Felietony

ŻÓŁTA CEGLANA DROGA #30: MIŁEJ APOKALIPSY!

Autor: Darek Kuźma
opublikowano

Lubię kino mówiące o różnego rodzaju apokalipsach, bo wiem, że mogę z niego wynieść o wiele więcej niż z filmów dążących za wszelką cenę do podniesienia mojego morale i wmawiania mi, że jestem ważny i wyjątkowy, niezależnie od nienaturalności takiego przekazu wobec ekranowych wydarzeń. Wchodzę w interesujące dialogi nawet z tymi spektakularnymi apokalipsami, które dziesiątkują gatunek ludzki z ekscytacją małego piromana w składzie fajerwerków. Niemniej znacznie bardziej porywające i przejmujące wydają mi się apokalipsy jednostkowe, osobiste, które odrywają od własnego świata, by obejrzeć koniec czyjegoś.

Jest taki piękny apokaliptyczny film, który tkwi we mnie nieprzerwanie od pierwszych sekund po ucichnięciu muzyki z napisów końcowych. To wyreżyserowane przez Marca Forstera Zostań, o którym trudno napisać cokolwiek głębszego, żeby nie zdradzić nikomu, kto go nie widział, o czym tak naprawdę opowiada pod całą swoją efektowną oraz – przynajmniej moim zdaniem – efektywną dziwnością. Film przepadł w kinach, między innymi dlatego, że krytycy i niektórzy widzowie uznali go za kopię pewnego projektu Davida Lyncha, lecz jestem zdania, że to ciekawe i ambitne kino, nawet jeśli raczej intelektualne niż emocjonalne. A przynajmniej „z wierzchu”, pod chłodną otoczką pulsuje bowiem ogrom emocji i refleksji, trzeba tylko chcieć je zauważyć.

Zostań to historia osobistego końca, który daje nowe początki, zarówno alegorycznie, jak i dosłownie; film korzystający w pełni z bogactwa języka wizualnego kina, manipulując perspektywą, przestrzenią i czasem, zamieniając godziny w sekundy, a sekundom zapewniając złudne prolongowanie ich krótkiej egzystencji. Film może się podobać lub nie, kwestia gustu, ale jeśli nad nim chwilę przysiąść, choćby z szacunku dla wysiłku twórców, trudno odmówić tej historii bycia kwintesencją tego, czym jest osobista apokalipsa – zniszczeniem jednej rzeczywistości, na bazie której powstaje kolejna, lepsza lub gorsza. Z perspektywy człowieka nie jest przecież ważne, czy chodzi o katastrofę à la 2012, czy popadnięcie w obłęd – koniec to koniec, niezależnie od tego, co próbują wcisnąć marketingowi handlarze złudzeniami, których dookoła nie brakuje.

„Zostań”

„Zostań”

O wiele bardziej trzeźwą, choć równie szaloną apokalipsę wymyślił swojej bohaterce Lars von Trier w Melancholii, w której depresja jest końcem świata samym w sobie. Naznacza nieustannie jej postrzeganie rzeczywistości, a jednocześnie pozwala być w pewnym perfidnym sensie jedyną „normalną” osobą w swoim otoczeniu. Osobliwe piękno Melancholii polega na tym, że choć Duńczyk zagląda w duszę swej postaci, odnajdując tam kruchego człowieka balansującego na krawędzi emocjonalnego piekła, dopiero wielki finał uświadamia widzowi, że cały film jest wizualnym odpowiednikiem depresji; każdy plastyczny kadr, każde starannie wykadrowane ujęcie i każda wymowna scena służą za niewerbalny przewodnik po labiryncie myśli, odczuć i emocji głównej bohaterki. Umysłowej apokalipsy portret totalny. Bez możliwości ucieczki.

„Melancholia”

„Melancholia”

Podobnie sprawę potraktował John Frankenheimer w Twarzach na sprzedaż, jednym z tych amerykańskich klasyków, o których świat bezczelnie zapomniał, a które mówią więcej o współczesności – ba, o każdej teraźniejszości – niż flagowe dramaty kolejnych dekad. Oglądamy kryzys tożsamości podstarzałego człowieka, który zrozumiał, że przez poświęcenie się pracy i jednorazowym przyjemnościom stracił wszelki kontakt z najbliższymi sobie osobami. Decyduje się więc na desperacki krok operacji zmiany ciała na młodsze, a życia na to z marzeń, których nigdy nie odważył się spełnić. Ale ostatecznie otrzymuje jedynie więcej tego samego. A widz ma tę przewagę, że zauważa na długo przed bohaterem, że ten od lat żyje w świecie osobistej postapokalipsy, nieświadomy swej nieskończonej przeciętności, której nie naprawi żaden lek ani poszukiwanie nieśmiertelności.

„Twarze na sprzedaż”

„Twarze na sprzedaż”

Filmowe apokalipsy noszą w mojej wyobraźni twarze amerykańskich aktorek i aktorów bez większego powodu. Jednak takie osobiste końce, które dla innych, również widzów, rodzą nowe początki, choćby tylko w postaci emocjonalnych bądź intelektualnych refleksji, istnieją jak kino długie i szerokie. Ważne jest natomiast, by nie bać się z nimi mierzyć i nie poszukiwać jedynie pozytywnych filmowych bodźców czy prostego emocjonalnie spełnienia. W końcu takie filmy jak Zostań, Melancholia i Twarze na sprzedaż nie powstają tylko po to, by ułatwić ich twórcom odprawianie osobistych egzorcyzmów, ale w celu nawiązywania dialogu z widzami. Dialogu, który – głęboko w to wierzę – sprawia, że wielu z nich, z nas, staje się lepszymi, mądrzejszymi, bardziej otwartymi lub świadomymi pułapek ukrywających się pod atrakcyjnymi marketingowymi atrapami. Uważam, i będę to zawsze podkreślał, że warto prowadzić takie rozmowy, i coś z nich wynosić. Pozostaje mi więc życzyć na koniec wszystkim czytelnikom: miłej apokalipsy!

Był to ostatni felieton z cyklu „Żółta ceglana droga”. Wszystkim, którzy wytrwali ze mną przez te trzydzieści odsłon, dziękuję z całego serca, a czytelnikom, którzy znaleźli w którymś z tekstów przynajmniej jedną czy dwie myśli warte uwagi, życzę zawsze owocnych poszukiwań. Pamiętajcie, że kino ma tyle różnych oblicz, że aż grzech zakochiwać się tylko w jednym.

Napisz prywatnie do autora.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane