Celuloidowy fetyszysta #11. Polityka i seks | FILM.ORG.PL

Celuloidowy fetyszysta #11. Polityka i seks








Rafał Oświeciński
20.01.2016


Prawie dziesięć lat temu na łamach KMF pojawiło się kilka felietonów-nie felietonów o wdzięcznej nazwie Celuloidowy fetyszysta. W ten sposób się tytułowałem wówczas, w ten sposób mogę się tytułować i teraz, bo zbyt wiele nie zmieniło się w mojej fetyszyzacji tego, co filmowe (choć tutaj na pewno mocniej rozwinęło się umiłowanie seriali).

Po latach powracam do tej idei i tak jak wtedy skupię się na komentarzu do tego, co ważne lub mniej ważne, ale z subiektywnego punktu widzenia zawsze intrygujące. Od trzech do pięciu spraw w każdej odsłonie, bez silenia się na obiektywizm. Dłużej i krócej. Nieregularnie.

 

  1. Superprodukcja według ministra Glińskiego.
  2. Kino zaangażowane politycznie Wojcieszka.
  3. Nauka o seksie.

 


borat01

SUPERPRODUKCJA PATRIOTYCZNA WEDŁUG MINISTRA GLIŃSKIEGO

Minister Kultury i Dziedzictwa Narodowego, Piotr Gliński, zapowiedział realizację narodowej superprodukcji filmowej, która ma wpisać się w politykę historyczną stanowiącą misję miłościwie nam panującego rządu. Ma zostać ogłoszony konkurs na scenariusz, mają być wybrani twórcy, budżet produkcji będzie pewnie rekordowy. To zaanonsował tuż po objęciu teki ministra, powtórzył kilka dni temu na oficjalnej, pierwszej konferencji prasowej.

Ten projekt realizujemy we współpracy ze Stowarzyszeniem Filmowców Polskich, ze środowiskami filmowymi różnych opcji czy wrażliwości ideologicznej, z wykorzystaniem naszych instytucji resortowych mówi minister.

Od razu zapowiada, że nie będzie wspierał żadnych polskich Boratów, bo one nie uświetnią przecież obchodów setnej rocznicy odzyskania niepodległości przez Najwyższą. Tylko poważne dzieło, odpowiednio spektakularne i o odpowiedniej tematyce zapewni odpowiedni rozgłos, który będzie słyszalny pod każdą szerokością geograficzną. Oto Polacy – wielki naród, ze wspaniałą historią, która przyssie do ekranu Chińczyka, Francuza, Gwinejczyka i Urugwajczyka; z bohaterami, jakich świat nie widział i się nie spodziewa; w plenerach, które każdego zadziwią, zachwycą i ściągną natychmiast turystów w nasze góry, w jeziora, w puszcze.

Cudowne plany, jakże realistyczne, jak świadome przeciwności losu, jak cudownie przeanalizowane, jak skrupulatnie zbadane.

Słysząc te zapowiedzi, mimowolnie łapię się za głowę z kilku powodów. Po pierwsze Borat to znakomita, bystra i celna satyra, której życzyłbym sobie w wersji polskiej – albo Gliński filmu nie widział i sugeruje się tylko głupkowatą facjatą Sachy Barona Cohena, albo widział i zbyt szybko zauważył tam siebie w roli jednego z bohaterów, z którymi Borat przeprowadza wywiady – wtedy takie intelektualne kuksańce są rzeczywiście niezbyt miłe i chciałoby się ich zakazać/nie wspierać/pogardzać nimi.

Po drugie, ta wielkopolskość, ta narodowa duma, ta przebogata historia nie potrzebują hollywoodzkiego spektaklu, żeby być słyszane. To tak nie działa i trzeba kompletnie nie orientować się w kinematograficznych tendencjach, żeby brnąć w takie farmazony. Oczywiście wielomilionowy budżet to głaskanie ego polskiej kinematografii – na pewno znajdą się twórcy, którzy z dotacji chętnie skorzystają, na pewno media podchwycą temat, będzie głośno i radośnie. Na pewno przykładowe pięćdziesiąt milionów baksów na polski film to swoiste mizianie dobrego samopoczucia wyborców i leczenie kompleksów.  Jeśli jednak chcemy opowiadać o polskości, to nie w tak tendencyjny sposób – nie przez tworzenie wielkich spektakli i wielkich narodowych narracji.

Powód takiego przekonania jest prosty: Hollywood nie dogonimy, a nawet dobre efekty specjalne i bogata scenografia nie spowodują, że ktoś nas za granicą zauważy. Jak mawiał dobry kolega, popijając miód pitny za dwa złote, nie liczy się bowiem wielkość magicznej pałeczki, ale jej tajemna moc. A ta ma być zbudowana na bazie historii z wyczuwalnym propagandowym smrodkiem. To się nie uda, zlitujcie się, politycy. Bitwa pod Wiedniem niczego nie nauczyła? 1920 Bitwa warszawska nie zawstydziła? Syberiada polska nie pokazała, w jaki sposób nie prezentować historii? Kazachski Nomad się udał (niezły casus swoją drogą, lektura obowiązkowa dla ministra Glińskiego)? Albo inaczej: czy nie widzicie ewidentnych różnic między losami Polski a na przykład Szkocji (bo w tle słychać wciąż westchnięcia do Bravehearta)?

Co się więc liczy? Dobra opowieść. Nie skupianie się na sukcesach, bogoojczyźnianych sporach i kreowaniu określonego wizerunku Polski, a właśnie – zaskoczenie, niszczenie przekonań, walka ze wstydem, z tajemnicą. Niemcy, robiąc Upadek, Sophie Scholl czy Życie na podsłuchu, myśleli przede wszystkim o intrygującej historii, mając za nic dobre samopoczucie narodu – tym wygrywali, zdobywając uznanie, nominacje do wielu nagród i Oscary. Zresztą przyglądając się temu najlepszemu wskaźnikowi, jakim są oscarowe nominacje, weneckie Lwy, canneńskie Palmy, berlińskie Niedźwiedzie, widać wyraźnie, że filmy uznawane za najlepsze i najwartościowsze uciekają bardzo daleko od hollywoodzkiego blichtru. Nikt się nie ściga z kalifornijskimi bossami, bo w takim starciu nikt nie ma najmniejszych szans. Pomijam tu oczywiście chińskie superprodukcje, których ambicja zazwyczaj nie wykracza poza rynki azjatyckie, natomiast Polska, mały kraik na mapie świata, nie powinien wchodzić do tej samej rzeki, co kazachscy, rosyjscy czy chińscy twórcy, którzy kino traktują jak im Lenin przykazał.

No i kwestia Idy, tej podłej, antypolskiej, prożydowskiej i ubeckiej wywłoki. 

Można nie cenić Idy, ale żaden inny film nie zrobił w ostatnich latach dla polskiego kina tyle, ile Pawlikowski. Kpiarski ton rządzących – mających na ustach idiotyczne argumenty współgrające z durnymi antysemickimi przekonaniami – diametralnie rozmija się z faktycznym osiągnięciem Idy, która była oglądana na całym świecie, została doceniona najważniejszymi nagrodami i świadczyła jak najlepiej o polskiej filmowej kondycji. Kino inteligentnie poprowadzone, efektowne przez formę, ale nie efekciarskie, otwierające umysły na nowe doznania, szanujące swoich bohaterów, skupione na ciekawej, uniwersalnej historii na specyficznym ale zrozumiałym tle – to jest kierunek, który obrał Pawlikowski, ale również Andrzej Wajda, Krzysztof Kieślowski, Wojciech Jerzy Has, Roman Polański, czyli najbardziej rozpoznawalni twórcy polskiego kina. Dlaczego Gliński nie mówi o nowej Ziemi obiecanej? Dlaczego nie zerka życzliwiej na filmy Kieślowskiego? Dlaczego nie chce czerpać z tej trudnej, niewdzięcznej historii, na bazie której Polacy i świat cały mogą się czegoś dowiedzieć, nauczyć? Dlaczego nie mówi o genialnej współczesnej rodzimej literaturze, która domaga się uwagi i wsparcia? To jest gleba, na której wyrośli mistrzowie nie tylko naszego kina. Nie lepiej ją pielęgnować, zamiast nawozić polityczną chemią?

Polscy twórcy – ci najlepsi, najbardziej docenieni, tworzący najlepsze obrazy – nie byli marionetkami na pasku władzy (choć za jej pieniądze) i to ich autorska wizja kina zdobyła zaufanie. I tu przechodzimy do innego typu konstatacji: można mówić wiele niedobrego na temat współczesnego kina polskiego, ale ktoś, kto ogląda coś więcej niż popularne romcomy, z łatwością zauważy sporą zmianę, która wypływa ze zrozumienia czym była i jest siła kina autorskiego, które nie ogląda się na modę i życzenia polityków. Każdego roku mamy na ekranach wiele wyśmienitych filmów, których, co prawda, wielkim problemem jest marketingowe wsparcie poza granicami kraju, niemniej dzieje się dużo dobrego, wartościowego. Ale żeby to zauważyć, trzeba polskie kino oglądać, przyglądać się jego rozwojowi, szczególnie gdy w grę wchodzą większe pieniądze – trzeba widzieć porażki (Hiszpanka), ale i sukcesy (Miasto 44).

Nie uzurpuję sobie prawa do wiedzy o tym, co się powinno kręcić, ale – jako widz – wiem, czego nie chciałbym oglądać: ideologicznych kopii hollywoodzkich blockbusterów. Nie chcę podatkami wspierać filmów zapatrzonych w propagandowe idee i twórców uważnie przysłuchujących się podszeptom polityków. To tak nie działa. Nie narażajmy się na śmieszność.

Jeśli wyjdzie z tego chała, to ja się schowam pod ziemię ze wstydu, to będzie moja porażka – mówi minister w wywiadzie dla NaTemat.

Kłopot w tym, że to nie będzie porażka ministra, ale porażka polskiej kinematografii.

 


z18591313O,Przemyslaw-Wojcieszek-fot-Rafal-Malko-Agencja

FOT. RAFAL MALKO / AGENCJA GAZETA

KINO ZAANGAŻOWANE POLITYCZNIE WEDŁUG WOJCIESZKA

Pozostajemy w polityce.

Przemysław Wojcieszek chciałby być Johnem Cassavetesem polskiego kina. Oficjalnie niezależny, bezkompromisowy, nie uginający kolan przed nikim. Jeśli coś mówi, to bez słuchania suflerów. Jeśli coś tworzy, to poza jakąkolwiek kontrolą i najczęściej także poza systemem finansującym twórców filmowych (PISF). Stoi obok wszystkiego i wszystkich i aż trudno powiedzieć, czy go podziwiać, czy jednak drwić. Wywiad z Wyborczej wzmacnia wizerunek buntownika. W tej niszy dość mu wygodnie, a ja również nie mam nic przeciwko, bo filmy, które tworzy, są dobre (Sekret, Głośniej od bomb, W dół kolorowym wzgórzem). 

Sprawa wygląda prosto – właśnie zakończył zdjęcia do filmu Knives Out, którego premiera jest zapowiedziana już za chwilę, bo na festiwalu Berlinale. Sprawa z pokazem na słynnym festiwalu jest dość niejasna, bo ani nazwiska Wojcieszka, ani tytułu filmu nie znajduję nigdzie na stronie Berlinale, więc będzie to pewnie jakiś nieoficjalny i niezapowiedziany pokaz. Mniejsza z tym, czy chęci wyprzedziły fakty – do rozpolitykowanego, społecznie zaangażowanego i doceniającego ideologiczną wywrotowość programu Knives Out pasuje. Bo Wojcieszek mocno, z przytupem i niezwykłą odwagą ma zamiar wbić szpilę we współczesną Polskę i sposób uprawiania polityki, medialne ściemy, mechanizmy propagandy. Film dekonstruuje zmitologizowaną polskość – mówi reżyser – obnaża mechanizmy działania zbiorowości, uwypukla szczeliny w perfekcyjnie zaprojektowanych osobowościach głównych bohaterów. Rana ma być zadana wszystkim, choć zaangażowania po jednej ze stron Wojcieszek nie ukrywa, wkłada bowiem w usta bohaterów tego typu słowa:

Głosowałem na Dudę. Ale powiem ci szczerze, głosowałem na niego z litości. Przez rok był u nas prawnikiem jak rozkręcaliśmy firmę, ale nie radził sobie, więc musieliśmy wynająć kogoś innego. Pewnego dnia patrzę i gość startuje na prezydenta. Ale miał już inny numer. Przeczytałem w necie jego program, ale to się, kurwa, nie trzymało kupy. Ale zagłosowałem na niego. Mam parę zdjęć ze starych czasów jak grillujemy razem kiełbasę z Lidla. Polska to mały kraj.

Co mu przyświeca? Na pewno większa idea, przeczytajcie zresztą te słowa:

Zrobiliśmy film będący w totalnej opozycji do tych quasi-faszystowskich pomysłów na kino propagowanych przez obecną władzę. Zadajemy też kłam temu, co powtarza branża – że nie da się teraz zrobić mocnego, politycznego kina, więc raczej nikt nie będzie nas kochał. Całe środowisko filmowe sra w gacie ze strachu i ogląda filmografię Leni Riefenstahl na ripicie, żeby zaadaptować swoje pomysły pod fantazje brunatnych prostaków. A my celujemy im wszystkim w zęby. Instytucje zajmujące się kinem w Polsce to groteskowa fasada. Żeby robić tutaj takie kino trzeba mieć nerwy ze stali, ale to właśnie lubię. Psujemy humor faszystom. Czy może być coś bardziej zajebistego?

Nie może, Przemysławie, nie może.

Abstrahując już od poglądów Wojcieszka, które oceniać można różnie (na pewno nie jednoznacznie), to chwali się, że jest szczery w swoich deklaracjach. Podoba mi się, że robi kino polityczne, nie biorąc za cel jakiejś afery, jakiegoś wycinka medialnej rzeczywistości, tylko skupia się na emocjach i rozczarowaniach. Nie sięga po polityczny dorobek dwudziestu sześciu lat i ocenę tych dobrych i złych zmian, ale przygląda się i słucha tego, co tu i teraz; skupia się na serwowanej przez polityków wszelkiej maści ściemie, która irytuje tym bardziej, że tak łatwo się jej poddajemy.

Czeka więc nas ciekawy pojedynek – Smoleńsk kontra Knives Out.

Nie stawiam pomiędzy nimi znaku równości, mimo że oba filmy są po przeciwnych stronach barykady. Dwa filmy polityczne, skrajnie od siebie odmienne w formie i treści, nie tylko pod względem ideologii, ale i na bazie tego, na kim skupiona jest uwaga, na jakich emocjach. Będzie się działo. 

 


 

NAUKA O SEKSIE

3Bi6qaI jeszcze zostaniemy w klimacie kina polskiego, tym razem z informacją o Sztuce kochania, która ma opowiadać barwną historię Michaliny Wisłockiej. Sam mam na półce tę książkę, z czerwoną okładką i kilkunastoma stronami niezwykłych pozycji – ach, młodości! To Wisłocka była moim pierwszym „playboyem”, to opisy z jej książki były moim pierwszym „twoim weekendem”!

Sukces znakomitych Bogów rozochocił polskich twórców, którzy nareszcie poczuli, czym jest kino gatunkowe i uświadomili sobie, na czym polega biografia filmowa z prawdziwego zdarzenia. Mistrzami opowieści o słynnych ludziach i ich czynach oczywiście są Jankesi, ale Łukasz Palkowski sięgnął po wszystkie najlepsze wzory w celu wyciśnięcia emocji i miksowania dramatu z komedią. Tym razem na tapecie niezwykła postać Michaliny Wisłockiej, której książka Sztuka kochania mówiła o seksie i kochaniu. W głębokim PRL-u nie do pomyślenia taka odwaga, tym bardziej, że naukowej brawurze towarzyszył niezwykły upór bohaterki i olbrzymi sukces wydawniczy. Rewolucja? Jak najbardziej, bo przy okazji też spór o patriarchalny system Polski Ludowej.

W roli głównej Magdalena Boczarska. Scenariusz pisze Krzysztof Rak, a produkuje Piotr Woźniak Starak (obaj odpowiadają za Bogów). Reżyserii podejmie się Maria Sadowska, piosenkarka, gwiazda Tęczowego Music Boxa, jurorka The Voice of Poland i twórczyni bardzo przyzwoitego Dnia kobiet z 2012 roku.

 korekta: Kornelia Farynowska

Rafał Oświeciński

Rafał Oświeciński

Celuloidowy fetyszysta.
Kino istnieje nie tylko dla rozrywki. Powinno budzić emocje. Powinno szokować ibulwersować. Powinno bez skrupułów zmuszać mózg i serce do wytężonej pracy. Dlatego wolę nieudane eksperymenty od udanych średniaków tworzonych od linijki.
Rafał Oświeciński






  • K.

    desjudi, wyśmienity tekst. Jestem jednym ze starych wyg, które zaczytywało się w CF :). Czekam na więcej i mam nadzieję, że będzie regularnie.

    Co tu ukrywać. Zgadzam się z oceną pomysłów politycznych, bo tworzenie polskich blockbusterów jest zbędnym wydawaniem publicznych pieniędzy w imię politycznych ambicji. Podpieranie się Narodem, Ojczyzną, Historią jest obrzydliwe.

  • Darek Woysław

    Gliński wprowadza „białoruskie” standardy :) Chyba nie rozumie, że Polska nie potrzebuje udawanych hollywoodzkich widowisk, tylko po prostu jak najwięcej dobrych filmów :)

    • Już nie przesadzajmy z tymi białoruskimi standardami, szczególnie jeśli chodzi o film :)

      Kłopot jest właśnie w definiowaniu tego, co dobre, wartościowe i budujące renomę polskiego kina. Jego zdaniem wielkie, spektakularne widowiska o zwycięskiej historii Polski. Moim zupełnie co innego jest ważne w osiąganiu tego samego celu. Możemy dyskutować co do jakości „Idy”, ale przecież nie jest trudno zanalizować to, co stanowi podstawę jej sukcesu. Wystarczy zresztą przyjrzeć się najgłośniejszym premierom filmów nieanglojęzycznych – nie ma wśród nich widowisk, bo nikt ich nie potrzebuje. Hollywood robi je lepiej i to wystarcza.

      • Darek Woysław

        Chodzi o sam fakt wyprodukowania „państwowego” filmu, z procesem produkcyjnym kontrolowanym przez państwo, gdzie ma być taki przekaz, jaki chce państwo. Rzadko kiedy wychodzi z tego coś lepszego, niż propagandowy potworek, zwłaszcza w Polsce.

        Żeby nie było nieporozumień – ja nie mam nic przeciwko „superprodukcji” jako takiej, razi mnie tylko, że w proces powstawania filmu wciskają się politycy, że to film na tak naprawdę na zamówienie. Ciężko, żeby wyszło z tego coś dobrego. Megaprudukcyjniak? Nie dziękuję.

        Niech pozwalają twórcom robić swoje. Nasza historia jest bogata i na pewno trafi się dobry film do niej nawiązujący. (mi się marzy obraz o wizytach Piłsudskiego i Dmowskiego w Japonii podczas wojny w 1905, gdzie obaj przyjechali ze sprzecznymi celami)

  • Zen

    dołączam się do pochwał. ważne tematy i świetnie napisane. nie sposób się nie zgodzić. Gliński to jakaś porażka.

  • Longin Podbipieta

    @Po pierwsze Borat to znakomita, bystra i celna satyra – Przepraszam bardzo, ale po piórze nigdy bym nie wywnioskował, że może Pan uważać Borata za wszystkie powyższe. Jasne, to pocieszny film, ale gdzie Pan tam niby widzi bystrą i celną satyrę? W machaniu gumowym dildo? Podsmiechujkach z cierpliwych Amerykanów, którzy musieli się męczyć z często buracznymi (choć zabawnymi) sytuacjami kreowanymi przez SBC? Czego Pan ten film nauczył? Co niby obnazył? Nic, bo Borat to fajna komedia, ale żenująca i niespełniająca swojej roli satyra, zrobiona bez klasy i smaku, a na koniec wykorzystująca rumuńską biedotę dla swoich celów – wyobrażam sobie co Czerska miałaby do napisania gdyby to jakiś Polak wykreował Borata, ależ byłby spektakl krzyku i obrazy majestatu.

    Pisząc o Wyborczej, cytowanie tej gazety jest dla mnie równe z cytowaniem Frondy i WSieci po prawej stronie – wiem, że tutaj tylko wywiad – mam nadzieję, że ograniczy Pan jednak cytowanie tego szmatławca, a także politykowania do absolutnego minimum. Szanujmy się trochę.

    Dodać też muszę, że krytykowanie Idy, zwłaszcza patrząc jak została przyjęta przez polskie elity polityczno-medialne z panem Michnikiem na czele, któremu tego typu narracje są zawsze miłe dla serca (w końcu brat czerwony sędzia) wcale nie musi się zaraz wiązać z antysemityzmem. Bądźmy poważni. Wyobrażam sobie sytuację w której niezależny twórca kręci film o Żydach intelektualistach absolwentach prawa, którzy radośnie witają nowe władze pro-radzieckie, zostają sędziami ubecji i skazują ludzi na śmierć przez strzał w potylice lub powieszenie – to dopiero byłoby odważne, prawda? Jeżeli będą ładne zdjęcia to Pan pochwali? Myśli Pan, że Wyborcza napisze pełen zachwytów artykuł? Oscary z tego będą? W końcu to taki ważny i mało omówiony w polskiej historii (jeżeli nie światowej) temat. Domyśłam się, że na czerskiej byłaby pełna mobilizacja, krzyki o pomoc UE i prośba Izrela o interwencję zbrojną – czy to byłaby polnofobia, a może zwyczajna reakcja? Po prostu niektóre tematy są niewygodne, historycznie patrząc nie bez powodu, zwłaszcza przez pryzmat skompilkowanej historii polskich katolików wieśniaĸów i polskich Żydów. Osobiście nie lubię otoczki, która miała miejsce wraz z sukcesem tego średniego swoją droga filmu i historycznego lenistwa – czy to mnie czyni antysemitą? Co do reszty racja, ale w ogóle idea kręcenia filmów z pieniędzy podatników jest głupia i zła i już nie ważne o jakich filmach tutaj mowa.

    • Linkowałem do konkretnych wywiadów, gdzie padają konkretne słowa – jak znajdę coś w wsieci czy gdzie indziej, to zacytuję, nie widzę problemu.

      Borat – tak, to bystra komedia, zrobiona ze smakiem, choć tutaj trzeba lubić tego typu potrawy. Nie wszystkie żarty są równe, ale w sumie ładnie (mocno odważnie) pokazuje zetknięcie kultur w swojej stereotypowej postaci. Ot, kretyn wśród mądrali, którzy swą mądrość biorą bardzo serio, nie wiedząc, że przy okazji robią z siebie kretynów. Ja z łatwoscią trawię ten chwilami kloaczny humor, bo idea jest ok (podobnie jak w Bruno i Dyktatorze).

      Dyskusja o Wyborczej, Czerskiej – sorry, nie dam się wciągnąć. Nie dogadamy się.

      Ida – nielubienie oczywiście nie czyni z nikogo antysemity, choć trudno zaprzeczyć, że w krytyce tego filmu wciąż przewijają się pretensje w sprawie takiego a nie innego przedstawienia relacji polsko-żydowskich. Fałsz, antypolskość, zniesławienie, pochwały żydowskiego lobby – wciąż słychać argumenty radośnie podejmujące te tematy w kontekście „Idy”, ale i „Pokłosia” czy „Sąsiadów” Grossa. Czy słusznie? Mam swoje zdanie na ten temat.

      • Longin Podbipieta

        Nie wiem jak z pochwała żydowskiego lobby, ale Ida (chcąc nie chcąc) stała się kolejnym tematem przepychanek pomiędzy medialna prawica i lewicą w Polsce. Gdyby ograniczyły się one do do artyzmu, lub nawet podejścia twórców do historii, ale nie, stały się kolejną polityczną i osobistą wyprawą krzyżową po obu stronach tej dziwnej polskiej barykady. Gdyby nawet wyrosła z tego jakaś okołopolityczna i historyczna dyskusja to możnaby było powiedzieć, że Ida spełniła swoją rolę jako coś więcej niż artystyczny smutas z ładnymi zdjęciami. Skończyło się natomiast na fochu z prawej strony, a po lewej dziecinnym graniem na nosie i śmianie się z Polaczków antysemitów. Bo tutaj (tak kreują to media) mogły być tylko dwie strony argumentu – albo jesteś katol-antysemita, albo jesteś Żyd o spolszczonym nazwisku.

        No wie Pan, ilość filmów które robiły z Żydów ofiary, a z Polaków zamordystów osiągnęła w ostatnich paru latach dosyć wysoki poziom, należy do tego dodać coraz liczniejsze teksty o polskich obozach zagłady, o Polakach gorszych od nazistów, o Polakach genetycznych antysemitach (tak mocno rozgłaśniane przez Wyborczą niestety), to nie ma się Pan co dziwić, że nagle podnoszą się głosy, że tak trochę robi się Polsce czarny PR, a potem zadaje się pytanie jaki to ma cel i komu to ma służyć.

        Prawdzie? No to niech Pan sobie wyobrazi jeden film, tylko jeden, który będzie mówić o zbrodniach polskich Żydów (ale niech to będzie podkreślone) na oficerach AK, podczas powojennych czystek (nawet kreując niejednoznacznego bohatera, którego rodzina zginęła, bo odzdział AK odmówił im pomocy) stalinowskich – żadna tam brutalna propagadna, solidny dramat mówiący o drażliwym temacie. Wyobraża Pan sobie ryk lewicowych mediów, nie tylko w Polsce, ale w całym zachodnim świecie? Czy jednak uważa Pan, że pochylono by się nad artyzmem i przesłaniem emocjonalnym filmu?

        • Byłyby kontrowersje, ale wszystko zależy od intencji twórców, jakości scenariusza i wykonania. Jeśli zrobisz film, w którym kluczową kwestią będzie wiązanie żydostwa z popełnianymi mordami, bez sięgania do innych kontekstów (historia, polityka, psychologia itd), to sam będę protestował, bo to zwyczajnie głupie. Ida przecież nie popełnia podobnego błędu i mordę antypolonizmu starają się jej przykleić ignoranci (tak, Ida pokazuje przykry fragment historii – jest w tym jakiś większy fałsz decydujący o semicko-antypolskich przekonaniach?). Z przykrością można stwierdzić, że ta narracja dominuje – ale czy słusznie? Warto się jej poddawać?

          Mówisz o czarnym PR Polski – to zależy do czego się odnosisz. Jeśli chodzi o tych, co łykają jak pelikan wszystko, co im telewizor pokaże, to ok, pytanie tylko, czy warto sobie nimi zawracać głowę? A może lepiej podejmować dyskusję na odpowiednim poziomie bez zniżania się do propagandowych ustawek w imię „białego” PR Polski?

          Popatrz na Pluton – on przecież igra z jankeską patriotyczną narracją robiąc „czarny” PR. Pianista odzierał z bohaterstwa; Życie jest piękne wprowadziło humor w Holocaust. Nie mówiąc już o polskim Zezowatym szczęściu, Kanale, Popiele i diamencie, a nawet Długu, Psach i filmach Smarzowskiego – to wszystko to kiepskie portrety Polaków i ich historii. Naprawdę warto sobie zawracać głowę postękiwaniem ignorantów? Naprawdę to dobry powód, aby wydawać publiczną kasę na film, którym politycy chcą światu udowodnić, jacy to my piękni jesteśmy, jacy udani, wpływowi i zdolni? To objaw kompleksów, bo świat nie zawraca sobie głowy jakąś Polską, a te oskarżenia o antysemityzm / prosemityzm / antypolonizm / propolonizm płyną od garstki ludzi, którzy w dyskusji o filmie – nad czym ubolewam – wynoszeni są na piedestał. To nie jest jednak kłopot samego filmu, a jakości dyskusji, w której strony okopują się na swojej pozycji, popadają w skrajność i pierdolą głupoty na lewo i prawo. Nie chce mi się w tym uczestniczyć.

          „ilość filmów które robiły z Żydów ofiary, a z Polaków zamordystów osiągnęła w ostatnich paru latach dosyć wysoki poziom”

          Proszę o tytuły (pomijając „Pokłosie”)

          • Longin Podbipieta

            Psy, Dług i inne powyższe nie są filmami antypolskimi, ani nie robią nam czarnego PR, bo w gruncie rzeczy to sa historyjki mocno uniwersalne. W Psach ta polityka jest, ale dla zachodniego widza nieinteresująca i dla fabuły drugorzędna.

            Pisze Pan, że pelikany tylko łykają tego typu rzeczy, no cóż, spójrzmy na obecną sytuację, że niemieckie obozy koncentracyjne już nie istnieją, obecnie sa nazistowskie, a coraz częściej polskie i mówimy tutaj o światowych gazetach i głowach państw przekazujących te informacje w eter. Pisał Pan, że Niemcy nakręcili Upadek, ale co tam zrobiono? Uczłowieczono Hitlera, więcej, zrobiono z niego wręcz ofairę – schorowanego staruszka. Czy taki był cel twórców? Nie wiem. Czy tak mogłó być? Jak najbardziej, w końcu nic co ludzkie nie było Hitlerowi obce. Nie zmienia to faktu, że PRowo film ten zrobił NIemcom i Hitlerowi przysługę. Potem byli jeszcze Nasze Matki Nasi Ojcowie – gdzie się okazało, że lepiej było być Żydem w Berlinie podczas wojny niż wśród Polaków w Polsce, a ci drudzy, zwłaszcza AK, to nic innego jak mordercy Żydów. Tak, część AK nie była święta, chodzi o proporcje.

            Pluton nie robi amerykanom czarnego PR, bo niby jak? Raz, że film nakręcony przez weterana, z całym przekrojem bohaterów od A do Z, od pozytywnych po negatywnych,z realistyczną przemianą bohatera, bez większych propagandowych wstawek, a nawet tych negatywnej postaci jak Barnes nie da sie wsadzić do szufladki z napisem ten doszczętnie zły kręcący wąsa niczym w niemym filmie. Jest scena w wiosce, ale tutaj amerykańska prawica nie miała co czarować rzeczywistości, bo Pluton powstał niecałe dwadzieścia lat po dobrze udokumentowanej i nagłośnionej masakrze w My Lai. Żeby było zabawniej, to amerykańscy lewacy mają większy problem z wybornym Deer Hunterem, bo jest ponoć na wskroś amerykański, ksenofobiczny i rasistowski.

            Dobry PR jest Polsce potrzebny, nie chcę żeby Pan mylił moje podejście do tej sprawy z zapędami propagandowymi, po prostu PR ma duże znaczenie w prowadzeniu polityki i tyle.

            Prosty przykład: Polacy zamęczający Żydów, tych obcych (szczegół, że Polaków żyjących od wieków w kraju nad Wisłą) budujący obozy śmierci, a po wojnie wyganiający (co też jest mocnym uproszczeniem historycznym) Żydów z kraju. Teraz spójrzmy na obecną sytuację: Polacy nieprzychylnie patrzą imigrację ekonomiczną z Bliskiego Wschodu (nie mylić z uchodźcami, których nawet w Niemczech, zgodnie z prawem międzynarodowym jest tylko mały procent), bo są przecież antysemitami, kŧórzy męczyli Żydów przed wojną, podczas wojny i po wojnie – już tego typu artykuły pojawiały się na zachodzie, Żeby było brutalniej, często od freelancerów z Czerskiej właśnie, po czym Wyborcza przedrukowywała te teksty u nas, donosząc, że tak nas widzą za granicą. Perpetuum mobile dezinformacji i propagandy. No i potem wraca polityka winy, że antysemici Polacy nie chcą czegoś zrobić, bo nienawiść mają przecież we krwi, wtedy trzeba patrzeć na Polskę jako ten zaścianek, dziki kraj w którym żyją antysemici.

            Nie, nie musimy robić propagandy, że robić sobie dobry PR. filmy to zreszta tylko jedno medium z ktorego w sprawach narodowego PR należy korzystać. Jestem odgórnie przeciwny finansowaniu biznesu filmowego, ale jeżeli miałbym jako podatnik dopłacać, to jasnym jest, że wolałbym aby moje nacjonalistyczne ego zostało połechtane – oczywiście to nacjonalistyczne ego można rozumieć na wiele sposobów, na przykład takie Monachium jest filmem mocnym, mówiącym o trudnych sprawach, nie unikających cholernie trudnych pytań, Spielberg nie bierze tutaj jeńców, ale gdybym był Izraelskim Żydem, to bym był dumny, że taki film o historii mojego kraju nakręcono. Da sie? Da się.

            Zgadzam sie i o tym pisałem, nie mogłoby być tak, że powstaje film o sędziach stalinowskich, którzy ubrani jak chasydzi ida wieszać Polaków, a po drodze z pracy wrzucają małe polskie dzieci do studni. Nie zmienia to faktu, że film, który naprawdę poruszy skomplikowaną historię Żydów i Polaków (zwłaszcza lata 1918-1960) spowoduje wycie zarówno Frondy jak i Wyborczej. Może to i dobrze.

  • Longin Podbipieta

    Nie musi Pan wchodzić w dyskusję w sprawie Wyborczej vel Czerskiej. Nie zmienia to faktu, że jest to propagandowa tuba myśli lewicowej (tak jak Fronda tej nacjonalistyczno-katolickiej) i wrzucanie z tej gazety czegokolwiek innego niż wiadomości sportowe, mam na myśli teksty i artykuły światopoglądowe mija się z celem. Moje zdanie, Pańska sprawa. Pozdrawiam

    • Nie linkuję do publicystyki, a do wywiadu.
      A to że Wyborcza jest propagandową tubą myśli lewicowej? No i co? Niektórzy czują się z lewicowymi poglądami dobrze.

      • Longin Podbipieta

        Różnica pomiędzy lewakiem a prawakiem taka, że ten drugi chce mi zaglądać do alkowy i chce mówić CO myślec – ten pierwszy zagląda mi do portfela i mówi JAK myśleć. Jedno zło. Niech będzie Panu z tymi poglądami dobrze, nie zmieni to faktu, że Wyborcza to upolityczniony szmatławiec propagandowy, który nie różni się niczym w poziomie od Frondy po stronie nacjonalistyczno-prawicowej. Ilość przekłamań, manipulacji, wylewania pomyj, chamskich ataków jest w tej gazecie, zwłaszcza od kilku miesięcy, zwyczajnie nie do zaakceptowania przez czytelnika, który wymaga chociaż odrobiny dziennikarskiej rzetelności i profesjonalizmu. To, że Wyborcza ma pewną renomę bierze się głównie z tego, że to medialne perpetuum mobile pielęgnowania własnych piórek, które ma miejsce w polskiej przestrzeni inteligeckiej Warszawki i okolic. Zreszta Wyborcza umiera jako gazeta, czytalnicy porzucają tanią propagande – czyżby inteligenci mieli dosyć bredni, a może powymierali? Chce Pan poczytać coś po lewej stronie to niech Pan lepiej czyta Guardiana, a także zrobi reality check gazety Wyborczej – w internecie, w cale nie prawicowym, jest cała sterta przykładów na frondyzmy Wyborczej.

        • Nie powiedziałem, że podzielam te poglądy i że traktuję GW jako źródło wiedzy o współczesnym świecie i Polsce.

          • Longin Podbipieta

            Trochę mi ulżyło, bo lubie Pana teksty i zmartwiłem się, że żyje Pan w jakimś limbo. U mnie w pracy Wyborcza wyleciała z menu pod koniec ubiegłego roku, od lat nawet zdolni dzienniarze żyli pod dyktandem zacietrzewionego Michnika, ale miesiące po wyborach zwyczajnie spłynęły ropą i złością bez więkdzej merytoryki. Zresztą Wyborcza to gazeta lewicy kawiorowej i tego starego skostniałego układu, która ze zwykłym Kowalskim ma niewiele wspólnego. Młodzi lewacy czytają Guardiana i sobie (ponoć) chwalą. Zostawiłem Panu jeszcze odpowiedzi w sprawie poprzedniego postu, myślę, że mimo róznych poglądów, w samej esencji sprawy się raczej zgadzamy. Pozdrawiam

  • Mefisto

    Pomysł z superprodukcją ma u swoich podstaw, wbrew pozorom, sens, gdyż, mimo wszystko, potrzebujemy takiego filmu, który:

    a) przypomniałby o faktycznie wielkich czynach Polaków z przeszłości (a nie wiecznie, to powstanie i powstanie albo jakieś inne tragedie a la przywołana Ida, czyli film bynajmniej nie antypolski, co po prostu o niczym – ot ładne zdjęcia i bezcelowo popierdalająca po mieście zakonnica, cały kurwa wielki film oscarowy);

    b) stanowiłby przyjemne poklepanie po plecach w momencie, gdy w kraju jest chaos i burdel, napędzany dodatkowo przez media oraz, a jakże, filmy – to zawsze na plus

    Jakby nie było, superprodukcja taka na pewno potrzebowałaby kasy – bo technicznie to my możemy, gorzej z połączeniem tego z fabułą (vide Karbala – kolejny, przereklamowany meh za dużą kasę, który wygląda jak wycięty z telewizyjnego szablonu na niedzielne popołudnie).

    Gorzej, że oni to spierdolą. Już sam fakt rozpisywania konkursu, podczas gdy i w PISFie i w archiwach wytwórni leży mnóstwo potencjalnie dobrych, a przynajmniej nadających się na pewne podstawy tekstów jest od groma. Ale nie, w zamian dostaniemy kolejne pierdololo z debilnymi restrykcjami (a la rokroczne konkursy regionalne lub… wnioski do PISFu, dzielone na jakieś chore kategorie z podkategoriami), z jury, które przekonane będzie zapewne o swojej wyższości i nieomylności, i z kolejnymi układzikami. Do tego dochodzi fakt, że ci ludzie zwyczajnie nie wiedzą, jak się robi takie kino, więc nawet jakby sam Spielberg wziął w tym konkursie udział, efekt finalny będzie tak czy inaczej żartem. I na pewno dopisana mu zostanie niepotrzebna ideologia, przypuszczalnie celująca w to, co obecnie dzieje się za oknem.

    Zatem idea słuszna, ale z miejsca mówię czemuś takiemu nie.

    • W ogóle idea sięgania po wydarzenia z historii Polski jest jak najbardziej słuszna. Planuję zresztą osobny tekst o tym, do czego można sięgnąć, bo świetnych tematów jest cała masa (nie zawsze przyjemne, ale zawsze interesujące).
      Ale właśnie – traktowanie tej idei jako nośnika propolskiej propagandy jest czymś naprawdę kiepskim. A ta procedura… Ciekawe kwiatki, fajnie byłoby się temu przyjrzeć bliżej :)






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Excentrycy, czyli po słonecznej stronie ulicy

Następny tekst

ŻÓŁTA CEGLANA DROGA #8



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE