Recenzje

ŻYĆ I UMRZEĆ W LOS ANGELES. Klasyka kina sensacyjnego

Autor: Rafał Grynasz
opublikowano

tekst z archiwum film.org.pl

Kino sensacyjne (ze szczególnym uwzględnieniem kina policyjnego) to dla mnie, w perspektywie doświadczeń z tym gatunkiem związanych, rozrywka nużąca i powszednia, a już na pewno przebrzmiała. Tak tak, ogłaszam wszem i wobec, że stare dobre czasy już minęły. Teraz przy odbiorze tworów tegoż gatunku moja empiria ogranicza się do prostego deja vu. Dlaczego prostego? Utarty schemat i stęchły koncept stał się swoistym przekleństwem; to co niegdyś było świeże i efektowne (amerykańskie?) teraz najzwyczajniej przywołuje paraliżującą irytację. Bo ileż to razy można oglądać to samo – trzy? cztery? pięćdziesiąt? – aby osiągnąć stan umownego obłędu.

Schemat filmów spod znaku policyjnej doli i niedoli składa się z kilku zasadniczych substratów. Po pierwsze i najważniejsze musimy mieć dwie zwalczające się strony: dobrą – policjanci (najczęściej nie przestrzegający regulaminu, niesforni i działający na własną rękę, naprawdę twarde chłopaki!) oraz złą, permanentnie negatywną i powszechnie znienawidzoną – skorumpowani koledzy dobrych, mafia, fałszerze, handlarze narkotyków, co chcecie. Ogół fabuły sprowadza się do ścigania jednej ze stron przez drugą. Powodów mamy kopę: zemsta, praworządność, ambicje zawodowe, czy też waśń rozgrywająca się o „rzecz”. Każdy szanujący się film tego typu powinien mieć, oprócz jaskrawo nakreślonych bohaterów, także wartką akcję z gamą efektownych zwrotów. Ta zaś opatrzona być powinna w urzekające pościgi, strzelaniny, walki etc. Dorzućmy do tego kotła jeszcze wywar z wątku miłosnego i miksturę z finalnego triumfu dobra, a otrzymamy klasyczny film sensacyjny (policyjny).

Nie próbuję doszukiwać się w schemacie samych negatywów, bo gatunek ów szanuję, a i do kina wiele wniósł. Stwierdzam jednak, że fabularne koncepcje tegoż kierunku zastygły w litą skałę, a schemat, modyfikowany wręcz sporadycznie, każdy potrafi wyklepać z pamięci. Nie ma w tych obrazach świeżości, a utarte solidnie, swojego czasu diablo efektowne i kipiące w ferworze akcji fabuły, w moim odczuciu najzwyczajniej się wypaliły.

Nie wykreśliłem jednak filmu policyjnego z mojego mentalnego notesu, nie zaniechałem, choć już począłem omijać. Pragnąłem jedynie filmu mocnego, tworu z substratów najszlachetniejszych, nawiązującego do tradycji starych dobrych lat tegoż gatunku. Miałem nadzieję na obraz wywołujący czysty niepokój i napięcie, chciałem szachownicy emocji i nastrojów, czyli tego, co dla owego kina zatraciło się w ciemnych odmętach kopii i banału. I otrzymałem to w postaci filmu Friedkina.

Oczywiście Żyć i umrzeć w Los Angeles nie odbiega zasadniczo od schematu swojego gatunku. Bohaterem filmu jest agent Richard Chance (William L. Petersen) pracujący dla Secret Service. Chance to człowiek nie znający strachu, uwielbiający ryzykować, traktujący swoją pracę w kategoriach sacrum. Jest twardy i zawzięty, co pomaga mu w dążeniu do wyznaczonego celu. A jego osobistym priorytetem i zawodową ambicją jest schwytanie groźnego przestępcy i największego fałszerza pieniędzy w L.A. – Ricka Mastersa (Willem Dafoe). Gdy przeciwnik nr 1 morduje partnera Chance’a, dopełnia to czary motywacji i powodów, dla których agent będzie go ścigał. Jego pomocnikiem oraz swoistego rodzaju przeciwstawnym charakterem będzie John Vukovich (John Pankow), świeżo przydzielony partner.

Czarny charakter od razu prorokuje nam znakomite kino. Choć zajmuje się tak trywialną rzeczą, jak produkcja i pranie brudnych pieniędzy, możemy poznać jego prawdziwą naturę, druga stronę. To nie jest, ot jakiś tam przestępca, obiekt eksterminacji.

Masters kieruje się wewnętrznym złem, niczym łuna, stale od niego bijącym. Z zamiłowania jest artystą, maluje obrazy, które następnie pali. W jego spojrzeniu płonie bezwzględność i demoniczność, w zachowaniu uwidacznia się niepokojące zło, szyderstwo, nienaturalność.

Masters bezapelacyjnie góruje pod każdym względem nad swoimi przeciwnikami. Agenci w starciu z nim ograniczają się jedynie do zamknięcia swoich osobowości w twardym pancerzu prostego działania. Twierdzę, że gdyby Chance nie miał jaj z platyny, w styczności z Mastersem wpierw zjadłby go strach, a potem sam Masters. Ten dualizm, zamknięcie dwu rodzajów zła, tego przyziemnego i tego wrodzonego, z pogranicza niepokojącej demoniczności, sprawia, iż otrzymujemy charakter nie tyle czarny, co mroczny, intrygujący i niezwykle soczysty.

Podążając z biegiem akcji natrafiamy na klamrę łączącą bohaterów z ich przeciwnikiem. Zapewne nikogo nie zaskoczę, mówiąc, iż jest to wspólnik Mastersa, który zainicjuje znajomość zwaśnionych stron. Gdy dochodzi do pierwszego spotkania, podczas którego agenci ustalają z fałszerzem zakup brudnych pieniędzy, czujemy, że nie wszystko jest w należytym porządku. Od razu zauważamy, że Masters bawi się ze swoimi „klientami”, wręcz sprawia wrażenie, jakby wiedział, że są podstawionymi agentami. Chance i Vukovich pod kamiennymi maskami toczą z nim mentalny pojedynek, a raczej skutecznie się bronią, gdy ten próbuje ich rozbroić, sprawić, aby popełnili błąd. On jest panem sytuacji, oni jedynie niemymi, zamkniętymi postaciami tej rozgrywki. Prawdziwe schody zaczynają się, gdy Masters żąda sumy, przekraczającej możliwości policji. Stop. Musimy się trochę cofnąć. Mianowicie do pominiętego wątku (pseudo) miłosnego.

Chance żyje w związku – o podłożu jedynie seksualnym – ze swoją informatorką. Oprócz mroźnego seksu, daje mu ona także niezwykle cenne i istotne informacje, cynki, oczywiście pod groźbą powrotu do więzienia, a nie za seks! To od niej dowiaduje się o Koreańczyku, który przybędzie do L.A. z górą nie chrzczonych pieniędzy, aby ubić jubilerski interes. W prosty i logicznie wiążący umysł ryzykanta Chance’a wkrada się iście diabelski pomysł. Gdyby tak obrabować gangstera, który i tak nie będzie mógł o niczym donieść, ani się mścić, i tym samym otworzyć sobie drogę do transakcji z Mastersem? Agenci porywają się więc na pewne pieniądze w słusznej sprawie. Głosem rozsądku okazuje się być Vukovich, który kategorycznie odradza akcji i przewiduje pewne kłopoty. Ma rację, to krok, który rozpęta prawdziwe piekło na ziemi. Ale czyż nie o to chodziło? Od samego początku nie wszystko przebiega zgodnie z planem. Padają trupy. Nie chcąc zdradzać znakomitej fabuły, pragnę jedynie uwypuklić mistrzostwo zaistniałej akcji, trzymającej w napięciu i nie dającej wytchnienia ani pewności aż do ostatniej chwili.

Scena ucieczki i pościgu, długa i rozbudowana, ukazuje osaczenie dwójki bohaterów, ich rozwijającą się z biegiem wydarzeń trwogę, niepewność i dezorientację. To oni stanowią zwierzynę, zamkniętą w matni strzałów i samochodów.

Wczuwamy się w ich położenie, i znów zauważamy ten prosty instynkt od początku właściwy dla Chance’a i Vukovica. Trzeba podkreślić to, iż nie są to bohaterowie, do jakich zdążyło nas przyzwyczaić kino sensacyjne. Nie mówię tu o osobowości twardziela, czy stopniu determinacji, bo są to właściwości niezbędne. Chance jest twardy, ale jest także tylko człowiekiem, który postanowił zmierzyć się ze złem. Nie doznamy w tym filmie wrażenia „boskości” czy nadczłowieczeństwa bohaterów. Pod żadnym względem nie są oni idealizowani. Przedstawieni w matowym obiektywnym świetle, pośród matowych prawdziwych ulic L.A., dają wyraz realizmu tego obrazu.

Chance zostaje pobity przez więźnia, po czym ten mu zbiega, co obciąża agenta zawodowo. Na transakcję zdobywa pieniądze w sposób nielegalny, a wręcz karygodny i zbójecki. Jego determinacja, przedkłada się nad policyjną praworządność, z którą nie ma wspólnego języka, działania zaś uzależnione są od jednej szantażowanej kobiety. Vukovich z kolei to agent wyrwany z normalnej policyjnej roboty, niepotrafiący przystosować się do filozofii swojego partnera. Jest strachliwy, niezdecydowany, nerwowy. Takie mało atrakcyjne tło dalszego formatu. Obydwaj nie grzeszą wyrafinowaną bystrością, nie górują mentalnie nad swoim przeciwnikiem. Ich postępowanie dyktowane jest jedynie ślepą determinacją i instynktem prostego gliny, dążącego do celu, działania natomiast przeplatane wstążką pomyłek i kłopotów. Pozwólcie, że się zapytam. Czy tak prezentują się bohaterowie popularnego kina sensacyjnego, policyjnego?

Obserwując losy agenta Chance’a kreowanego na bohatera nr 1 muszę stwierdzić, że film ten takowego nie posiada. Sam reżyser później nam to uzmysłowi. W tym filmie nie ma miejsca na prawdziwych bohaterów, nie mówiąc już o tym co to właściwie znaczy „bohater”. To co nimi dyktuje, to chęć zemsty, zawziętość i wprowadzanie w czyn prawdy, o tym, że cel uświęca środki. W ukazanych postaciach agentów zatarta zostaje granica pomiędzy dobrem a złem, praworządnością, a przestępstwem. Żyć i umrzeć w L.A. można określić mianem zapisu znakomitej sensacji, która jest na tyle realna, brutalnie prawdziwa i wyzbyta ze wszelkich pierwiastków filmowej fantazji, gloryfikacji, hierarchii, że stanowi po prostu kawał zimnego życia. Oglądanie tego filmu to ingerencja w losy przedstawionych postaci, ludzi, w ich życie, śmierć, uczucia. To obraz obiektywny i zimny, bez idealizacji, ani schematyzmu, który sam film tępi bezlitośnie, bez jaskrawych, przyjemnych bohaterów, ani kontrastujących w tle płytkich przestępców. Friedkin stworzył film, który wyrasta ponad przeciętniactwo gatunkowe, stając się wyznacznikiem tego, co w sensacji najlepsze.

Ostatnio dodane