publicystyka filmowa

ŻYCIE JAK DOM. Siła fundamentów

Autor: Darek Kuźma
opublikowano

Rodzina jest być może najbardziej pomijanym aspektem życia w XXI wieku. Tradycyjne wartości wyznawane przez naszych dziadków zamazują się w epoce internetu i wszędobylskiej technologii; coraz trudniej je utrzymać, nie mówiąc o wpajaniu młodym pokoleniom. Rozwody i wielokrotny ożenek stały się już codziennością, a w niektórych krajach samotne wychowywanie dziecka jest nie tyle może modne, co bardziej opłacalne ze względu na wszelkiego rodzaju rządowe zasiłki i zapomogi.

Wiele par decyduje się poczekać z prokreacją na rzecz wcześniejszego ustabilizowania sytuacji majątkowej, co w dzisiejszych czasach także nie jest takie łatwe. Jeśli później decydują się na jednego tylko potomka, jest wielce prawdopodobne, iż mając taki wzorzec, będzie dążył dokładnie do tego samego. Co gorsza, wiele osób po prostu rezygnuje z rodziny na rzecz kariery, pieniądza i niezdrowego pracoholizmu. Jednym słowem (a właściwie dwoma) – takie błędne koło. Na naszych oczach tworzy się nowa definicja rodziny – czy lepsza, czy gorsza – nie mnie oceniać. Z pewnością inna. Tym samym pocieszę czytelnika, że poniższy tekst nie ma na celu socjologicznej analizy wyżej opisanego zjawiska, ani żadnego moralizatorskiego trucia, lecz przedstawienie filmu, który w prosty i piękny sposób opisuje nieco zapomniane wartości. Mowa o obrazie zatytułowanym „Life as a House” („Życie jak dom”), który przeszedł praktycznie niezauważony przez ekrany światowych kin, a wielokrotnie – tak jak w Polsce, nie został nawet do nich wprowadzony…

Głównym bohaterem obrazu jest George Monroe (Kevin Kline) – architekt, który został właśnie wydalony z roboty, bo po 20 latach pracy nie pasuje już do polityki prowadzonej przez firmę, jest reliktem przeszłości w świecie prącym naprzód z dnia na dzień. George to rozwodnik żyjący od czasu rozstania z żoną na tak zwaną kocią łapę. Niczym się nie przejmuje, nie ma żadnych większych zobowiązań. Funkcjonuje trochę jak robot – od domu do pracy, od pracy do domu, czasami zatrzymując się na jakąś rozmowę lub zahaczając o dom byłej żony (Kristin Scott Thomas) i syna-dziwaka (Hayden Christensen), który bynajmniej nie czuje do niego sympatii. I tak naprawdę George tej swojej pracy tak do końca nie lubił, robił to co robił z dużym poświęceniem po to, żeby z czegoś żyć, żeby mieć środki na realizowanie innych planów. George to człowiek przegrany, symbol utraty marzeń w konfrontacji z rzeczywistością, który popełnił w życiu za dużo błędów i stracił nad nim panowanie.

Wszystko się zmienia, gdy lekarze wykrywają u niego nieuleczalnego raka. Zostają mu 2-3 miesiące życia. Podobno tylko ci, którzy mają świadomość śmierci, potrafią żyć pełnią życia. Wyrwany z marazmu George postanawia więc dołożyć wszelkich starań, by zrobić to, co zawsze było jego największym marzeniem, to, co zawsze obiecywał, a czego nigdy nie dokonał – zbudować własny dom na miejscu obskurnego baraku, w którym stracił większą część życia. Pomimo ograniczonego terminu, cel nie jest taki znowu ambitny, skoro George jest architektem, jednak jest w tym coś jeszcze – George chce też sprawić, by jego własny syn go pokochał, tym samym choć częściowo nadrabiając błąd zaniedbania. Zabiera więc buntującego się chłopaka do siebie na wakacje, żeby pomógł mu w pracy, a właściwie to musi go zmusić, bo synuś woli jechać na wakacje z kumplami i ćpać do upadłego. Łatwo nie będzie, ale George też nie liczy na wiele; chce podjąć ostatnią próbę zrobienia czegoś dobrego, czegoś, w co kiedyś wierzył. Prosty plan, lecz jak zwykle nie układa się tak, jak miało. Bo George dostaje o wiele więcej.

To co mogło przerodzić się w banalny schemat pełen beznadziejnych truizmów i zlepek klisz, stało się przepiękną przypowieścią o rodzinie, miłości, dojrzewaniu, naprawianiu błędów i wybaczaniu. Wszystko to dzięki umiejętnej reżyserii Irwina Winklera, z przede wszystkim dzięki wybornej parze aktorskiej: Kevinowi Kline’owi i Kristin Scott Thomas, bo to oni prowadzą ten film od pierwszej do ostatniej minuty, z akompaniamentem reszty obsady. Śmiem rzec, że są to role wybitne – w szczególności rola Kline’a, który może nie jest sławą pierwszej wody, ale uważam go za jednego z najwybitniejszych obecnie żyjących aktorów. Oboje prowadzą swoje postaci z kunsztem i pewną dozą subtelności, także chemia nie mogłaby być lepsza. To prawdziwa uczta dla oka i ucha i trudno wyobrazić sobie tenże film z innymi aktorami, bo „Życie jak dom” bez tej dwójki utraciłoby cząstkę człowieczeństwa, którą chce przedstawiać.

Jedną z podstawowych dla polskich widzów wad obrazu (wytykaną przez niektórych krytyków) może okazać się samo sedno filmu, czyli rodzina jako jednostka społeczna. Bo u nas życie wygląda zupełnie inaczej niż w USA i obrazu rodziny przez film przedstawionego nie akceptujemy, bo nie znamy z autopsji. Wydaje się czymś odległym, pomimo faktu, że to obrazek nadszarpnięty. No bo jak oni mogą porównywać swoje problemy z naszymi, kiedy jeżdżą sobie super brykami, budują domy bez żadnych problemów finansowych i generalnie nie martwią się o przyszłość (oprócz George’a oczywiście).

Odpowiedź jest prosta: to nie film o różnicach materialnych, tylko próba podjęcia uniwersalnego tematu, a że przedstawiona na gruncie amerykańskim, to już inna sprawa. Nie oczekujmy od Amerykanów kręcenia filmów o kimś innym niż o sobie, bo przykładowo w polskiej kinematografii też nie zauważyłem większych prób analizowania zachodniego społeczeństwa. Temat jest uniwersalny i trzeba pominąć absolutnie konieczny sztafaż, aby móc rozkoszować się obrazem i zauważyć jego drugie dno. A wtedy i przełożenie na nasze warunki może się znajdzie. Bo rodzinę założyć jest łatwo, tak jak zbudować byle jaki dom. Ale żeby naprawdę funkcjonowała, trzeba wykopać odpowiednie fundamenty, dokładać starań przy budowie i po skończonej pracy cały czas dbać, by materiał nie zardzewiał, całość była odpowiednio wyposażona, oraz żeby cała konstrukcja nie zawaliła się przy pierwszym większym wietrze.

„Destrukcja jest formą kreacji” – mówi tytułowy bohater filmu „Donnie Darko”, analizując nowelkę Grahama Greena pt. „The Destructors”. I podobnie można spojrzeć na działania George’a, który burzy symbolizujący błędy przeszłości dom (jeśli tak można nazwać ledwo trzymającą się kupy szopę z sedesem znajdującym się w tym samym pomieszczeniu co kuchnia), w którym mieszkał całe dorosłe życie, po to, aby zbudować nowy, wspaniały dom, symbolizujący drugą szansę, oraz wszystko to, czego chciał dokonać, lecz nigdy się na to nie zdobył. Okazuje się, że nigdy nie jest za późno, nawet jeśli jest się zmuszonym do zmian, poprzez świadomość obecności kostuchy pukającej coraz głośniej do drzwi.

Zdanie wypowiedziane przez Donniego można także odnieść do tej wielokrotnie wymienianej w tekście rodziny – bo jej członkowie mogą wyrywać sobie włosy z głowy, mogą się żreć i niemiłosiernie obrażać, lecz gdy ta rodzina ma odpowiednie fundamenty, to nic jej nie zniszczy, a przeszkody mogą ją nawet i wzmocnić. Destrukcja jest formą kreacji. Możliwe, że nie zachęcam powyższym opisem do natychmiastowego zapoznania się z filmem, bo przecież fabuła wydaje się banalna, a i tematy niesamowicie oklepane. Lecz bardzo ciężko zachęcić do obrazu, który trzeba obejrzeć i poczuć na własnej skórze magię w nim zawartą. Bardzo ciężko zachęcić do filmu, który samemu omijało się przez dłuższy czas z wyżej wymienionych powodów. Ja się przełamałem i absolutnie nie żałuję. Jestem także zdania, że większość osób, które zdecydują się na zapoznanie z filmem, nie pożałuje tego, a nawet jeśli nie odkryje w nim nic ciekawego, to z pewnością znajdzie kilka wspaniałych scen.

„Life as a House” można porównywać do wielu tytułów, że tylko wymienię niedoceniany „Bigger than the Sky”, trochę zapomnianą „Klatkę dla ptaków” czy znakomitą „Dużą rybę” Tima Burtona. Sam monolog George’a, kończący film, można bez wyrzutów sumienia porównać do słów Kevina Spaceya wypowiadanych pod koniec „American Beauty”. W zasadzie cały film może służyć za takie porównanie, tyle że obraz Mendesa był przede wszystkim satyrą na małostkowość i słynny „american dream”, natomiast film Winklera jest peanem na cześć wartości życia i jego przemijalności.

I może się wydawać, że końcowe porównanie ludzkiego życia do domu jest trywialne i mało interesujące. Dochodzimy jednak w ten sposób do samego sedna: ten film można odebrać na dwa sposoby: uznać wszystko, co się dzieje na ekranie za pretensjonalną wymówkę do przedstawienia szeregu mało wiarygodnych wydarzeń, popierających mało rzeczywistą teorię reżysera o niezniszczalności więzów rodzinnych i sile miłości; albo można uznać oglądane sytuacje, wydarzenia i postacie za symboliczne i dać się porwać opowieści o dosłownym i przenośnym budowaniu oraz odbudowywaniu, o utraconych marzeniach i złudzeniach, oraz odzyskanej godności. Osobiście polecam tę drugą opcję, ponieważ to właśnie „zwykłość” tego filmu i świata w nim przedstawionego czyni go niezwykłym. Ten film się bardziej czuje, aniżeli rozumie.

Tekst z archiwum film.org.pl (2006)

Ostatnio dodane