Felietony

ŻÓŁTA CEGLANA DROGA #14

Autor: Darek Kuźma
opublikowano

Chciałbym złożyć wszystkim paniom nieco spóźnione, ale jak najbardziej szczere życzenia z okazji wczorajszego Dnia Kobiet. Święto świętem, wiadomo, że jest umowne, jak wszystko inne, a niektórym dodatkowo źle się kojarzy, ale takie symboliczne daty pozwalają zebrać z natury chaotyczne myśli. Postanowiłem więc przypomnieć sobie na tę okoliczność bohaterki filmowe, które w taki czy inny sposób wpłynęły na moje życie i światopogląd.

Wiem, wiem, znowu osobiście, a kogo właściwie obchodzi, człowieku, że jakaś fikcyjna baba zainspirowała cię do głębokich przemyśleń lub, co gorsza, do bycia inną wersją samego siebie? Że Erin Brockovich łagodzi u ciebie rosnący pesymizm wobec ludzi, Marion Ravenwood rozpala chęć przeżycia wielkiej przygody, a Betty Elms prowokuje za każdym razem inaczej wyobraźnię? Nie widzę jednak lepszej opcji, żeby docenić piękno kobiecych ról bez całego tego zgiełku posądzeń o seksizm, szowinizm czy – moje ulubione – upajanie się „męskim spojrzeniem”, które nigdy przecież nie oddaje prawdziwej kobiecości kobiety. Rozumiem zasadność takich etykietek, bo świat nie jest idealny i żeńskie role są zbyt często wyłącznie atrakcyjnymi dodatkami, ale nie można popadać w przesadę. Męskie to męskie, tej perspektywy nigdy się nie pozbędę, ale nie mam za to zamiaru przepraszać, tym bardziej, że moja platoniczna miłość do kilku aktorek i postaci filmowych ustawia mnie na straconej pozycji. Taką Natalie Portman uwielbiam od czasu Leona zawodowca i ani razu nie zwątpiłem po drodze w jej urodę i talent, a złamana Alice z Bliżej czy szalona Nina Sayers z Czarnego łabędzia będą zawsze zajmowały ważne miejsce w mym kinofilskim serduchu.

Marion

Marion

Zastanawia mnie za to, dlaczego o męskich bohaterach filmowych można pisać całe elaboraty, natomiast docenianie kobiecych postaci przychodzi czasami – a przynajmniej tak wnioskuję z własnych doświadczeń – z wielkim trudem. To oczywiste, że kino jest od zarania domeną mężczyzn, którą tak efektownie potrafi roznosić w pył chyba tylko Kathryn Bigelow, ale są tysiące fascynujących filmowych bohaterek, które są ciekawsze, pełniejsze i bardziej skomplikowane od ekranowych twardych twardzieli czy kolejnych inkarnacji archetypu szarmanckiego dżentelmena. Ot, taka Phyllis Dietrichson z Podwójnego ubezpieczenia Billy’ego Wildera, jeden z prototypów wizerunku femme fatale, kobieta niebezpieczna i wielowymiarowa, absolutnie urzekająca w swym manipulatorstwie oraz zdolności przeżycia. Zawsze, gdy oglądam ją na ekranie, zaczynam bić w brawo błyskotliwej Barbarze Stanwyck. Albo, jeśli już podążamy tropem klasyki, tragiczna Norma Desmond z Bulwaru Zachodzącego Słońca, dawna gwiazda kina niemego zagrana przez dawną gwiazdę kina niemego, kobieta zniszczona przez fantazje o własnej wielkości i nieprzemijalności, które to iluzje społeczeństwo przez lata podsycało. Geniusz.

Z kolei siostra Ratched z „Lotu nad kukułczym gniazdem” wciska mi się pomiędzy myśli za każdym razem, gdy zaczynam główkować nad potrzebą empatii w zawodach wymagających wyrobienia w sobie odruchu obojętności.

Norma

Norma

Kobiece bohaterki nie muszą być zresztą nie wiadomo jak skomplikowane, żeby fascynować i być wiarygodnymi, a przy tym nie popadać w bolesne uproszczenia. Osobiście uwielbiam dobrze wygrany na ekranie wizerunek „dziewczyny z sąsiedztwa”, czyli postaci, z którą łatwo można wejść w dialog i jeszcze łatwiej przełożyć jej słowa, wygląd i poczynania na rzeczywiste znajomości. W tym aspekcie zawsze byłem wiernym fanem Sandry Bullock i serii jej komediowych kreacji, w których, w przeciwieństwie do bohaterek Meg Ryan czy Julii Roberts, dostrzegałem pewne cechy bliższych i dalszych znajomych. A Ja cię kocham, a ty śpisz uważam do dzisiaj za majstersztyk komedii romantycznej, mimo że zapewne ujawniam w ten sposób podświadomą chęć uprzedmiotowiania kobiet i sprowadzania ich do odgórnie ustalonych społecznych ról. Podobnie mam z gatunkiem komedii młodzieżowych z przełomu wieków – podziwiam i szanuję zarówno stanowczą i feministyczną Julię Stiles z Zakochanej złośnicy, jak i naiwną i niewinną, wymagającą wsparcia ze strony mężczyzn, Rachael Leigh Cook w filmie Cała ona. Nie wspominając już nawet o po prostu fajowej Angelinie Jolie z Hakerów, jednego z tych obrazów, które dla mojego pokolenia były kultowe, a dzisiaj stanowią przyjemne guilty pleasure.

Betty

Betty

Mimo że wiele z tych postaci buntuje się w taki czy inny sposób przeciwko wrednym facetom, którzy postrzegają je z początku jako możliwości zarobkowe, nie są buntowniczkami, lecz ambasadorkami filmowej konwencji, którą trzeba brać z przymrużeniem oka, ale która potrafi sprawić, że „męskie spojrzenie” trochę złagodnieje. Można polemizować, że w ten sposób w kulturę masową wpisuje się wyidealizowane wizje, które nie mają wiele wspólnego z rzeczywistością, ale prawda jest taka, że jeśli ktoś zechce bujać w obłokach, to znajdzie potwierdzenie swoich fantazji zarówno w poezji Shelleya i prozie Goethego, jak i romantycznych balladach podbijających każdego roku muzyczne listy przebojów. Nie widzę więc powodu, by stygmatyzować w ten sposób kino, bo problem leży o wiele głębiej, w podstawach współczesnej kultury, w umyśle każdego gościa, który może wybrać, w jaki sposób postrzegać kobiety i ich filmowe reprezentacje. Tak jak niektóre kobiety preferują odmienianie facetów przez przypadki w postaci klaty Efrona, bladości Pattinsona czy bicepsów Stathama. Nie wszystkie ekranowe heroiny muszą być silne i zdecydowane jak Furiosa z Mad Maxa: Na drodze gniewu.

Niech po prostu będą wiarygodnie napisane i zagrane, niech przechodzą pewnie test Bechdel (co najmniej dwie bohaterki muszą rozmawiać o czymś innym niż o facetach), niech będą sumami różnych cech, wad i zalet.

Ruth

Ruth

Jak Ilsa Lund z Casablanki, która niby jest obiektem romantycznych uczuć Ricka Blaine’a, ale jednocześnie kobietą rozdartą pomiędzy miłością do cynika a powinnością wobec człowieka, który walczy o wolny świat. Ingrid Bergman nadała Ilsie dziewczęcego uroku i użyczyła niewinnego uśmiechu, a w jej oczach zawarła pozbawione jednoznacznej odpowiedzi pytanie, czy warto poświęcać samą siebie w imię wyższych ideałów, czasami mocno abstrakcyjnych. Jak Kym z Rachel wychodzi za mąż, która w interpretacji Anne Hathaway (ciągle uważam, że to jej aktorskie opus magnum) potrafi być jednocześnie autodestrukcyjna i kochana; wpadać w stereotypy depresyjnych bohaterek oraz ukazywać dobroć i szczerość kryjące się pod cierpieniem związanym z nieumiejętnością radzenia sobie z samą sobą. Albo siostra Ruth z Czarnego narcyza, która dzięki nietypowej urodzie i zawartej w spojrzeniu Kathleen Byron iskierce erotycznego szaleństwa nie pozwala, by ją bezpiecznie opisać jako zakonnicę, której odbiło w izolacji. Michael Powell i Emeric Pressburger pozwolili tej postaci przejść na oczach widza proces organicznej przemiany z uczynnej dziewczyny w opętaną diablicę, której poczynania da się jednak zrozumieć.

Tak jak działania wszystkich tych chłodnych blondynek Hitchcocka, które ścierały się w jego filmach nie tylko z różnymi przeszkodami zewnętrznymi, ale także z piętnem własnych wizerunków.

Ofelia

Ofelia

Nie zapominajmy również o dziesiątkach interesujących dziecięcych bohaterek kina, dziewczynek, które przechodzą naprawdę wiele, by stawać się mimo młodego wieku bardziej dorosłe od otaczających je ludzi, jedynie bawiących się w dorosłość, której do końca nie rozumieją. Taka jest wampiryczna Eli z Pozwól mi wejść w fantastycznej kreacji dwunastoletniej wówczas Liny Leandersson, która nie była tylko kukiełką w rękach sprawnego reżysera zastanawiającego się nad sednem ludzkiego przemijania, lecz wiarygodną postacią, która starała się zrozumieć to, kim – lub czym – się stała. Niesamowite, że to wszystko widać w grze (w oczach!) dziewczynki, która nie miała prawa być świadoma takich egzystencjalnych dylematów. Podobnie Ivana Baquero, która grając Ofelię w Labiryncie fauna była nawet o rok młodsza, a jednak potrafiła ukazać rodzącą się w umyśle jej bohaterki świadomość okrucieństwa czyhającego na świecie na tych słabszych i mniej dostosowanych. Przyznaję szczerze, że mam łzy w oczach za każdym razem, gdy dochodzi do tego pięknego i przejmującego finału, w którym Ofelia dokonuje wyboru, którego wielu dorosłych nie byłoby w stanie dokonać. I, jak sądzę, nie umieliby tego również chłopcy w podobnym wieku.

Alice

Alice

Życzę więc wszystkim paniom właśnie takiej kobiecości, która pasowałaby do ich charakterów i życiowych doświadczeń, a nie wynikała z tego, w jaki sposób chcieliby ją postrzegać inni ludzie, zarówno mężczyźni, jak i kobiety. Kobiecości niepowtarzalnej i niemożliwej do podrobienia w żadnych wytworach kultury czy sztuki, ale jednocześnie potrafiącej odnaleźć się w taki czy inny sposób w wytworach wyobraźni filmowców, którzy próbują zgłębiać ten temat w swoich dziełach.

Panie i panowie, podzielcie się, proszę, swoimi ulubionymi kobiecymi rolami. Ciekaw jestem różnych odpowiedzi.

Napisz prywatnie do autora w celu podjęcia się jego psychoanalizy na podstawie powyższego tekstu.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane