Kinomaniaki i torrenty na pirackich VODach, czyli co oglądać, aby było dobrze | FILM.ORG.PL

Kinomaniaki i torrenty na pirackich VODach, czyli co oglądać, aby było dobrze








Rafał Oświeciński
23.01.2014


Lubicie oglądać filmy?

Jeśli jesteście na tej stronie, to z pewnością. Banałem zaczynam, bo o banał zapytałem dzisiaj rano siebie mając na myśli film właśnie, miłość moją, twoją i naszą. Gdzie ją oglądać, podglądać? Czy da się? Za ile? Po co? I czym będzie oglądanie za moment? Pytania dość abstrakcyjne w tym sensie, że przecież wciąż filmy oglądamy, zachwycamy się nimi, czasem szydzimy, a momentami jesteśmy kompletnie zobojętniali – film jest zawsze gdzieś obok nas, jest podstawą dyskusji, centrum wokół którego kręci się życiowa pasja. Kochana. Ciągle konsumowana. Nie do porzucenia. 

Na pewno to czujecie.

MY, MIŁOŚNICY

Najczęściej to oczywiście kino – weekend bez wypadu na nowość jest weekendem straconym, tym bardziej, że w ostatnich latach premier kinowych w bród i co tydzień wchodzi coś ciekawego, coś dla każdego i to coraz szybciej w stosunku do premier za Oceanem. Wielu z nas, kinomanów, żywi się także dvd i – obecnie częściej – blu-rayami, kupowanymi w kraju, ale i za granicą (niestety w Europie Zachodniej i USA mieszkają bardzo biedni ludzie, więc i filmy w ofercie sklepów są zdecydowanie tańsze niż w Polsce). Kiedyś mieliśmy także VHS, do którego wciąż wzdychamy, wciąż żerujemy na sentymentach z dziecięctwa. Czasem kinoman pożywi się telewizją, z reklamami lub bez, zawsze z kiepskim lektorem i z powtarzalnym i przewidywalnym repertuarem (mowa o tych, co żyją z naziemną za pan brat), którego jednak nie lubić nie sposób – zawsze bowiem znajdzie się coś do oglądania na jednym z kilkunastu głównych programów (dzisiaj mamy wybór między “Psami” a “Powrotem do przyszłości 2”, źle?).

Wielu, a może i większość, zasysa z torrentów, chomików i klonów megauploadów wszystko to, co najnowsze lub średniej świeżości bądź klasyczne – wbrew obiegowej opinii samo ściąganie nie ma nic wspólnego z łamaniem prawa. To udostępnianie dzieł chronionych prawem autorskim jest nielegalne i podlega paragrafom kodeksu karnego (dlatego torrenty są dość niebezpieczne, bo zasadza się na dzieleniu). Taka konstatacja zawsze wywołuje sporo pretensji, bo mimo wszystko ściąganie jest swego rodzaju obchodzeniem prawa, a pobocznym efektem tego procederu jest ignorowanie interesu posiadaczy praw autorskich, w tym samych artystów. Szacunek dla twórców zawsze się należy, a objawia się on m.in. w takim sposobie korzystania z dóbr kultury, na jaki godzą się twórcy. Można to nazwać dobrym obyczajem, zdrowym nawykiem, wynagrodzeniem za pożądaną usługę.

torr

Oczywiście nie jest tak, że fakt ściągania pociąga za sobą straty posiadaczy praw autorskich – nikt nigdy nie wykazał zależności między intensywnością piractwa a głębokością kieszeni np. wytwórni filmowych. Co jakiś czas rzucane na szafot są liczby, ileż to artyści stracili, na jakim niesamowitym minusie jest cały rynek filmowy i muzyczny – wszystko przez te cholerne piractwo, na walkę z którym wydaje się miliony licząc jednocześnie na dodatkowe miliony w portfelu. Nic z tego, nie tędy droga, to mydlenie oczu i doskonale wiedzą o tym choćby producenci najpopularniejszych seriali np. „Gry o tron”, „Breaking Bad” czy „Sherlocka”, którzy – czasem głośniej, czasem mniej oficjalnie – przyznają, że walka z takimi torrentami jest czystą donkiszoterią. Więcej – w ich ustach wyczuć można nawet pewnego rodzaju dumę z „bycia” piraconym, bo, wbrew pozorom, popularność w drugim obiegu przekłada się na popularność w legalnym obiegu kultury, buduje siłę marki, a ona z kolei niesie produkcję do przodu, zapewnia odpowiednie zainteresowanie, skuteczny PR. I co najważniejsze – trudno posądzać producentów o straty z tytułu bycia gwiazdą torrentowych rankingów.

Nowa świadomość?

Może z tego powodu Studio Kadr i TOR rozpoczęły wrzucanie filmów, które na YouTube może obejrzeć każdy? Obecność klasyków Machulskiego czy Barei nie umniejsza frekwencyjnych sukcesów, którymi chwali się TVP puszczając regularnie te filmy na swojej antenie. A przy okazji wytwórnie kontrolują w pełni swoje dzieła, świadomie umacniają ich status, nie poddają niczego przypadkowi. Ich sukces – bardziej wizerunkowy niż finansowy – może pociągnąć za sobą innych.

Nie chcę przez to brzmieć jak piewca wolnej kultury albo obrońca piractwa, nielegalności itp. usprawiedliwiający wszelkie niecne zagrywki związane z łamaniem praw autorskich. Prawo trzeba szanować, jeszcze bardziej twórców, a jednocześnie warto być odpornym na antypiracką ściemę, a ta lubi być w centrum zainteresowania co jakiś czas, szczególnie ostatnio, przy okazji sprawy ze słynnym portalem Kinomaniak.tv. To kolejny, szalenie w Polsce popularny, sposób konsumowania filmów i seriali.

Oferta jednego z serwisów-klonów Kinomaniaka

Oferta jednego z serwisów-klonów Kinomaniaka

Jego działalność była kolejnym pstryczkiem w nos dla ochroniarzy praw autorskich w Polsce – to podmiot, który całkowicie legalnie działał na terenie Polski (z siedzibą na Karaibach), został w niewyjaśniony dotąd sposób zamknięty, co jednak nie spowodowało, że dziesiątki jego klonów poczuły się zagrożone. Dla niewtajemniczonych w działania tego typu serwisów kilka słów wyjaśnienia, dlaczego gra była i jest zgodna z prawem: otóż każdy może wrzucić film czy serial na serwer (który znajduje się najczęściej za granicą), o ile był posiadaczem praw autorskich. W domyśle, według obowiązujących tam regulaminów, każdy wrzucający posiada te prawa, a właściciele np. Kinomaniak.tv nie mają obowiązku sprawdzać każdego z osobna, czy prawa naprawdę ma, czy ich jednak nie ma, chyba że ktoś (czyli prawdziwy posiadacz praw) wskaże bezpośrednio osobę odpowiedzialną za wrzucenie filmu – wtedy właściciele serwisu zazwyczaj reagują. Portal nie bierze więc odpowiedzialności za to, co się na jego stronie pojawia, tym bardziej, że odwiedzającym oferuje tylko usługę oglądania tego, co zostało przez użytkowników wrzucone… A bywa tam wszystko – filmy najnowsze, filmy najstarsze, seriale hitowe i seriale klasyczne. Kilka dych miesięcznie i oglądasz, ile chcesz, bez ściągania, bez dzielenia się. Dystrybutor czuje się wykiwany? Jeśli tak, to wtedy trzeba się zgłosić po IP, a że serwery we Francji, to nie jest łatwe i tak naprawdę fakt wrzucenia nie jest jednoznaczny z dzieleniem się, a sam streaming video nie jest udostępnianiem (pewnie nawet kodeks karny nie zna takiego pojęcia) i tak dalej, w podobną nutę, z naginaniem obowiązujących przepisów.

Legalne? Jasne. Fair? Już nie bardzo i pewnie nie wszyscy o tym wiedzą oglądając hity serialowe i ripy filmowe, a szkoda.

CI, KTÓRZY SIĘ STARAJĄ

Wbrew pozorom wszyscy znamy legalną alternatywę. Prócz biletu do kina lub zakupu niebieskiego krążka możemy przecież korzystać z serwisów VOD, które starają się być tym samym dla filmu, czym Deezer czy Spotify są dla muzyki (po ich pojawieniu się mp3 straciło sens, przynajmniej dla mnie). Starają się – to słowo-klucz, bowiem ich oferta jest niezbyt bogata, a w kilku przypadkach skupiona w dużej mierze na produkcjach telewizyjnych towarzyszących bieżącej ramówce. Takie VOD od Telewizji Polskiej umożliwia obejrzenie najnowszego odcinka „M jak miłość”, a TVN Player zaprasza do sięgnięcia po 235 odcinków „Brzyduli” lub swoje sztandarowe pozycje kulinarno-obyczajowe. Prócz tego można zerknąć na kilkadziesiąt mniej lub bardziej znanych filmów – nie jest to jednak realna alternatywa dla kinomanów.

vod

Tą są „rasowe” VOD w postaci choćby ipla, Kinoplexu, HBO Go i VOD od Onetu. Pomyszkowałem po ich bazach filmowych i naprawdę wiele ciekawych filmów i seriali można tam znaleźć – wprawne oko może dostrzec sporo nowości, szczególnie produkcji polskiej, ale i sporo głośniejszych tytułów, także i tych, które otarły się o Oscary. Nie słodzę, naprawdę tak jest, sprawdźcie sami. Zaskoczeniem jest HBO Go, gdzie można znaleźć wszystkie sezony najwybitniejszych seriali – kosztuje niemało, bo chyba 3 dychy, a operatorem nie jest bezpośrednio HBO, a dostawca np. internetu lub kablówki. Dobre.

Po upadku Kinomaniaka często podnoszoną kwestią w różnych dyskusjach było porównanie naszych serwisów VOD do jankeskiego Netflixa lub Hulu, których baza jest wielokrotnie większa od naszych rodzimych, abonament porównywalny i wiadomo, Amerykanie wiedzą jak to się robi w Chicago. Kłopot w tym, że nie korzystam ani z polskich, ani z tamtejszych VOD, więc – w ramach testowania potencjału – zrobiłem małe porównanie biorąc na tapetę najlepsze filmy z naszych Złotych Krabów, wybrane tytuły z naszych rankingów dekad (biorąc pierwszą i piątą dychę zestawień) oraz kilka klasycznych seriali, o których wiemy, że są dobre i powinny być obejrzane przez wszystkich miłośników tej sztuki. Kliknijcie na zdjęcie :

polskie_vod2

Wnioski? Bieda, panie, bieda. Dostępność najlepszych tytułów jest praktycznie żadna i bez porównania do muzycznych baz takiego Deezera, który ma prawie wszystko. Nie ta bajka, nie ten potencjał. Wpisuję tytuły, wpisuję nazwiska twórców, a wyszukiwarka w serwisach VOD wypluwa mi naprawdę niewiele. Taki Kinoplex od Agory to w ogóle nie ma wyszukiwarki, więc z miejsca go ignoruję – szkoda czasu. Vodeon promowany przez Tomasza Raczka i Netię to jakaś filmowa padaka – „Striptizerki kontra wilkołaki”, „Quick Gun Murugun”, „Krwiożercze pająki”, „Kiltro” to tylko niektóre tytuły z ich strony głównej, które – nie przeczę – mogą znaleźć swoich amatorów. VOD od Onetu i ipla prezentują się na tym tle znacznie lepiej, ale gdybym szukał naprawdę najlepszych filmów, nie mówiąc już o arcydziełach kina, to bym się srogo rozczarował także i w tych miejscach.

Netflix, który jest tak często fetyszyzowany, prawdopodobnie bazę ma wielką, ale dotrzeć do niej nie sposób, bowiem Polacy z serwisu korzystać nie mogą (choć są podobno na to sposoby). Pobieżny rzut oka na dyskusje w internecie pozwala domniemywać, że większość tytułów z powyższej listy jest dostępna – nie licząc produkcji HBO. Netflix proponuje poza tym oczywiście olbrzymią ilością materiałów telewizyjnych z setek kanałów, przejrzystą i zróżnicowaną ofertę, gwarantuje szybkie pojawienie się nowości, a do tego jest dostępny na X-boxie i Sony Playstation. Tak niebanalnie skonstruowanej oferty polskie VOD nie posiadają, co nie znaczy przecież, że, przyglądając się rynkowemu liderowi, mieć nie będą.

Gruchnęła ostatnio wiadomość o możliwości wejścia Netflixa do Polski. Już jest w Brazylii, w Wielkiej Brytanii, Danii. Gdyby rzeczywiście ich obecna oferta została wzbogacona o np. polskie filmy i seriale, to byłoby naprawdę niesamowite i te 20-30zł, przy posiadaniu odpowiednio szybkiego łącza (co najmniej 5Mb), byłoby bardzo kuszącym rozwiązaniem równoważnym z posiadaniem tysięcy płyt dvd (pod względem jakości), a już wkrótce i blu-ray (wszak Netflix zapowiada premiery w rozdzielczości 4K!). Kłopot w tym, kto trzyma prawa autorskie i czy zechce dzielić się swoją własnością z gigantem streamingu. W pewnym sensie na pewno byłoby to opłacalne, bo Netflix dzieli się zyskiem z właścicielami praw, jednak oznaczałoby to, że inne serwisy VOD – a tych w Polsce jest kilka – miałyby mniejszą siłę przebicia, musiałby bazować na swoim biednym materiale i niechybnie zostałyby zdominowane przez jankeskiego giganta.

xbox-netflix-rio_browse_web-dec-2011

ALTERNATYWA? CZYŻBY?

Czy to realna alternatywa dla piractwa? Poniekąd. Zawsze znajdą się miłośnicy kamerówek lub ripów, ale gdyby im zabrać zabawki, to nikt nie zapewni, że staną się zaangażowanymi uczestnikami legalnej kultury. Z drugiej strony klony Kinomaniaka mają dziesiątki tysięcy abonentów płacących za usługi – to przecież potencjalni klienci legalnych usług. Gdyby nie „drugi obieg” to trudno byłoby niektórym sięgać także po klasyki kina – nie wszystko jest na dvd (nie wszystko jest dostępne), a przyzwyczajenie, że film jest na wycięgnięcie ręki, jest bardzo silne, bo powodowane wygodą. Pamiętam, że kiedyś widziałem Chomika z niezwykle bogatą kolekcją klasyki kina europejskiego w postaci pełnych filmografii najznamienitszych twórców – nie do dostania w Polsce na legalu. Kuszące, nieprawdaż?

Popularność torrentów, chomików i streamingu video w rodzaju Kinomaniaka nie jest kwestią niedojrzałości mentalnej Polaków, a z takim argumentem również można się spotkać przy okazji porównań z Zachodem, który tak mądrze czerpie z dóbr kultury, tak legalnie oczywiście. Bzdura. Ściągają wszyscy i wszędzie – czasem mniej, czasem bardziej, za pomocą innych narzędzi i bez względu na zasobność portfela. Argument ekonomiczny (“ściągam, bo mnie nie stać”) jest zresztą tanim usprawiedliwieniem i nie powinien być traktowany serio. Oczywiście, że nie stać na setki płyt dvd, ale stać chyba na 30zł abonamentu.

Chodzi głównie o wygodę, szybkość, dostępność adekwatne do oczekiwań i potrzeb – wszystko to, zmiksowane, obrazuje nie tylko współczesny dostęp do dóbr kultury, ale i ogólnie, jest podstawą rozwoju technologicznego, jest zauważalną częścią trendów, stoi w centrum uwagi dostarczycieli usług i produktów. Objawia się to w zmianach dystrybucji kinowej, która trwa raptem 3-4 miesiące, po czym film pojawia się w kablówkach, a za chwilę ląduje jednocześnie na dvd, blu i VOD. Być może już wkrótce nowości kinowe wylądują bezpośrednio na naszym telewizorze będąc tym samym alternatywą dla tradycyjnego wypadu do kina – odbiorniki są coraz nowocześniejsze, łącza coraz lepsze, a rytuał, jakim jest oglądanie filmu z innymi widzami, nie jest aż tak znaczący. Już teraz Netflix chwali się, że ma 40 milionów abonentów i prognozuje wzrost o 25% co roku plus potencjalnie nowe rynki, które zamierza spenetrować. Dodajmy do tego nowe podejście do produkcji seriali (i wkrótce pewnie i filmów), które proponuje Netflix, Amazon, Hulu, o czym pisałem parę miesięcy temu, rezygnację z wypożyczalni dvd i dostajemy nowy rodzaj dystrybucji, nowy sposób pożerania kultury i nowe mechanizmy biznesowo-marketingowe, które będą w stanie zmienić nasze potrzeby (odpowiadając przecież na to, co chcemy otrzymać!).

Wygodnie rozłożeni na kanapie czekajmy na nowe. Niektórzy, całkiem zasadnie, będą śmiać się w twarz antypirackim rycerzom walczącym od lat z wiatrakami. Inni spokojnie poczekają na rozwój sytuacji, korzystając skrzętnie z dobrodziejstw współczesnej technologii.

Gdzie będziemy jutro? Ktoś to wie?

Rafał Oświeciński

Rafał Oświeciński

REDNACZ at FILM.ORG.PL
Celuloidowy fetyszysta.
Kino istnieje nie tylko dla rozrywki. Powinno budzić emocje. Powinno szokować ibulwersować. Powinno bez skrupułów zmuszać mózg i serce do wytężonej pracy. Dlatego wolę nieudane eksperymenty od udanych średniaków tworzonych od linijki.
Rafał Oświeciński






  • Artur Gralla

    Napisze tak,problem jest wtedy kiedy ktos kogo jest stac zeby kupic film czy pojsc do kina,nie robi tego bo wtedy to jest strata dla firmy,ale kiedy ktos sciaga film kogo nie jest stac,bo nie ma kasy na pojscie do kina czy kupienie filmy i tak go nie kupic,wiec gdzie te wielkie straty,bo idac tym tokiem myslenia ja moge napisac ze stracilem miliony zlotych bo moglem byc wielkim rezyserem i robic filmy na ktorych bym zarobil miliony.Na koniec jak kogos stac to porpostu kupuje film czy idzie do kina proste.

    • patyczak

      Ale nawet jak się ma kasę, to nie znaczy to automatycznie, że by się ją wydało, gdyby się nie ściągnęło filmu:D Nie ma tu większej straty producentów niż w sytuacji, gdy film ściąga osoba bez grosza przy duszy.

      • Krystian Juskowiak

        To nie jest rozgrzeszenie, gdyż film nie jest artykułem pierwszej potrzeby (jak chleb, woda). Także nie trzeba go mieć – czy się pieniądze ma czy nie.

        A ściągając, czy się te PLN ma czy nie, to tak czy siak wprowadza się w potencjalne straty – z prostego powodu, wszedłeś w posiadanie materiału obłożonego licencjami bez uiszczenia opłaty za jego użytek.

        Ogólnie wymyślać można nieskończoną ilość wytłumaczeń na piractwo, aby tylko uwierzyć we własne tłumaczenia, że to nic złego. Jak ściągnę jakąś grę czy program i wpadam hipotetycznie, to nie będzie żadnego wytłumaczenia i dostanie się po portkach równo – wtedy tłumaczenia sobie „piractwo to nic złego”, nie pomogą.

        Osobiście, jakby ktoś zaczął piracić mój twór, czy to film, muzyka, ale najszybciej program komputerowy, to ścigałbym równo, bo o piractwie fajnie się mówi ale do czasu, aż samemu się czegoś nie stworzy, a potem miast na tym zarobić, każdy sobie spiracił. W sumie, skoro artysta nie musi dostawać pieniędzy za pracę, bo każdy chce pirata, to proponuję, żebyśmy też nie dostawali wypłat – przecież chleb, samochód, bezynę, wszystko można ukraść, to na co pieniądze za naszą pracę…

        • patyczak

          Gry i programy to inna kategoria jak filmy i muzyka. O ile te pierwsze rzeczywiście obłożone są licencjami i samo użytkowanie jest nielegalne, to powyższy artykuł mówi o tych drugich;)

          • Krystian Juskowiak

            Tak, wiem i masz rację, celowo użyłem takich argumentów, jednak tak czy siak to jest bez różnicy, bo powinna kierować tym ta sama moralność. Poza tym, Ustawa o Prawach Autorskich i Prawach Pokrewnych jest stara, niedostosowana do dziś (jakieś 5 lat temu znałem ją niemal na pamięć i radziłem się prawników, bo nie wiedziałem jak rozwiązać kwestię komputera klienta, na którym jest piracki Windows na takim samym pirackim nośniku, więc jak mu to przeinstalować. I co zrobić, jak komputer klienta przychodzi na serwis z pirackim Windows, przeinstalować też w takiej formie nielegalnie, czy odesłać z kwitkiem?).

            W praktyce, w ustawie jest nie tyle luka, co niedostosowanie do dzisiejszych prawideł, ale jak nie prawnie, to producent może Cię ścigać z tytułu złamanych licencji. Więc – legalnego piractwa nie ma, legalny jest tylko zakup.

          • Artur Gralla

            Ale jak ty chcesz zarobic na kims kto nie kupi tego,dlatego to jest myslenie zyczeniowe,a po 2 zeby ktos cos kupil to musi byc go na to stac i tutaj raczej jest problem bo ceny mamy w polsce zachodnie a zarobki polskie.Prosty przyklad filmy dolaczane do gazetek po 5 zl mam ich ponad 100 wiec w sumie wydalem 500 zl ale w zyciu nie kupilnym 10 filmow po 50.

          • patyczak

            Skoro nie ma legalnego piractwa to może należy uznać, że ściąganie filmów na własny użytek albo oglądanie ich na stronach typu kinomaniak to nie jest piractwo? Analogia z nie otrzymywaniem wypłaty przez zwykłego obywatela jest sugestywna ale czy prawdziwa? Dlaczego ściągnięcie ma się równać automatycznie stracie twórcy?

            To jest myślenie niedostosowane do dóbr wirtualnych. Jeżeli wyobrazimy sobie świat, w którym chleb się mnoży i pojawia na ulicach w tysiącach egzemplarzy, a każdy może go sobie podnieść, to czy piekarze mogą oskarżać ludzi za to, że przechodzień wziął sobie chleb?

            Jeżeli muzycy czy filmowcy czują się poszkodowani, to może fundamenty biznesu, którym się zajęli są wadliwe albo stały się już nieaktualne? Może muzycy powinni skupić się na zarabianiu koncertami, a filmowcy zmienić branżę albo wymyślić coś, żeby przyciągnąć widzów do kin? Albo po prostu zmniejszyć oczekiwane dochody (bo gdyby faktycznie ten interes był tak stratny, to już dawno by sam upadł.) W skrócie, muszą się dostosować, a nie walczyć z rzeczywistością. Bo demonizowanie piractwa za wszelką cenę jest pójściem na łatwiznę. Ostatnio chyba głośno było o jakimś badaniu, z którego wynikło, że ludzie ściągający filmy z neta, wydają na kulturę więcej pieniędzy niż Ci, którzy tego nie robią.

            No niestety, internet zmienił dużo rzeczy. Sporo zawodów i branż upadło, bo powstały nowe wynalazki. Może taki los pisany jest muzyce i kinie w takiej formie, w jakiej teraz je znamy? Jak coś się komuś nie opłaca, to może trzeba zacząć od siebie? Zamknąć interes albo coś zmienić. Jakbym sprzedawał wodę na Saharze i nagle zmieniłby się klimat, a pustynia zazieleniła się i pokryła jeziorami, to powinienem walczyć z naturą i przekonywać, że źli ludzie kradną wodę z nowo powstałych akwenów?

          • Krystian Juskowiak

            ” Analogia z nie otrzymywaniem wypłaty przez zwykłego obywatela jest
            sugestywna ale czy prawdziwa? Dlaczego ściągnięcie ma się równać
            automatycznie stracie twórcy?”

            Hmm…nie wiem, czy piractwo można nazwać kradzieżą, bo to faktycznie replika nośnika a nie faktyczny, legalny egzemplarz, który zabrany – nie jest już w posiadaniu właściciela (definicja kradzieży obejmuje fizyczną rzecz, więc znów niedostosowanie do dzisiejszych warunków).

            Na pewno jednak można powiedzieć, że na piractwie się nie zarabia. Dla mnie idealnym przykładem jest gra na Androida – Dead Trigger. Początkowo gra kosztowała w Google Play tylko 1 dolara (okolica 3.05zł na dziś). Niestety piractwo było jak powiedzieli deweloperzy tak „niewiarygodnie wysokie”, że byli zmuszeni po prostu oddać grę za darmo, rozwijając zamiennie mikropłatności tak, że bez nich niemal niemożliwe jest jakieś sensowne granie z rozwiniętym asortymentem. Czyli wniosek taki, że piractwo jednak szkodzi – bo odchodząc od definicji kradzieży, mamy egzemplarz czegoś_tam, ale co z tego, skoro nie było z tego pieniędzy. Więc skoro muzyka czy filmy są robione za pieniądze po to, aby było z tego jeszcze więcej pieniędzy, to proces piractwa wydaje się w jakimś stopniu szkodzić.

            Zgodzę się jednakże, że pewne metody dystrybucji, cen – nieco jeszcze siedzi tego wszystkiego jedną nogą w XX wieku. Rozwiązaniem miała być dystrybucja cyfrowa, odjęcie ceny pudełka, dystrybucji, czysta cena produktu, ale i to zawiodło, bo wersja cyfrowa kosztuje tyle samo albo czasem i więcej niż pudełkowa, ewentualnie grosze mniej. Ratunkiem są VOD, ale i to ma minusy (stały dostęp do internetu, brak zakupu na własność wyłącznie sam dostęp, nieszczególnie atrakcyjna oferta). Niemniej to i tak przegrało z żądzą piractwa :-) Piractwa wyeliminować się nie da, jedyny ratunek to atrakcyjna oferta i liczenie na tych, co legalni chcą być.

          • „Skoro nie ma legalnego piractwa to może należy uznać, że ściąganie filmów na własny użytek albo oglądanie ich na stronach typu kinomaniak to nie jest piractwo?”

            Ale to nie jest piractwo. Piractwo to udostępnianie dzieł, do których nie masz praw autorskich/licencji itd. Z cała resztą wywodu się zgadzam – nowa rzeczywistość WYMAGA dostsosowania się.

        • Mefisto

          Hmm, no tak, tylko, że artysta z reguły dostaje kasę w momencie otrzymania roli, napisania skryptu, podjęcia się reżyserii, etc. Reszta to jedynie tantiemy, które dostają tak czy siak z różnych względów oraz kasa dla producentów, którzy wyłożyli pieniądze na film wcześniej. To tak względem trafności porównania, zwłaszcza, że jeśli ktoś ukradnie bułkę ze sklepu, to też nie bije to po kieszeni piekarza, który zapłatę dostał za wypiek, tylko sprzedawcę. Jeszcze inną sprawą jest, że piractwo trudno porównać do kradzieży – jeśli kradniemy wspomnianą bułkę, to zacznie brakować jej w sklepie, podczas gdy piracony film to z reguły jedynie kopia/duplikat (często z początku nienajlepszej zresztą jakości), jaki nie sprawia, że nie można potem zakupić oryginału. Nie, żeby to miało jakoś usprawiedliwiać piracenie, niemniej o ile nikt na nim bespośrednio nie zarabia, to nie jest ono tak szkodliwe, jak przyszło się sądzić.

    • don jones

      Dzięki Artur za rozwiązanie problemu piractwa! Faktycznie proste. ;)

  • Michał

    Jedno ginie drugie powstaje filmy były i bedą ściągane zawsze :)

  • Mefisto

    „Wygodnie rozłożeni na kanapie czekajmy na nowe.” – mimowolnie mam przed oczami grubasków z Wall-E :) Jeszcze tylko sracz zamiast kanapy i gotowe :)

  • Negatywny

    Do przeznaczenia na kulturę mam powiedzmy jakąś tam ograniczoną pulę. Kiedy ją wydam, to już choćbym się zesrał więcej nie wydam ;) Jeśli wtedy ściągnę sobie jakiś film, to nikt na tym stratny nie jest, a potencjalnie można zyskać bo np. pierwsze 3 części fast and furious obejrzałem nielegalnie, a na kolejne już poszedłem do kina. Jedyny problem jaki tu widzę to trochę inne rozlokowanie możliwej do wydania kasy. Jakby piractwa nie bylo, to kupowałbym płyty z muzyką i filmami, ale nie chodziłbym do kina i na koncerty. Skoro płyty mogę ściągnąć, to cała kasa idzie na kino i koncerty. Nie wiem, jak się producentom rozkładają zyski z każdego rodzaju dystrybucji ale chyba dla wytwórni filmowych nie ma problemu kiedy kosztem sprzedaży płyt rośnie frekwencja w kinach, gożej pewnie z muzykami, bo trzeba zakasać rękawy i jechać w trasę :)
    Natomiast kompletnie nie rozumiem tego całego streemingowania, bitraty takie, że normalnie jakby się vhsa oglądało, chyba tylko jakieś nooby i dzieci neo na tym siedzą ;)

    • Czy ktoś zyska lub straci na piractwie, to trudno powiedzieć, bo nikt ani jednej ani drugiej tezy nie jest w stanie udowodnić, tym bardziej, że skala ściągania i strumieniowania nie podlega jakimś globalnym statystykom, tylko przypuszczeniom (bez zwracania uwagi na to, że.różnie to wygląda w wielu miejscach na świecie)
      Mam duży kłopot z taką argumentacją „nie stać mnie, ale i tak obejrzę”, bo z jednej strony to jawne naginanie prawa, oszukiwanie twórców i posiadaczy praw autorskich, a z drugiej to też okazja do poznawania filmu, czyli bezpośrednie uczestnictwo w kulturze, co jest nie do przecenienia. Dlatego prawa autorskie, sposób tworzenia, tworzywo i twórca również muszą ulec zmianie. Ale jak, gdzie? Kolejne pytanie, na które warto poszukać odpowiedzi :)

  • W dyskusji o piractwie powinno się rozważyć nadrzędne zagadnienie, które często jest pomijane: Czy dostęp do kultury (filmów, książek, gier) jest prawem, czy też wytwory kultury należy traktować jako towar, który można, ale nie trzeba konsumować? Jeżeli prawem, to liczne argumenty przemawiające za piractwem przybiorą zdecydowanie na sile. Ale jeśli kultura to tylko towar, biadolenie „Mnie nie stać na oryginalną DVD!” należy kwitować krótkim „To nie kupuj”.

    • Krystian Juskowiak

      A widzisz, tylko u większości ludzi, za tym „Mnie nie stać na oryginalną DVD!” nie idzie już „To nie kupuj”, tylko idzie „a ściągnę sobie”.

      • No tak, właśnie, bo traktują kulturę jako prawo, korzystanie z którego utrudniają im ci podli dystrybutorzy. Swoją drogą, dopiero co przeczytałem świetny artykuł Michaela Nielsena na temat dostępu do kultury:
        http://michaelnielsen.org/blog/intellectual-property-automated-contracts-and-the-free-flow-of-information/
        Po angielsku, może nie wybitnie odkrywczy, ale bardzo klarownie porządkuje pewne pojęcia i wprowadza kluczowe rozróżnienie na „dystrybuowanie” (producenci) i „organizowanie” (Google, iTunes, Netflix) treści kulturowych.

    • Andriej

      Wzruszają mnie ci internetowi rycerze i strażnicy prawości, najbardziej obłudni i zakłamani ze wszystkich. Mam różnych znajomych, biedniejszych i zamożniejszych, a piracą co popadnie WSZYSCY z nich. To pieprzenie o „nie stać cię, nie kupuj(ale i nie ściągaj)” dobre jest dla gimbusów, którzy nie zauważyli, że takie wątki w dyskusji o piractwie przeminęły lata temu. Stać mnie na DVD, Blu-Ray, stać mnie na bilet do kina(zatem czasem chodzę), ale podobnie jak moi znajomi ciągnę stuff z torrentów niczym turbopompa, BO MI TAK WYGODNIE. Na szczęście nie jestem zakłamanym pozerem jak panowie Borys i Krystian, którym pisanie bzdur najwyraźniej poprawia samoocenę, ew. jest formą hipsterstwa LoL. Okej, pora skoczyć do PirateBay, bo są już BR-wersje drugiego „Hunger Games”, cmoknijcie mnie wiadomo gdzie!

      • Krystian Juskowiak

        Zakłamany lub i nie – mam na półce oryginały, system legalny, PS2 i PS3 nieprzerobione (choć ceny gier PS3 nieco bolą, dlatego PS2 nadal w użyciu). Może mi wpaść kontrola i niewiele zdziałają. Nie zarabiam kroci, dlatego czasem muszę oszczędzić na coś parę miesięcy. Widocznie taki mam kręgosłup moralny, ale nie każdy musi taki mieć. Z tym, że ja nie rzucam się na nowości, bo mało mnie one interesują – w supermarketach idzie czasem w promocji wyłowić z kosza jakiś dobry film za 5-20zł. Majątek to nie jest, a i kiedyś od razu po wypłacie kupowałem 1 film, który chciałem obejrzeć – co miesiąc po jednym. Ale przyznam jedno – Ty z dysku pliki możesz usunąć, a mnie filmy muszą stać na półce i zajmować miejsce :-) Aktualnie zbieram na komputer Apple’a za 4000zł, widocznie tu też jestem głupi, bo przecież mogę iść do jakiegoś salonu albo zajumać go komuś i będzie szybciej ;-) Wolę wydać 5zł na film sprzed paru lat DVD, niż zasysać torrentami i trafić na podsłuchiwanego przez policję trackera (że niby się nie zdarza? a zdarza właśnie). A jeśli miałbym już szukać nowości, to najszybciej szukałbym osadzonego gdzieś filmu niczym na YouTube – play i oglądam, niż zasysać i zostawiać po internecie swoje IP za sobą.

        A mnie będzie wygodniej, jak wbiję się do Ciebie i „pożyczę” sobie parę sprzętów, bo nie chce mi się kupować – pasuje? ;-)

        • Andriej

          Daruj sobie demagogię o „pożyczaniu” ode mnie sprzętu, bo jest to równie śmieszne co idiotyczne. Piracenie dóbr cyfrowych jest bliżej mechanizmu „wypróbuj przed zakupem” niż złodziejstwa, ale patrząc na to co piszesz, wątpię by to do ciebie dotarło (Choć z drugiej strony czego się spodziewać od kogoś, kto chce wydać 4 koła na sprzęt Apple’a? LoL). BTW Piracę rzeczy od 12 lat, a takie problemy te, które wymieniłeś może mieć jakiś młot, któremu dopiero podłączyli internet, więc nie ośmieszaj się Panie „kręgosłup moralny”. Stereotypowy przykład białego internetowego rycerza – przynajmniej Borys okazał się być osobą trzeźwo myślącą…

          • Krystian Juskowiak

            „Piracenie dóbr cyfrowych jest bliżej mechanizmu „wypróbuj przed zakupem” niż złodziejstwa,”

            Wiesz co – to o czym piszesz, w psychologii nazywa się „projekcją”. Świetną wizję stworzyłeś i widać projekcję, w którą uwierzyłeś (zniekształcenie rzeczywistości) :)

            Cieszę się zatem z bycia młotkiem niż internetowym kozakiem :-) W społeczeństwie były, są i będą zawsze dwie grupy – takie, które zawsze będą chciały komuś wpier****ć po 6zł na winiacza lub ukraść auto oraz tacy, którzy będą chapać w pocie czoła aż wreszcie na coś będzie ich stać. Różni ludzie, różne potrzeby, różne metodologie myślenia. Z Twoim typem się nie wygra, dlatego takie dyskusje w sieci sa jałowe i bezowocne.

        • kukuciumka

          nie podniecaj się, bo płacąc 2x drożej niż na zachodzie dostajesz poobcinane wersje (często nawet bez kinowego formatu cinemascope tylko nędzną telewizyjną panoramę 16/9), brak dodatków, obciętą ścieżkę audio i znacznie gorszą jakość obrazu w stosunku do zagranicznych wydań. w tym kraju nie takiego – uczciwie płacę za uczciwy towar. Płacisz uczciwie (więcej niż znacznie bogatsze kraje), a dostajesz najczęściej TREFNY, OSZUKAŃCZY TOWAR. przemyśl to biały rycerzu

      • Rozmawianie o tym, co robię ja i co robisz Ty mija się z celem, bo obaj jesteśmy dla siebie tylko „anonimowymi łosiami” z internetów. Ja nie aspiruję bynajmniej do miana strażnika prawości i nie mam pretensji do ludzi, którzy piracą. Uważam tylko, że kultura nie jest wcale prawem (w szczególności pop-kultura), ale właśnie towarem, i piracenie (w szczególności „na turbopompę”) stanowi niefortunne zjawisko społeczne. O, coś jak niesprzątanie po swoim psie. Jeżeli Ty nie posprzątasz po swoim, to przecież świat się nie zawali, zresztą g…o jest biodegradalne – lecz niesmak pozostaje.

        • Andriej

          Na zachód od nas pewnego rodzaju kulturowym uwarunkowaniem jest „spiraciłeś – wyprobowałeś – kup!”, nawet crackerzy i uploaderzy zapisują takie prosby w plikach dołączonych do spiraconych kopii. Tak się też dzieje – ludzie często piracą (choć mimo wszystko mniej niż u nas), ale potem kupują, czasem po obniżce, ale płacą (ewentualnie kupują i crackują, żeby uniknąć takich przygód jak Origin od EA).
          Jeśli chodzi o nas… Cóż, lubimy cwaniakować, JA sam do tego jestem jeszcze egoistyczny i skąpy, więc nie ma co się oszukiwać, he he.
          Są jeszcze tacy jak Krystian, bigoteryjnie próbujący wywyższać się ponad plebs pisząc bzdury w internecie, na swoim komputerze z pirackim Windowsem i pewnie też antywirusem, licząc że ktoś potraktuje ich poważnie jak powiedzą że rzekomo kupują coś drogiego i hipsterskiego…

          • Krystian Juskowiak

            Mylisz się, nie używam Windows :-) Pisząc „takie” rzeczy w internecie o których wspominasz, a które napisałem, trzeba liczyć z tym, że zawsze znajdzie się paru „mądrych”, którzy będą z kompletnie przeciwnej strony, więc w niczym mnie nie zaskoczyłeś – bardziej byłbym zaskoczony, gdyby w komentarzach nie pojawił się nikt z poglądami takimi jak Twoje :-)

            No i jeśli dla Ciebie kupno komputera, którego system siedzi w Unix’ie, a który jest idealnie zgrany ze sprzętem, przez co nawet słabsza konfiguracja potrafi być wydajniejsza i stabilniejsza niż nieco lepsza na Windows, to rzeczywiście – lepiej wróć do piracenia, bo ja mam ideologię Apple i hipsterstwo gdzieś ;-) Za Hackintosha podziękuję – zbyt wielka losowość a cenię swój czas i pół-działający sysem jak Windows mnie nie interesuje :-) Dziękuję, end of topic ;-)

  • shamazama

    Jest jeszcze jedno pytanie – dlaczego kupując czystą płytę czy nagrywarkę – już płacisz „podatek” na organizacje praw autorskich. Kupił czystą płytę więc „potencjalny pirat”?

    • Krystian Juskowiak

      Hasła klucze to patenty, własności intelektualne, tantiemy. Niemniej cena pustego DVD to około 69gr (co ciekawe, czysta płyta CD potrafi być droższa już czasem), także nie warto się nad tym zastanawiać :-)

      • shamar

        Warto bo to dotyczy opłacania praw autorskich.
        Zbyt niewygodne? Bo najwyraźniej ktoś nie lubi się przyznawać, że już ciągnie profity ale lubi krzyczeć o jeszcze większych. Ostatnio ukazał się artykuł mówiący, że „organizacje autorskie” chcą zwiększenia swojego kawałka tortu. Na telewizory, nagrywarki ale także wprowadzenia go na komórki, tablety itd.

  • janko

    Może i jestem oldschoolowcem, ale mi wystarczy kino, TV i DVD i nie czuję się gorszy. A mająć Canal+ czy HBO na premiery czeka się jeszcze krócej, co jak co ale cierpliwość, szczególnie u nas gdzie sie tak długo czeka w kolejce do lekarza, nikomu nie zaszkodzi:)

    • mistrz deskorolki

      i oglądasz na tym żałosnym canal+ filmy bliżej jakością do VHS niż HD oraz obcięte z formatu kinowego to 16?9 niczym dla gawiedzi i motłochu. wszystkim „oryginalnym” proponuję popukać się po głowie, w tym kraju płaci się drożej niż na zachodzie, a dostaje 10x uboższe wersje wszystkiego, np. poobcinane filmy blu-ray, bez dodatków, z gorszą jakością obrazu. no ale dajcie się dalej dymać

      • janko

        Ja akurat nie mam C+ i HBO, zwykła kablówka z dobrymi kanałami mi wystarczy (Tvp kultura ale kino rządzi). A z tą jakością w C+ przesadzasz, ogladałem kiedyś i wszystko było w porządku. A DVD kupuję rzadko, ale naprawdę dobre wydania dobrych bardzo filmów, ceny rzeczywiście są drogie, to mozna znaleźć dobre okazje jak się chce.

  • Korzystałam z netflixa i jest to idealne rozwiązanie. wierzę, że w przeciągu kilku lat totalnie zdominuje ten rynek. chętnie wykupię taki abonament o ile będzie dostępny w Polsce.

  • Adrian

    Kiedy czytam komentarze w stylu „filmy/gry/muzyka nie są artykułami pierwszej potrzeby” to niedobrze mi się robi. Tak się składa, że mieszkam obecnie w UK. Jestem takim samym człowiekiem niezależnie od tego czy mieszkam w Polsce czy w Anglii z tą różnicą że tam mnie stać na dobra kulturowe. Powiem więcej. W Polsce żyje dużo osób z wyższym wykształceniem, którzy mają większe potrzeby dóbr kulturowych. Do czego zmierzam?

    W naszym kraju mamy taką mentalność władz, żeby zabrać albo ograniczyć dostęp do kultury, której każdy człowiek średnio wykształcony potrzebuje. Skoro jeść mamy i srać też mamy gdzie, skoro pracę mamy jaką mamy ale pracujemy i kurwa chcielibyśmy tej kultury to czemu mamy jej nie mieć?

    Fakt jest taki, że polskie prawo w tym zakresie bardzo mocno kuleje i trzeba je poprawić. Znając życie będzie poprawione (jeśli w ogóle będzie) tak, że jeszcze bardziej będziemy ograniczeni. Już teraz zdażają się takie idiotyzmy że w supermarketach widnieją kartki „radio gra tylko dla pracowników a nie klientów sklepu”.

    Jeśli chodzi o cyfrową dystrubucję to w przypadku gier nie jest to takie proste. Mianowicie jeśli ceny gier bez nośnika będą mniejsze od pudełkowych to nikt nie będzie kupował w marketach. Skoro w marketach nikt nie będzie kupował gier to po co sprzedawać konsole. Skoro nie będzie dystrubucji konsol to nikt nie będzie kupował bez pidełka. Tutaj mamy pewną zależność dzięki której handel w tradycyjnej formie musi trwać.

    Producenci wychodzą z założenia: jeśli czegoś nie przeskoczysz to to obejdź. Gry przeszły na model free-to-play. HBO wyrobiło sobie serialową renomę i zarabia na tym pieniądze bez pośredników. Moim zdaniem dystrubucja kultury w tradycyjnej formie długo nie pociągnie. Trzeba trafić do klienta innym spsoobem aby nie być uzależnionym od innych potencjalnych nabijac kosztów.

  • dillinger79

    Jedna zasadnicza kwestia.
    Niemcy, premiera nowego filmu na blu-ray – koszt w sklepie typu Tesco, w granicach 12-16 ojro za nową kopię.
    Polska, premiera nowego filmu na blu-ray – koszt w sklepie typu MM, w granicach 120 zł i więcej za nową kopię.

    Średnie, przeciętne zarobki w Niemczech na miesiąc to około 2000 euro.
    Średnie, przeciętne zarobki w Polsce na miesiąc to około 1600 zł.
    Wnioski tak oczywiste, że aż nie trzeba o nich pisać.

    Lubię kupić sobie nowy film, nową książkę czy muzykę, którą uwielbiam. Posiadam ponad 650 płyt cd, ze 100 filmów na dvd i blu-ray, ale choćbym chciał to nie stać mnie na kupno wszystkiego na tzw. oryginałach. Nie da się i tyle. Urealnijcie ceny o których pisałem powyżej to nie będzie problemu.

    • 120 zł? Już od jakiegoś czasu standardem za nowość jest przedział 70-90 zł (zależnie od tytułu i dystrybutora). Ja nie narzekam, bo nikt mnie do kupowania nowości nie zmusza. Cierpliwie czekam na promocje i cieszę się filmami Blu-ray za 30, 35 zł.

  • Czytam tak sobie komentarze i widzę że dalej pokutuje mit o jakichś kontrolach, nalotach i co tam jeszcze. Nieznajomość polskiego prawa też wychodzi na jaw, bo dopóki samemu się nie rozpowszechnia można ściągać do woli. (choć jeśli się nie mylę nie dotyczy to oprogramowania, ale już muzyki i filmów owszem)

    • Andriej

      Powiedz to panu Krystianowi, który robi w gacie przed policyjnymi trackerami na PirateBay, hahaha

      • Krystian Juskowiak

        Nie korzystam = nie muszę się martwić. Prędzej wolałbym JDownloader lub P2M i się nie martwić, czy 0KB/s zależnie od programu torrentowego blokuje wysyłanie na zero, czy uznaje jako unlimited :-) Pewnie, można się bawić jeszcze w blokowanie portów, reguły i robić z komputera fortecę. Ja akurat widywałem audyty oprogramowania w Poznańskich akademikach, wprawdzie nie jako student, lecz sam byłem świadkiem jednej z nich będąc u znajomego w akademiku. Powód? ISP nie będzie świecił oczami, więc odesłał na audyty do akademików, z których to ruch pochodził. Niejeden musiał zdrowo się tłumaczyć. Także te słynne „naloty”, wcale nie są taką zmyśloną urban legend. I rzekomo jest jeszcze witryna jak http://www.naloty.pl/

        Ale – aby dyskutować, trzeba też dopuszczać pewne argumenty a nie zaginać rzeczywistość ;-)

        • Negatywny

          5 lat mieszkałem w akademiku i nigdy nalotu żadnego nie było. Raz były ploty, że będzie, to przez dwa dni chowaliśmy dyski twarde a komputery niby działały na bootującym z CD linuxie :)
          Nic się jednak nigdy nie stało, co oczywiście nie znaczy, że się nie dzieje. Z akademikami jest ten problem, że łatwo wpaść pod byle pretekstem i wiadomo, że coś się zawsze znajdzie, więc jak trzeba to jest pewna metoda na podreperowanie statystyk. Inna kwesta, że w akademikach zawsze stoją jakieś wewnętrzne serwery wymiany plików (DC), które też czasami rozszerzają swoją działalność poza akademiki i wtedy właściciel takiego serwera to już prawdziwa gruba ryba dla stróżów prawa ;)
          Inna śmieszna sytuacja jest taka, że uczelnia wymaga na studencie kożystania z drogiego oprogramowania, którego za moich czasuw w żaden sposób sama nie udostępniała. Ludzie muszą robić projekty w cadzie, programach obliczeniowych, graficznych itd. które kosztują grube tysiące. Rzyczę każdemu, żeby go było stać je legalnie kupić żeby sobie parę projektów na studiach zrobić.
          Inna kwestia, nie wiem jak się ludziom teraz żyje, ale ja w czasach studiów miałem miesięcznie do dyspozycji 800 zł z czego zostawało mi ze 150 zł które mogłem przeznaczyć na kulturę. Przejście na studia zaoczne i pracowanie nie wchodziło w grę bo zarobić można było 1200 zł, a po odliczeniu kosztów zaocznego studiowania wcale nie wychodziło się na plus. A mówiąc na kulturę mam na myśli takoż pójście z dziewczyną na browar jak i kupienie sobie np. komputera (półtora roku oszczędzania każdej złotówki). Niech mi ktoś wytłumaczy w jaki sposób ktokolwiek traci kiedy taka osoba coś ściągnie?
          Ostatnio miałem problemy z routerem więc wydzwaniałem do supportu UPC, a tam mi koleżka w pierwszej kolejności mówi, czy ja mam świadomość, że pobrałem 50 GB w ciągu ostatniej doby, że niby może ktoś mi schakował kompa. Żem się uśmiał i mówie do typa, no 3 filmy tylko pobrałem, a wy tam myślicie, że łącze 60 Mb/s to do wysyłania poczty ludzie biorą? ;)






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

#110 LOST - Zagubieni

Następny tekst

Ucieczka z Nowego Jorku - alternatywny początek



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE