Dredd a sprawa polska | FILM.ORG.PL

Dredd a sprawa polska








Rafał Donica
09.10.2012


 

Otrzepując się z kurzu po wysokooktanowym seansie „Dredda" wpadła mi do głowy przerażająca myśl. Żyjemy w kraju, w którym taki film nie mógłby powstać z przynajmniej miliona powodów, a efekty wizualne, do których pięt nie dorastamy, wydają się stanowić najmniejszy problem.

Scenariusz „Dredda” ma konstrukcję cepa, ale takiego, który robi piorunujące wrażenie jak ktoś nim sprawnie macha. Ekspozycja ogranicza się do ekspresowego przedstawienia miejsca akcji oraz bohatera, bez wnikania w detale i tracenia czasu na dialogi. Przekaz jest prosty jak drut: „Miasto przyszłości, źle się dzieje, sędziowie – napierdalać!”(*). Tyle wystarcza, aby fabuła od pierwszej do ostatniej sekundy trzymała widza za uzdę nie dając chwili wytchnienia.

Brytyjczycy skubnęli (choć podobieństwa to może przypadek, wszak mówią, że nie skubnęli) pomysł wyjściowy z azjatyckiego „The Raid”, ale to nic, bo jeśli na kanwie tego samego pomysłu powstaje wersja lepsza o długość drogi mlecznej od „oryginału”, to jestem, cholera, za! „Dredd”, może nieświadomie, bierze z „The Raid” wszystko co najlepsze, eliminując wszystkie babole popełnione przez Azjatów. W brytyjskim akcyjniaku postaci nie rzucają nagle karabinów na podłogę i nie mierzą się jeden vs. drugi na gołe klaty i gumowe noże. Tu każdy trzyma spluwę w łapie do końca i nie odpuszcza, nie ma honorowych potyczek, nie ma kozakowania, wszyscy chcą zabić i wszyscy przeżyć. Nawet dobroduszny jak się zdaje dozorca, zapowiadający się na oczywistego pomocnika Dredda i Anderson, dba tylko o własny tyłek i nie otwiera naszym bohaterom drzwi. Fuck Yeah! – chce się zakrzyknąć w takich momentach z życia wziętych. Nic po sznurku, wszystko na przekór standardom i przyzwyczajeniom widzów.

 

Główny bohater, redefiniujący pojęcie stoickiego spokoju, to już w ogóle inna galaktyka. Przez cały film spod przyłbicy widzimy tylko kawałek jego porośniętej trzydniową szczeciną facjaty, o którą można zapalać zapałki, ale to kawałek wyrażający wszystko to, co gęba zabijaki wyrażać powinna. Oczy okazały się zbędnym środkiem wyrazu. Dredd Karla Urbana (czyżby rola życia pod przykrywką?) to bezkompromisowy twardziel-służbista. I choć te dwa słowa zdają się wykluczać, z ich konglomeratu powstaje najbardziej bezlitosny madafaka w dziejach kina akcji. Pieczętuje to scena, gdy sędzia-twardziel wychodzi z dymu, bez słowa rzuca martwego(**) bandziora sto pięter w dół, odwraca się i odchodzi, komunikując niewerbalnie pewnej siebie Ma-Mie (kapitalna Lena Headey), że to nie on wlazł do nieodpowiedniego pomieszczenia, lecz że to oni zamknęli u siebie nieodpowiedniego gościa. I to szorstkie, męskie zakończenie. Żadnego zdejmowania hełmu, pokazywania twarzy, wzniosłego pitu-pitu czy buzi-buzi z Anderson. Żółtodziób zdał egzamin, sorry, że tak długo to trwało, odsuń się, jadę na miasto szukać kolejnego ścierwa do osądzenia… Karl Urban kawałkiem nosa i ustami wygrywa większą charyzmę niż cały Bruce Willis w „Die Hard 4.0” i jest tak konkretnym zawodnikiem, że w cieniu jego zajebistości stoi nawet Stallone z całą ekipą swoich „Niezniszczalnych 2” i ich czerstwymi one-linerami.  

 

No dobra, ale dlaczego taki film jak „Dredd” nie mógłby powstać w Polsce?

 

Przecież rodzimi scenarzyści potrafią wymyślać i pisać scenariusze, to i taki, nie za bogaty przecież w treść, choć przy tym angażujący emocje actioner mogliby skrobnąć. No właśnie, potrafią, mogliby, dlaczego więc nikt w tym kraju nie ma jaj, żeby napisać taką banalnie brutalną i niepoprawną politycznie postać jak Dredd i taki naładowany adrenaliną skrypt jak „Dredd”?  

 

Pewnie dlatego, że polski Sędzia Dredd, nawet w Polsce przyszłości, nie mógłby zaistnieć. Przede wszystkim łamałby ustawę przeciwdziałającą zakrywaniu twarzy w miejscach zgromadzeń publicznych. Jeśli już pokonałby problemy proceduralne dotyczące hełmu, chodząc przez pierwsze 40 minut filmu od urzędu do urzędu i od okienka do okienka, natrafiłby na kolejną, usankcjonowaną polskim prawem przeszkodę. Zamiast krzyczeć za bandytą, że „Prawo to ja!”, to znaczy on, musiałby wydzierać się „Stać policja”, „Stać, bo strzelam” i wreszcie „Przepraszam, że strzelam!”, oddając strzał ostrzegawczy w powietrze, w ziemię lub ścianę. Jeśli drań, pomimo tak ostrego i zdecydowanego działania dalej ucieka, to należy dogonić, obalić, a przy tym uważać by podejrzany łokci ni kolan nie pościerał, bo zaskarży o brutalność organów ścigania i dupa zbita, koniec filmu. O ile polskiemu Dreddowi nie skończy się amunicja i cierpliwość przy pierwszym Bad-guyu, akcja jakimś cudem się może zawiąże, choć nie ma co liczyć na stosy trupów czy krew lejącą się z szatkowanych kulami ciał.  

Załóżmy jednak, że polski Dredd wzorem brytyjskiego, zrobił siekierezadę („Strzeliłem, uważaj, kula, ups, sorry…”) i nakarmił przeciwników ołowiem, i co teraz? Ano tłumaczenie przed przełożonymi, że ostrzegawczy strzał w powietrze trafił w głowę i że drań sam się potknął i wyleciał gapa przez barierkę sto pięter w dół. Następnie rozliczanie się z każdej wystrzelonej kuli, odpieranie oskarżeń sąsiadów zabitych dealerów, bo „to byli tacy uczynni, młodzi ludzie, śmieci pomogli wynieść, dzień dobry powiedzieli”, a on wziął i wystrzelał ich jak kaczki, bo raz w życiu, wieeelka sprawa, zdarzyło im się wyciągnąć broń na stróża prawa. Przecież do tej pory byli niekarani, więc jednego człowieka przysługiwało im zastrzelić bez większych konsekwencji…  

Tak w ogóle, żeby zrobić pełnokrwistego „Dredda" w polskich realiach, musiałby to chyba być serial – w pilocie Sędzia narobiłby bałaganu, a przez kolejnych pięć sezonów siedziałby na zmianę za biurkiem i na sali sądowej, tłumacząc się z tego co zrobił. Szósty sezon to już koleś z wyhodowanym od papierkowej roboty brzuchalem i odsiadka, no i samobójstwo w celi z okrzykiem „nie wieszajcie mnie!” na ustach. Taki to mógłby być polski Dredd, jakby w ogóle był. Polski dramat o skrzywdzonym przez system policjancie. Jeśli jakimś cudem powstałby taki film, powinien obowiązkowo być ekranizacją lektury, a akcja dziać się na Śląsku. W dobrym tonie byłoby, gdyby Dredd wywodził się z rodziny górniczej w trudnej sytuacji finansowej, dziadek jego pamiętałby Katyń, a cały obrazek opierałby się na ukochanej przez naszych filmowców narodowej martyrologii, rozliczałby się z PRL-em i zahaczał przynajmniej o jeden nieudany zryw narodowy.  

 

Polacy nie potrafią nakręcić trzech rzeczy: strzelaniny, sceny łóżkowej i sceny w dyskotece. 

 

Zerknijcie sobie na akcje w „Hansie Klossie” czy „Weekendzie”. To prawdziwy koszmar nie tylko dramaturgiczny i realizacyjny, ale i efektowy. Jak można wkleić do filmu eksplozję z Painta? Jak im nie wstyd? Slow-motion w polskich filmach to temat na oddzielny wpis. Używane jest w nich w sposób niewolniczo odtwórczy względem Hollywood. Ślepe naśladownictwo bez krztyny pomyślunku, ot wstawmy tu, tu i tu zwolnione tempo, widzom się spodoba, chwilę sobie odpoczną od szybkiej akcji, siorbną Coli i umoczą Naczos w keczapie bez gubienia wątku.  

W tym miejscu wrócę na chwilę do pełnego przemocy „Dredda”, który przekornie, w samym centrum mega-rzeźni oferuje nam najbardziej klimatyczne i wizualnie dopieszczone slow-mo w historii kina, takie, przy którym Zack Snyder robi pod siebie z zazdrości. W dodatku te cud-miód niemal baśniowe wstawki ilustrujące odjazd po narkotyku, dotyczą nie Calineczki, a czarnych charakterów, tak czarnych, że swoje ofiary obdzierają żywcem ze skóry i fundują darmowy przelot na trasie „setne piętro – podłoga”.

Nie potrafimy, nie umiemy czy boimy się robić takie zajebiste, odważne kino? Mamy przecież pieniądze na kinematografię z PISFu – no tak, te idą na freski rozliczeniowe, misyjne bądź lekturowe, o biedzie lub wojnie. Mamy genialnych autorów zdjęć – no tak, wszyscy siedzą w Stanach i trzepią genialne kadry dla Spielberga i innych. Mamy niebanalnych twórców efektów specjalnych – wszyscy kojarzą Tomasza Bagińskiego (tkwi on uparcie w krótkim metrażu), ale zerknijcie tylko przy czym maczał palce inny nasz rodak Jakub Grygier:

Oprócz zdarzających się raz na jakiś czas perełek („Sala samobójców”, „Wojna polsko-ruska”) nie potrafimy wyrwać się poza siermiężną, bezpieczną formę. Nie potrafimy zaszaleć obrazem ani dźwiękiem – w tym drugim przypadku i tak trzeba się cieszyć, gdy podczas oglądania polskiej produkcji nie musimy się dopytywać osoby siedzącej obok: „Hę, co on powiedział?”.  

Potrafimy za to taśmowo robić mega-produkcje historyczne z Nataszą, która pomyliła CKM-y (if You know what I mean ;), fatalną batalistyką i Danielem Olbrychskim w pakiecie z Borysem Szycem w obsadzie. Bo nasi reżyserzy nie przyjmują do wiadomości, że dobre kino historyczne z dobrą batalistyką zaczęło się i skończyło na „Potopie” i żadne 3D ani chaos montażowy nie zatuszuje partactwa. No i ciągle łoimy „Najbardziej oczekiwane filmy roku”, „Filmy dekady” i „Najbardziej oczekiwane komedie roku”, na które nie czeka nikt poza pomysłodawcami tych wypranych z oryginalności sloganów. Choć akurat w tym drugim przypadku, po łomocie, jaki zafundowali tfurcom komedii „Kac Wawa” Tomasz Raczek, internauci oraz każda instancja krytyki filmowej na tym globie, ilość najbardziej oczekiwanych komedii roku na jeden miesiąc kalendarzowy, jakby trochę spadła.

I właśnie z wyżej wymienionych, podanych może w nieco roztrzepany sposób powodów, w Polsce nie mógłby powstać tak świetnie zrealizowany, bezkompromisowy, krwawy i idący pod prąd „Dredd”. A jedyny sędzia, jaki może bez problemu zaistnieć na rodzimych ekranach, to wciąż Sędzia Anna Maria Wesołowska.

 

 

* – to nie wulgaryzm, to cytat z „Kapitana Bomby”

** – Ciuniek zwrócił mi uwagę, że ten bandyta nie był jeszcze martwy, gdy Dredd nim rzucał, ale ja uważam, że oni wszyscy byli martwi już w momencie, gdy za Dreddem zatrzasnęły się drzwi budynku…

Rafał Donica

Rafał Donica

Rocznik 77, od chwili obejrzenia „Łowcy androidów” pasjonat kina (uwielbia „Akirę”, „Drive” i niedocenioną „Nienawistną ósemkę”). Miłośnik Szekspira, Lema i literatury rosyjskiej (Bułhakow, Tołstoj i Dostojewski ponad wszystko). Ukończył studia w Wyższej Szkole Dziennikarstwa im. Melchiora Wańkowicza w Warszawie na kierunku realizacji filmowo-telewizyjnej. Od seansu „Frankensteina” Jamesa Whale'a – niepoprawny wielbiciel postaci monstrum. Założyciel i w latach 1999 – 2012 redaktor naczelny portalu FILM.ORG.PL. Wieloletni współpracownik miesięczników CINEMA oraz FILM, publikował w Newsweek Polska, CKM i kwartalniku LŚNIENIE.
Prowadzi blog tematyczny poświęcony klasycznym monster-movies: cinemafrankenstein.blogspot.com
Rafał Donica

Rafał Donica - ostatnie teksty: (zobacz wszystkie)







  • Szuran

    Brytole nie skubnęli pomysłu z The Raid, bo produkcja Dredda zaczęła się przed rozpoczęciem produkcji The Raid.:)

  • Entratmer

    Wreszcie… Na takie wpisy czekałem! Nic dodać, nic ująć i wreszcie delikatny temat braku polskiego kina został poruszony. Delikatny, bo jak ktoś powie, że rodzimy film to gówno jest od razu hejterem i antypatriotą według polskich, ciężko pracujących, filmowców.

    • Koleś

      Rzeczywiście, warto było czekać na ten wpis. Nigdzie w sieci nie da znaleźć się narzekania na bylejakość polskiego kina. Nie mogę się doczekać kiedy autorowi znowu zdarzy się obejrzeć dobry film zza granicy, bo to chyba główny impuls to krytykowania polskiego kina. Retoryka 50 prawd nie pozwala mi traktować tego wpisu inaczej niż trollowanie. Bo powód do napieprzania na złe polskie filmy (są też dobre, ale o nich już nie lubimy mówić) zawsze się znajdzie, np. obejrzenie dobrego zagranicznego filmu. „DLACZEGO ON NIE POWSTAŁ U NAS?” pyta autor i podaje „milion” powodów, które już znamy od dawna. A ja się pytam czy autor rzeczywiście chciałby żeby coś takiego u nas powstało? Dobry polski film mógłby zachwiać fundamentami polskiego światka krytyki filmowej, na której zbudowano dość solidną konstrukcję mówiącą, że polskie kino jest złe. Dlatego lepiej zawsze pamiętać o „Bitwie Warszawskiej” i „Kac-Wawa”, lepiej zawsze trzymać je w kieszeni gdyby napatoczył się ktoś, komu koniecznie trzeba wyjaśnić, że się myli co do polskiego kina. A gdy już głosy „krytyki” krytyki umilkną, warto obejrzeć jakiś zagraniczny film i napisać, że jest lepszy od „Kac-Wawy”, tak na wszelki wypadek, gdyby ktoś zapomniał.

      • Scarlet Pumpernickel

        Pytanie tylko, jaki jest stosunek filmów dobrych do tych złych i cholernie złych? Na deser teoria o „chwianiu fundamentów”…taaa, bo jak nagle „nasi” zaczą kręcić dobre kino gatunkowe, to nie pozostanie nam nic innego niż porzucić krytykę i zacząć pisać o historii bieżników w oponach Stomil :) Bądźmy poważni – nie wierze, że ja to mówie :)

        • Koleś

          Szczerze? Nie obchodzi mnie jaki jest stosunek dobrych filmów do złych. Staram się oglądać dobre, a unikać złych, przynajmniej w mojej ocenie. Tych pierwszych ostatnimi czasy znajduję trochę więcej, ale to ja, ktoś inny może inaczej to oceniać. Kina gatunkowego nie było w Polsce NIGDY, a porywam się tutaj na Caps Locka nie bez powodu, my na prawdę NIGDY nie mieliśmy (i pewnie jeszcze długo nie będziemy mieć) kina gatunkowego z prawdziwego zdarzenia. Tym bardziej jest dla mnie zastanawiające pytanie dlaczego Dredd nie powstał w Polsce. Właśnie dlatego, nie mamy kina gatunkowego i chyba próżno oczekiwać, że nagle ni z gruszki ni z pietruszki ktoś wystrzeli arcydzieło SF w Polsce. Ja na serio rozumiem napieprzanie na polskie kino, choć sam staram się tego nie robić. Ja wiem, że robimy gnioty światowej klasy i promujemy je na cholera wie jakie wydarzenie. I nawet jeżeli słyszę po raz setny przy okazji premiery kolejnego niewypału, że polska kinematografia jest do bani, to po prostu spuszczam głowę i mówię „no racja”. Ale napierdalanie na polskie kino dlatego że podobał mi się nowy Dredd uważam za przegięcie, złośliwość i czepialstwo.

          • Rafał Donica

            U podłoża tego wpisu leży mocno naciągana teza, postawiona po to, żeby wbić, i owszem, szpilkę w polskie, nieudolne kino akcji, ale przede wszystkim potrzebowałem fundamentu pod zabawny tekst, który poprawi humor tym czytelnikom, którzy na czas lektury odstawią kij z tyłka w kąt. Dużą częśc mojego wpisu należy traktować z przymrużeniem oka (choć w sumie niczego nie wypaczam ani nie wyolbrzymiam) ale nie będę dla ponuraków oznaczał tych fragmentów płonącymi flarami ;). A tak w ogóle to w Polsce można dobrze zrobić film – wspomniałem przecież w tekście o „Wojnie polsko-ruskiej” i „Sali samobójców” – obydwa tytuły znalazły się w moim TOP 5 za ubiegłe lata. W dodatku mam odwagę publicznie powiedzieć, że podobał mi się odsądzany od czci i wiary film p. Białowąs pod tytułem „Big Love” ;) Proszę nie traktować mnie jako przeciwnika polskiego kina, lecz jako przeciwnika źle zrobionego polskiego kina. A doczepianie się do mojego tekstu słowami: „Napierdalanie na polskie kino dlatego że podobał mi się nowy Dredd uważam za przegięcie, złożliwość i czepialstwo” potraktuję jak próby obalania moich prawd absolutnych i tłumaczenie mi, że „przecież Batman nie zabija” ;p

          • Koleś

            Traktuj je jak chcesz. Nie staram się obalać żadnych prawd, po prostu mówię co myślę o Twoim wpisie. Niestety najwyraźniej kij w mojej ponurej dupie jest wbity tak głęboko, że mam problemy z przełykaniem, bo nie uważam tekstu za zabawny, ani mi specjalnie nie poprawił humoru. A pisanie tekstów typu „proszę traktować mnie jako przeciwnika źle zrobionego polskiego kina” jest na prawdę śmiechu warte. Jeżeli tak rzeczywiście jest, to nie masz się co martwić, bo złe polskie kino będzie zawsze, tak samo jak złe amerykańskie kino i złe czeskie kino. I niezależnie od tego ile razy w Polsce zrobi się dobry film (nawet lepszy od Dredda) możesz byś spokojny. Zawsze znajdzie się jakiś zły film, na który będziesz mógł ponarzekać. Gwarantuję. Pytanie tylko, po co?

          • Scarlet Pumpernickel

            KIna gatunkowego nie było, ale filmy powstawały i to filmy bardzo dobre (Psy, Rękopis, Potop) pytanie jest bardzo dobre, bo dlaczego mialby nie powstac, co powoduje, ze taki rodzaj kina jest nie do ogarniecia przez polskich tworcow – a moze chodzi o to, ze nie wypada, ze kino gatunkowe, to kino gorsze? Starasz sie ogladac dobre filmy, ok – ja nie wiem jaki jest dobry, do momentu kiedy sam nie zasiade w sali kinowej. Teraz tak, a co je st dobre? Rozwodnione dramaty rodzinno-psychologiczne, ktorych u nas pelno? To ze w ciagu ostatnich lat powstalo kilka niezlych filmow, ktore mozna zaliczyc w dwa/trzy weekendy (bo ilze to tych dobrych filmow powstalo), to malo aby zachwalac polskie kino. na Jesli masz liste, to chetnie sie zapoznam – jednak od razu informuje, ze jesli zarzucisz filmami „nagradzanymi” w stylu „Pregi” to ja wychodze ;)
            Swoja droga, „Pregi”, podobno dobry film, zachwalany nagradzany…ja widze natomiast pretensjonalna sieczke z aktorstwem jak z jakiegos VHS-owego odrzutu najgorszego sortu:
            http://www.youtube.com/watch?v=ZNQnuZrlS1U&feature=player_embedded – 10 minuta, kocham polskie kino :)

            PS.
            Nie potrzeba stu milionow dolcow, by zrobic dobry
            s-f/sensacje/horror/komedie, wiec nie przesadzajmy. Nie widze tu czepialstwa ze strony autora, Dux stwierdza, ze chcialby zobaczyc film w takim, a nie innym stylu, zrobiony tutaj, u nas w kraju (swoja droga, tekst napisany bez zadnych spinek, na luzie, z dystansem i nie do konca na serio) i tyle.

      • Crazy_Ivan

        Widzisz, polskie filmy uważane za dobre w większości traktują o brudnych
        sprawach, zawsze na poważnie, z patosem, zawsze o tym jak jest źle i te
        takie inne… a jakikolwiek film na luzie ostatnimi czasy zaczyna
        przypominać Kac Wawa. Popatrz chociażby na Przekręt (Guy Ritchie). Nie ma porównania nawet do Chłopaki nie Płaczą. Tylko dlaczego nie w Polsce? Popatrz na Czarną błyskawicę. Film o Wołdze. Dlaczego nie w Polsce o syrenie (wiem wiem, czarna wołga i te sprawy – ale czemu nie było filmu w podobnym klimacie)? Bezpretensjonalne kino, które ma bawić a nie wpędzać w depresję. Tego nam trzeba. Tak… także to kino może być robione dobrze. Jak widzę pięćdziesiątą produkcję w stylu Potop, to po prostu rzygam z przejedzenia. Chyba to autor miał na myśli. Podaj mi chociaż jeden przykład takiego filmu w polskiej kinematografii, który choćby w jednej pięćdziesiątej dorównywał dwóm powyższym filmom. Pan Kleks? Owszem ale nie w Polsce… na szczęście Uniwersal wykupił prawa do Wiedźmina, założę się, że nie będzie się zgadzał z oryginałem nawet w 10 procentach… ale będzie się go dało oglądać. Miłośnicy Sapkowskiego poszczekają troszkę, ale w końcu ucichną. A sam Sapkowski niech po rękach całuje CD Projekt, że wydało na podstawie tych bajeczek coś konkretnego.

  • Aristo

    Dlaczego wy wszyscy Bitwę pod Wiedniem traktujecie jako polski film, przecież to film włoski, nasz wkład to parę aktorów i trochę kasy do budżetu,
    ale całą resztę to robili włosi. No chyba że stosujecie jakieś dziwne
    standardy że jeśli w jakimś filmie zgrał nasz rodak to automatycznie
    polski film, w takim Avengers Skolimowski zagrał epizodyczna wiec
    powinien mieć Polland 2011 ? Oczywiście polskie kino jakie jest każdy
    widzi, ale niech chociaż krytycy nie kompromitują się swa niewiedzą.

    • Rafał Donica

      Aristo, przez chwilę na stronie widniała stara wersja mojego tekstu, w której z rozpędu wspomniałem o „Bitwie pod Wiedniem”, ale było to poprawione. Przez pewne zawirowania, koledzy z KMF wrzucili nie tę wersję pliku co trzeba. Oczywiście masz rację, Bitwa pod Wiedniem nie jest polskim filmem.

    • Obecność KGHM, PISF, Monolith Films, kilku innych spółek raczej dowodzi tego, że to koprodukcja. Może nie tylko polski film, co o polskiej historii, z polskimi aktorami, z Polską jako głównym rynkiem. Dziwny twór. Jakby nie było, błąd usunięty :)

      • Rafał Donica

        Po trailerze „Bitwy pod Wiedniem” stwierdziłem bez zagłębiania się w temat, że oczywistą oczywistością jest, że to polski film. Nie wziąłem pod uwagę, że jeszcze w innym kraju robi się efekty specjalne w paintcie ;). Już nawet filmy o Polsce kręcone w innych krajach, mają poziom polskich produkcji…

      • Paweł

        Reżyser Włoch, to że kase wykładają jakieś polskie producenty o niczym nie świadczy – ot czysty marketing i wspieranie „słusznego tematu” bo o Polsce (PISF).

  • Pawel

    Bardzo dużo maruderstwa i nieścisłości – chociażby bitwę pod Wiedniem nie my reżyserujemy a Włosi. Jak się daje za przykład Grygiera to trzeba też uściślić co on tam robił – a robił matte painting, czyli np podmalowywał chmurki na ostatnim planie. Jasne zdolny chłopak ale całych tych scenek, dymów itp to on nie robił i akurat na takie efekty to nakładu u nas nie ma, bo się na tym oszczędza wolą wtopić kasę na nazwisko znanego aktora, którego to gra aktorska też pozostawia wiele do życzenia.

    Sam poruszony temat bardzo słuszny i warto go pociągnąć – na co idą państwowe pieniądze, kto przyssał się do cycka i ma monopol na państwowe produkcje (apropos Bagińskiego) itd itd. Ale nie wiem czy jest sens o tym gadać w miejscu przeznaczonym na recenzję Dredd’a.

    • Rafał Donica

      Pawle, po prostu taki zwariowany pomysł mi wpadł do głowy, żeby zestawić „Dredda” z poziomem (głównie technicznym) polskich produkcji – nie wiem czy ma to sens i czy trzyma się przysłowiowej kupy, ale jeśli zadziala na zasadzie iskry zapalnej do podyskutowania na łamach KMF o kondycji polskiego kina, a przy okazji tekst poprawi humor kilku osobom, to misję uznam za udaną ;). Co do „Bitwy pod Wiedniem” – gdzie według Ciebie napisałem choć słowo o tym filmie i że jest on polską produkcją?

      • Pawel

        No przyznam Ci rację zwariowany. :P Popieram komentarz „Kolesia” w tym temacie. Co do bitwy pod Wiedniem – może jakoś ja to tak odebrałem, widzę, że Aristo podobnie. Nie będę dociekał w każdym razie.
        Mój główny zarzut to, że ktoś mniej zorientowany może to tak odebrać, czyli naciąganie faktów żeby tylko coś zaargumentować – podobnie z tym Grygierem przydało by się rozwinąć temat a nie wrzucać jedynie filmik i mówić jakich to świetnych rzeczy nie tworzymy.

        Popieram oczywiście ideę dyskusji nadal. ;) Fajnie jak na ten temat pojawi się więcej artykułów ale liczę na bardziej merytoryczne.

  • Marek

    Mnie tekst rozbawił! Zgadzam się całkowicie z autorem tekstu. Pozdrawiam też „wiecznie zbulwersowanych” :)

  • Wezyr

    O Dredzie mogę napisać tylko jedno: Fuck Yeah! I do tego dodać ten track, który słychać w filmie: http://www.youtube.com/watch?v=I2dfGC1oziE

    • Rafał Donica

      A no właśnie, zupełnie zapomniałem wspomniec o tym, że nie potrafimy też stworzyc takiej zajebistej, posępnej, mrocznej i energetycznej ściezki dźwiękowej jak w Dreddzie ;p

  • P. Sawicki

    Święte słowa, dlatego nie ma co liczyć na jełopów zatrudnionych w polskim szołbiznesie, na pieniądze z PISFu, Borysa Szyca i Karolaka, tylko uczynić jak w swoim czasie uczynił doktor medycyny George Miller, który za odłożone oszczędności wynajął trochę sprzętu i zrobił „Mad Maxa”. Aha – najlepsza batalistyka w polskim kinie to nie „Potop”, ale „Sól ziemi czarnej” Kutza!

  • Pingback: Twin Peak Profits()

  • Znakomity tekst Pana Rafała jak zwykle zresztą.Co do kręceniu takiego filmu w Polsce to rzeczywiście byłoby prawdziwe mission impossible.W trakcie czytania tekstu pomyślałem sobie że żeby rzucić gościem ze stu metrów na glebę najpierw by musiał u nas taki wieżowiec znależć.Chyba że taki jest ja nie wiem.Pozdrawiam.

  • Maicon

    Świetny tekst.






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Kronika opętania

Następny tekst

Szybki cash



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE