Felietony

BIĆ SIĘ JAK BABA nabiera nowego znaczenia. Kino akcji bez taryfy ulgowej dla pań?

Autor: Damian Halik
opublikowano

Główny bohater zbierający bęcki w filmach akcji nie jest niczym niezwykłym, ale czy równie dobrze patrzy się wam na okładane przez mężczyzn protagonistki? Nie należę może do osób szczególnie wrażliwych, ale na widok agresji wobec kobiet zapala mi się czerwona lampka. Tymczasem kino akcji zdaje się kroczyć właśnie w tym kierunku: kobiet silnych, które nawet w mordobiciu nie ustępują facetom…

Mamy XXI wiek, a niektóre filmy aktorskie w 90% generowane są przez CGI, jednak wciąż nie brakuje w branży osób chcących naprawdę solidnie przygotować się do roli, niejako odrzucając oferowane przez komputery ułatwienia. Dziś parę słów na temat morderczych treningów, jakim poddają się kandydatki na żeńskich odpowiedników Jean-Claude’a Van Damme’a. Aktorki przygotowujące się do bardziej wymagających scen walki potrafią bowiem godzinami ćwiczyć na siłowni, niczym Hugh Jackman po tym, jak oberwało mu się za mało imponującą (jak na odgrywaną rolę) muskulaturę w pierwszym filmie z serii X-Men. Australijczyk tak mocno wziął sobie do serca negatywne komentarze, że przez następne siedemnaście lat wstawał o piątej nad ranem, by poćwiczyć – my natomiast z każdą kolejną produkcją widzieliśmy, jak klata Wolverine’a się rozrasta.

Ale czy jest w tym coś dziwnego? Siłownia zdaje się wręcz czymś naturalnym, gdy mowa o mężczyznach. Nikt więc nie rozczula się nad przygotowaniami Mickeya Rourke’a (Zapaśnik), Marka Wahlberga (Fighter, Sztanga i cash), Jake’a Gyllenhaala (Do utraty sił) czy wielu, wielu innych aktorów do wymagających muskulatury ról. Co innego, gdy nagle naszym oczom ukazuje się tłukąca wszystkich kobieta! Z miejsca pojawiają się pytania o wspomniane już CGI, pracujące na planie dublerki-kaskaderki czy inne sposoby, by wytłumaczyć sobie, że ta piękna, krucha kobietka, którą nieraz podziwialiśmy na ekranie w różnego rodzaju filmach obyczajowych, nie obrywa i nie krwawi na naszych oczach… Jasne, że nie – to film! Ale charakteryzacja nie wyklucza, że oglądana przez nas aktorka musiała to wszystko przepracować, a trening trwał zapewne dłużej niż sama produkcja filmu z jej udziałem.

Nie ukrywam, że inspiracją do tego tekstu było Atomic Blonde, które pokazało nam Charlize Theron od zupełnie innej strony. Południowoafrykańska aktorka udowodniła już dawno, że metamorfozy na potrzeby filmu nie są jej straszne. Od jakiegoś czasu stopniowo wkraczała też do produkcji kina akcji, które po brawurowo odegranej Furiosie w Mad Max: Na drodze gniewu wręcz nie może się już bez niej obyć. Rola w thrillerze szpiegowskim na kanwie komiksu The Coldest City Antony’ego Johnstona to jednak zupełnie inny poziom, wymagający od głównej bohaterki katorżniczego treningu.

Krew, pot i łzy nie były zapewne niczym nadzwyczajnym, choć trzeba podkreślić, że Theron miała po prostu „pecha”. Trafiła bowiem pod skrzydła Davida Leitcha – byłego kaskadera, który w swoim debiutanckim filmie (pierwsza samodzielnie wyreżyserowana przez niego produkcja) najzwyczajniej w świecie chciał się popisać kunsztem. W innym razie mogłoby się skończyć tym, co przechodzą Scarlett Johansson czy Elizabeth Olsen na planie Marvelowskich produkcji. Nie wiem, czy mieliście kiedyś okazję obejrzeć jakieś materiały zza kulis, ale sceny walki są tam nagrywane jak najmniejszym nakładem pracy. Jasne, kondycja musi być, ale cała reszta… ech, szkoda gadać. W ten sposób należałoby oddzielić ziarna od plew.

Lepiej na tym tle prezentuje się komiksowa konkurencja, DC Extended Universe, która za sprawą wcielającej się w Wonder Woman Gal Gadot zyskała szansę na nowy początek. W tym przypadku oczywiście także zastosowano wiele ułatwień, zresztą ciężko oczekiwać, by twardogłowa Diana z Themysciry miała odnieść jakieś większe obrażenia. Odgrywająca jej rolę izraelska aktorka musiała jednak solidnie potrenować – i mowa tu zarówno o treningu siłowym, jak i nauce walki wręcz oraz posługiwania się orężem. Innym przykładem z ostatnich miesięcy mogłaby być choćby Alison Brie (Community) oraz jej koleżanki z ekipy Netflixowego serialu Glow, ale kręcenie udawanych scen walk wrestlerskich to trochę jak wrestlingocepcja…

(Wiem, wiem. Film nie do końca potwierdza moje słowa, ale przynajmniej jest zabawny!)

Płynąc jednak do brzegu, wrócę raz jeszcze do postaci Lorraine Broughton jako przykładu wyczerpującego definicję bohatera, tfu, bohaterki kina akcji. To, co zobaczycie w Atomic Blonde, nadaje filmowym heroinom zupełnie nowy rys. Ich siła nie tkwi już w szorstkim obyciu, jak u Camerona (Ellen Ripley*, Sarah Connor) czy akcentowaniu swej niezależności niczym u Scotta (G.I. Jane, Thelma i Louise), lecz w totalnej równości wobec mężczyzn. Nie ma taryfy ulgowej – dasz w mordę silniejszemu, musisz liczyć się z tym, że ci odda. Treningu, jaki przeszła Charlize Theron, pozazdrościć mógłby niejeden filmowy zabijaka, i osobiście mam nadzieję, że ilość wylanego przez południowoafrykańską aktorkę potu będzie proporcjonalna do zarobków produkcji. Co więcej, zapewne będę musiał też przywyknąć do widoku sowicie oklepanych damskich twarzy, gdyż kolejne tytuły już widoczne są na horyzoncie. Dywersyfikacja pełną gębą – dosłownie. Pełną, obitą gębą.

*Można się spierać, w którym Obcym Ripley była najostrzejsza, ale zostańmy przy Get away from her, you bitch!.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane