tego mamy superbohaterów, którzy nie potrzebują pistoletów czy szybkich samochodów, mają natomiast tyle siły w pięściach, że prędzej zniszczą jakiś wieżowiec, niż paroma ciosami pokonają swojego równie niezniszczalnego przeciwnika.

Bez twarzy (1997)

Oczywiście kino akcji nie zniknęło, jedynie ustąpiło miejsca komiksowej stylizacji w świadomości współczesnych widzów oraz box office. I tak jak w drugiej połowie lat 80. oraz w całej następnej dekadzie sensacyjne widowiska niemal bezwiednie, jedno po drugim, stawały się przebojami, tak teraz to samo dzieje się z filmami o bohaterach z supermocami – bez względu na to, czy dana produkcja jest udana czy nie, kina pękają w szwach.

Ta zmiana warty dokonała się gdzieś na przełomie wieków, pomiędzy premierą pierwszego Matrixa (1999), który kompletnie zmienił realizacyjne standardy, a tragicznymi wydarzeniami 11 września 2001 roku, kiedy przestano na kino akcji patrzeć jak na niewinną rozrywkę, a filmowe obrazy zniszczeń zaczęto utożsamiać z prawdziwym terrorem. Nagle bezwstydnie efekciarski Kod dostępu czy nieco poważniejszy Na własną rękę z Arnoldem Schwarzeneggerem stały się niewygodnymi dowodami przeciwko takiemu kinu (choć akurat przypadek tego pierwszego tytułu jest o tyle ciekawy, że film swoją premierę w USA miał w czerwcu, zaś w większości krajów europejskich już po ataku na World Trade Center – stąd amerykańscy krytycy skupili się na idiotyzmach scenariusza, zaś europejscy na tym, jak to rzeczywistość doścignęła fikcję). Na ratunek rozrywce przyszedł Spider-Man Sama Raimiego (2002), jako pierwszy film w historii zarabiając ponad 100 milionów dolarów w premierowy weekend i wyznaczając drogę kinu, jakie znamy dziś.

15 lat później debiutuje Spider-Man: Homecoming, szósty solowy występ Człowieka-Pająka w kinie i prawdopodobnie setna ekranizacja komiksu, jaką przyszło nam zobaczyć od 2000 roku. Tymczasem kino akcji w ciągu tego czasu doczekało się bardzo popularnej serii o Bournie, zaskakującego angażu Liama Neesona do ról ludzi o umiejętnościach starego, wysportowanego bulteriera, a całkiem niedawno nowego kilera pod postacią Johna Wicka. Pozostałe sukcesy są takowymi nieco na wyrost – gwiazdą kina kopano-strzelanego stał się Jason Statham, choć solowe filmy z jego udziałem nie są takimi przebojami kasowymi jak te, które 25 lat temu stały się udziałem Jean-Claude’a Van Damme’a czy Stevena Seagala; najbardziej rentownymi niekomiksowymi filmami akcji są kolejne części Szybkich i wściekłych, którym coraz bliżej jednak do fantastycznych przygód Jamesa Bonda niż tradycyjnej sensacji. Sam Bond też się zmienił w międzyczasie, najpierw celując w realizm bliższy Bourne’owi, a obecnie wracając do korzeni, a konkretnie ery Rogera Moore’a. Nieśmiertelny Tom Cruise został Jackiem Reacherem, niestety nie dorównując popularnością swojemu bardziej kasowemu wcieleniu, agentowi Ethanowi Huntowi z Mission Impossible, zaś Sylvester Stallone przypomniał o sobie światu jako Rocky i Rambo, jednocześnie starając się wskrzesić mit bohatera kina akcji serią Niezniszczalni. Nie bez powodzenia, choć więcej tu pastiszu na granicy parodii oraz sentymentu za dawnymi czasami niż solidnej sensacji – jakościowo stoi to dwie półki niżej niż najlepsze dokonania Slya.

Kod dostępu (2001)

Czy widzowie przestali oglądać kino akcji, bo to im się znudziło? Bo efektownością przestało dorównywać opowieściom o superbohaterach? Być może nasze niepewne czasy niechętnie nastrajają nas do oglądania realistycznej (a raczej niekomiksowej) przemocy na ekranie? A może chodzi o zwyczajne wyczerpanie formuły oraz, co ważniejsze, brak ludzi, który tchnęliby w ten gatunek nowe życie? Reżyser obu części Johna Wicka, Chad Stahelski, wydaje się mieć własny koncept na tworzenie ekranowej akcji, będąc kimś więcej niż kopistą Johna Woo i Michaela Manna, do których porównywano go po pierwszym filmie. Antoine Fuqua próbuje uczynić z Denzela Washingtona i Gerarda Butlera niezniszczalnych herosów (Bez litości, Olimp w ogniu), ale reżyser ten lepiej sprawdza się w dramatach policyjnych (Dzień próby, Gliniarze z Brooklynu). Jest i Jaume Collet-Serra, mający na swoim koncie trzy (a wkrótce cztery) filmy z Neesonem, m.in. podniebne Non-Stop; u hiszpańskiego twórcy efektowność kadru idzie w parze z umiejętnością budowania napięcia, a to bierze się jeśli nie z realistycznego, to chociaż z przyziemnego podejścia do opowiadanej historii, czegoś, w czym przodowali reżyserzy kina akcji dwie dekady temu.

Ambicje wielu współczesnych reżyserów filmów akcji wykraczają daleko poza ten gatunek. Czy dlatego, że uważają go za gorszy?

Są to jednak zaledwie trzy nazwiska, które dziś chyba najlepiej kojarzone są z sensacją. Swego czasu Luc Besson starał się wypromować swoich rodaków, ale zarówno Pierre Morel (Uprowadzona, Gunman: Odkupienie), Louis Leterrier (Transporter 2, Starcie tytanów) oraz Olivier Megaton (Colombiana, Uprowadzona 2, 3) zawiedli pokładane w nich nadzieje. Kompletnym nieporozumieniem jest ciągłe dawanie szans Johnowi Moore’owi, człowiekowi, który do spółki z najgorszym scenarzystą kina sensacyjnego Skipem Woodsem podpisał nieudolną Szklaną pułapkę 5. Rzucam tymi wszystkimi nazwiskami i tytułami, aby pokazać, że film akcji nie umarł jak western, lecz raczej uległ przykrej degradacji przez twórców przeciętnych bądź w najlepszym wypadku wyrobników bez polotu. Co ciekawe, tych, którzy wykazali się w tego typu kinie, jak Doug Liman (Tożsamość Bourne’a, Pan i pani Smith), Paul Greengrass (Krucjata Bourne’a, Green Zone) czy Marc Forster (Quantum of Solace), interesują też inne tematy, przez co trudno utożsamiać ich tylko z sensacją. Ich ambicje wykraczają daleko poza kino akcji. Czy dlatego, że uważają ten gatunek za gorszy?

John Wick (2014)

Ostatnio dodane