nowości kinowe

DZIEŃ ŚWISTAKA. Mądra komedia

Mimo, że całość jest niezwykle zabawną komedią, docenić należy jej mądrość i prostotę w przekazaniu najważniejszych prawd życiowych.

Autor: Adrian Szczypiński
opublikowano

Tekst z archiwum (2005)

– Przepraszam, dokąd wszyscy idą?
– Do parku. Dziś Dzień Świstaka.
– Ale nadal obchodzicie go tylko raz w roku?

„Jestem tylko człowiekiem”, „nikt nie jest doskonały”, „tylko ten kto nic nie robi, nie popełnia błędów”, „mówi się trudno i idzie się dalej”, „w życiu piękne są tylko chwile” – przysłowia, powiedzonka, szlagworty ilustrujące nasze jestestwo w wirze pospolitej codzienności. Każdy z nas stara się, lub przynajmniej chce się starać urządzić się w życiu jak najlepiej, najwygodniej i zgodnie z własną wizją szczęścia.

Zawsze jednak coś staje na przeszkodzie. Ułomność, głupota, konformizm, komisje śledcze, choroby, egoizm, zaniechanie, niewiedza, pech lub zespół zjawisk, pospolicie nazywany „brakiem szczęścia w życiu”, zmuszają nas do ciągłej aktywności, podejmowania wyzwań, stawiania czoła, lub odwrotnie – spychają w otchłań apatii, znużenia i łamania prawa. Socjolog będzie upatrywał przyczynę w mechanizmach społecznych, ksiądz powie, że Bóg tak chciał, psycholog znajdzie traumę z dzieciństwa, genetyk wykaże skazę u przodków, filozof zaduma się nad istotą bytu, bezrobotny przeklnie kapitalizm, Edyta Górniak – dziennikarzy, a Lepper – Balcerowicza. Kto kieruje naszym życiem? Los, ludzie, my sami, Najwyższy, Matka Natura, przeznaczenie, geny, czy zwykły, bezlitosny przypadek, jak swego czasu genialnie pokazał to Krzysztof Kieślowski?

groundhog-day (1)

Phil Connors (Bill Murray), telewizyjny prezenter pogody z Pittsbugha, nie miał pewnie takich dylematów, gdy po raz czwarty z rzędu pojechał do miasteczka Punxsutawney, by zrelacjonować doroczne święto Dnia Świstaka, przypadające 2 lutego. Do tego dnia nie obchodziło go nic i nikt, poza chołubieniem egocentrycznego przeświadczenia o własnej doskonałości. A przecież w dniu wyjazdu poznał wspaniałą kobietę, śliczną producentkę Ritę (Andie MacDowell), na widok której jego skostniałe resztki serca zabiły mocniej. Lecz zimna autokreacja Phila wzięła górę. Po szybkim nagraniu materiału o świstaku, który wychodzi z norki i, w zależności czy widzi swój cień czy nie, oznacza to długość zimy, Phil, Rita i operator Larry spakowali manatki pod dyktando gardzącego prowincją Phila. W drodze powrotnej do Pittsburgha Coś dało Philowi pierwsze ostrzeżenie, pod postacią niespodziewanej śnieżycy, która zawróciła ekipę do Punxsutawney.

A nazajutrz Phil budzi się o szóstej rano… 2 lutego w Dzień Świstaka, który przecież był już wczoraj. Od tej pory świadomość powtórzonego dnia jest tylko udziałem Phila, który z przerażeniem obserwuje ten sam przebieg wypadków, co wczoraj. Nikt, włącznie z Ritą nie daje wiary jego opowieściom o niespodziewanie realnym i ciągle powtarzającym się deja vu. Początkowo zdruzgotany Phil odnajduje dziką radość z własnej bezkarności w zapętlonym czasie. Lecz po kilku tych samych Dniach Świstaka w Punxsutawney, cyniczny zapowiadacz pogody robi wszystko, żeby tylko nie budzić się codziennie przy dźwiękach tej samej radiowej piosenki „I got you babe” Sonny’ego i Cher. Lecz nawet kilkunastokrotne samobójstwa bezlitośnie kończą się przebudzeniem 2 lutego. Ostatnią deską ratunku dla uwięzionego w pułapce czasu Phila Connorsa wydaje się być jego rosnące uczucie do Rity, którą w tych niezwykłych okolicznościach ma okazję poznać bliżej…

maxresdefault (3)

Ileż to razy po popełnieniu głupstwa, wydaniu błędnej decyzji i podjęciu niewłaściwego wyboru, chcieliśmy cofnąć czas i naprawić błąd! Mówimy sobie wtedy, ze drugi raz już nie damy się zwieść pozorom, będziemy przezorniejsi, bardziej ostrożni, bardziej poukładani, mądrzejsi o przykre doświadczenia. A jednak potem, niepomni porażek, znów dajemy się oszukać jak dzieci. Mówimy sobie „serce nie sługa”, „krew nie woda”, zrzucamy winę na wszystko wokół, zamiast dokonać zmian tam, skąd bierze źródło własna słabość. Człowiek jest już tak skonstruowany, że dopiero naprawdę bolesne uświadomienie porażki zmusza go do zrewidowania ciągu przyczynowego, który do niej doprowadził. Zupełnie jak Phil Connors. W tej postaci, zrodzonej w wyobraźni scenarzysty Danny’ego Rubina, każdy z nas może przejrzeć się jak w lustrze. Nie trzeba być wcale tak nadętym, cynicznym, egocentrycznym bufonem, genialnie zagranym przez Billa Murraya. Jego bohater otrzymuje kłopotliwy dar od – no właśnie kogo?

Nie ma ani słowa o Bogu, czy zakłóceniach kontinuum czasoprzestrzennego. Nie lubię słowa „przeznaczenie”, choć to właśnie ono ciśnie się na usta. Coś wydało na Phila wyrok – masz tylko jedną drogę na wyplenienie z siebie całego zła, a nagrodą będzie miłość. Lecz zanim ją wyznasz, musisz zbudować siebie od nowa. W Dzień Świstaka będziesz otoczony ludźmi, którymi gardzisz, a których nie jesteś godzien. Zostaniesz skonfrontowany z człowiekiem, z którym nigdy nie chciałbyś się zetknąć – z samym sobą. To nie świat jest winien. Świat zaludniony ludźmi lepszymi od ciebie może być jedyną szansą na osobiste katharsis. Nie uda się – nie ma problemu. Rano znów usłyszysz w radio piosenkę, której tytuł Ci przypomni że Cię mam, kochany…

groundhog-day-1

Naczelna zasada scenopisarstwa traktuje o rozwoju głównego bohatera.

Postać poznana w punkcie A, ma na końcu znaleźć się w punkcie Z, zaś cała reszta alfabetu musi być najeżona pułapkami, powodującymi ewolucję postaci. Odbiorca musi na końcu przyznać, że bohater wiele przeszedł, ale warto było spędzić z nim czas. „Dzień Świstaka” to podręcznikowa realizacja tego wzoru.

Metamorfoza Phila Connorsa, od chamowatego palanta do publicznego bohatera, jest klasą samą w sobie. Mimo, że całość jest niezwykle zabawną komedią, docenić należy jej mądrość i prostotę w przekazaniu najważniejszych prawd życiowych. Mądra komedia – gatunek to niezwykle trudny. Łatwo popaść w tanie moralizatorstwo i pretensjonalność, wyrażaną napuszonymi dialogami. „Dzień Świstaka” oparty jest na prostym w swym geniuszu założeniu. Mentalną ewolucję Connorsa przedstawiono na ciągle powtarzających się tych samych sytuacjach, które nie potrzebują ani słowa komentarza. Jest w nich całe spektrum ludzkich zachowań, od niedowierzania i chorej euforii, poprzez znużenie, nihilizm i rezygnację, aż do odnajdywania kolejnych szczebli ewolucji charakteru postaci.

groundhog_day_4

Całe życie ludzkie w jednym filmie – ta sztuka już wielkokrotnie udawała się na ekranie, jak choćby we wstrząsającym „Przesłuchaniu” Ryszarda Bugajskiego z genialną kreacją Krystyny Jandy. Bill Murray nie musiał co prawda używać tak drastycznych środków wyrazu, ale komediowa konwencja paradoksalnie utrudniła to zadanie. Nielubiany Phil Connors musiał od samego początku być magnesem dla widza, z którym ten musiał się utożsamić. Nie ma cudów – w tej antypatycznej postaci prezentera pogody każdy z nas znajdzie cząstkę samego siebie, odkryje w swoim życiorysie te same sytuacje, które zmuszą do odkrycia własnych ułomności. Gdyby tylko można było dostać tę samą szansę przeżycia pewnego etapu życia po raz kolejny… Choć pułapka, w której utknął Phil Connors i tak wydaje się być rajem na ziemi.

O wiele bardziej drastyczną wersją Dnia Świstaka jest przecież pierwszy epizod z kinowej wersji „Strefy mroku” (1983), gdzie biały, rasistowski bohater, zostaje przeniesiony kolejno do faszystowskich Niemiec (gdzie wzięto go za Żyda), czasów Ku-Klux-Klanu (gdzie był Murzynem skazanym na śmierć za kolor skóry), czy wojny wietnamskiej (gdzie strzelano do niego, bo wojska amerykańskie widziały w nim „żółtka”). Przypadek Phila Connorsa wymagał od niego zaledwie rewizji własnej podłości, wśród kultywujących radość życia mieszkańców Punxsutawney. Zmiana charakteru Phila została szczególnie mocno zaakcentowana przy scenach z bezdomnym staruszkiem, umierającym na jego oczach.

still-of-bill-murray,-andie-macdowell-and-chris-elliott-in-groundhog-day-(1993)-large-picture

Harold Ramis to rzadki przypadek aktora, scenarzysty, producenta i reżysera w jednej osobie.

„Dzień Świstaka” był szóstym filmem, przy realizacji którego współpracował z Billem Murrayem. W 1980 roku powstała komedia „Golfiarze” wg scenariusza Ramisa, z Murrayem w jednej z ról drugoplanowych. Rok później obaj spotkali się na planie koszarowej komedii „Szarże”, reżyserowanej przez Ramisa. W 1984 triumfowali jako „Pogromcy duchów” wg scenariusza Harolda Ramisa i Dana Aykroyda (Ramis grał pogromcę Egona Spenglera). Po koniec lat 80. ponownie spotkali się przy „Golfiarzach 2” (1988) i „Ghostbusters II” (1989) – w obu przypadkach Ramis był współautorem scenariusza. Przy „Dniu Świstaka” Harold Ramis nie tylko był współscenarzystą, współproducentem i reżyserem, lecz także zagrał epizod lekarza neurologa, który każe Connorsowi udać się do psychiatry (scena ta powstała o 3 rano w minimalnej dekoracji). Trzy lata później Ramis ponownie zaangażował Andie MacDowell do swej fantastycznej komedii o klonowaniu „Multiplicity”.

Zdjęcia do „Dnia Świstaka” realizowano pomiędzy zimą 1992 i wiosną 1993. Prawdziwe Punxsutawney w stanie Pensylwania zagrało tylko w kilku ujęciach z początku filmu. Wszystkie pozostałe plenery z powodzeniem udawało miasteczko Woodstock w stanie Illinois (nie mylić z TYM Woodstock, niegdysiejszą stolicą flower-power w stanie Nowy Jork). Zmiana lokalizacji była podyktowana tym, że prawdziwe Punxsutawney nie ma odpowiednio wyglądającego rynku, a obchody Dnia Świstaka odbywają się w parku na obrzeżach miasta. Filmowcy zaś potrzebowali tego konkretnego punktu urbanistycznego, który znaleźli w Woodstock i do którego na czas zdjęć zjechała delegacja mieszkańców Punxsutawney, zapewniając identyczną atmosferę uroczystości (zasilając jednocześnie grupę 500 statystów). Hotel, w którym mieszkał Phil Connors, to w rzeczywistości budynek opery. Jej wnętrza zagrały już dekoracje studyjne, zaś wnętrza hotelowego baru to prawdziwy bar, utworzony w więziennych podziemiach sądu w Woodstock. Tam też nakręcono ujęcie zamykania Phila za kratkami – wystarczyło usunąć z kadru stoliki barowe. Mistrza ceremonii Dnia Świstaka zagrał Brian Doyle-Murray, starszy brat Billa Murraya (jeden z pięciu braci aktora; licząc w kolejności urodzeń, Brian to numer dwa, Bill to numer trzy).

Original Cinema Quad Poster - Movie Film Posters

Pierwotnie Danny Rubin uwięził Phila Connorsa w pułapce czasu, trwającej kilka tysięcy lat, wywołanej urokiem rzuconym przez byłą dziewczynę Phila. Dopiero praktyczne filmowe podejście Harolda Ramisa skróciło ten czas do kilku miesięcy, wciąż przeżywanego na okrągło Dnia Świstaka (licząc każde powtórzenie w filmie, wychodzi z tego jakiś miesiąc, lecz w dialogach można odszukać wskazówki, sugerujące nieco dłuższy czas). Oprócz rezygnacji z wyjaśnienia powodów pętli czasu, najważniejszą scenariuszową zmianą Harolda Ramisa było dopisanie historii Phila Connorsa sprzed powtarzającego się Dnia Świstaka. Oryginalny scenariusz Danny’ego Rubina rozpoczynał się już w trakcie kolejnych powtórek świstakowego święta (konkretnie od sceny uderzenia Neda Ryersona), zaś wprowadzenie widza w opowieść dokonywało się poprzez komentarz Phila Connorsa zza kadru. Rozpoczynającą film sekwencję telewizyjną nakręcono dopiero podczas ostatnich dni zdjęciowych. Wieczorne przyjęcie, podczas którego Phil Connors nie może opędzić się od podziękowań mieszkańców Punxsutawney, w pierwotnym scenariuszu miało być imprezą weselną.

Niespotykana struktura filmu, z powtarzanymi w kółko tym samymi scenami, na pierwszy rzut oka wygląda jak kolejne duble tych samych ujęć. Dokładnie tak wyglądało to na planie.

Na przykład znakomita seria epizodów z natrętnym Nedem Ryersonem (świetny Stephen Tobolowsky) była kręcona w takie same pochmurne dni, co znacznie ułatwiło logistyczny proces przygotowywania tych samych scen, rozgrywających się w identycznych warunkach pogodowych. Jedynie Bill Murray musiał za każdym razem grać inny stan emocjonalny. Bardzo schizofreniczne warunki pracy, dosłownie pogłębione przez dziurę w jezdni, w którą Phil musiał kilka razy wdepnąć. To także dzieło ekipy.

Stara filmowa prawidłowość co do pogody, wypełniła się w całości na planie „Dnia Świstaka”. Plenerowa scena dialogowa po przyjeździe ekipy Phila do Punxsutawney była nagrywana przy kilkunastostopniowym, bezśnieżnym mrozie. Wielokrotnie przerywano zdjęcia z powodu Andie MacDowell, która po prostu zamarzała, niczym córka Clarka Griswolda podczas poszukiwania choinki. Z kolei zamieć śnieżna, w scenie nieudanego powrotu ekipy do Pittsburgha, była zrobiona w typowo filmowy sposób, czyli z użyciem armatek śnieżnych i białych płacht na horyzoncie, symulujących zasypane białym puchem połacie krajobrazu. Dlatego w tej scenie Bill Murray mógł bezkarnie prowadzić dialog z policjantem, będąc ubranym w zwykłą koszulę. Głos stróża prawa w tej scenie nie należał do aktora, grającego tę postać.

ghd2

Każde przebudzenie Phila Connorsa o 6.00 ma miejsce przy brzasku poranka. W rzeczywistości o tej porze roku i o tej godzinie w Punxsutawney panowałby egipskie ciemności. Ale przecież ekranowy bohater nie może zrywać się z wyrka w takich samych warunkach, jak ludzie zdążający do pracy na pierwszą zmianę przy styczniowym mrozie. Scena, w której Bill recytuje zaskoczonej Ricie francuską poezję, została nakręcona w bawarskiej restauracji w Chicago, podobnie jak uratowanie od zawału przepowiadacza pogody. Kobieta, której Phil zapala papierosa, to Lindsay Albert, żona producenta filmu Trevora Alberta. Andie MacDowell pochodzi z miejscowości Gaffney w Południowej Karolinie. Dokładnie tam, na terenie opuszczonej budowy elektrowni atomowej, James Cameron nakręcił swoją „Otchłań” (1989). Zarówno w „The Abyss” jak i „Dniu Świstaka” zagrał ten sam aktor, Chris Elliott.

Harold Ramis dokonał na widzu trudnej sztuki pozostawienia go z najważniejszymi pytaniami po zakończeniu projekcji. Nie sposób nie przyjrzeć się swojemu życiu bez zastanowienia się, czy Dzień Świstaka nie jest przypadkiem naszym udziałem? Codziennie ten sam schemat dnia, rutyna zżerająca wyjątkowość i ciągłe poczucie życia mijającego nas szerokim łukiem. Kufel wypełniony do połowy jest kuflem w połowie pustym.

Ech, gdyby tak można było zostać władcą czasu i próbować do skutku rezultaty własnych wyborów… Nam, widzom trzymającym kciuki za Phila Connorsa, pozostaje tylko brać z niego przykład, nie czekając na cud.

Ostatnio dodane