Felietony

ŻÓŁTA CEGLANA DROGA #13

Autor: Darek Kuźma
opublikowano

Spotlight Toma McCarthy’ego przypomniał niedawno w wielkim stylu o możliwościach zaangażowanego kina dziennikarskiego, które w najlepszym wydaniu powinno stanowić pożywkę i dla serca, i dla umysłu. Ja czekam więc teraz na nowy, pamiętny film o profesji nauczycielskiej, równie niedocenianej i nierzadko jeszcze bardziej mylnie pojmowanej niż dziennikarska. Chciałbym obejrzeć składającą hołd klasycznym filmowym pedagogom i mentorom opowieść o ludziach, którzy poświęcają swój czas, siły i umiejętności, by wykształcić w młodych pozytywne impulsy i kodeksy wartości.

„Stowarzyszenie Umarłych Poetów”

„Stowarzyszenie umarłych poetów”

Mam wielką słabość do filmów o nauczycielach, być może dlatego, że mimo zdobycia lata temu dyplomu uprawniającego do podążania tą ścieżką, nigdy nie miałem predyspozycji do tego zawodu. Gdybym zaczął udawać bycie pedagogiem, jedynie bym skrzywdził oddanych mi pod pieczę uczniów. Znam zresztą, jak zapewne każdy z was, zbyt wielu nauczycieli, którzy robią to z przypadku lub z braku innych ciekawszych opcji, i wchodzą do klasy lub na salę wykładową z nastawieniem, że są ponad to wszystko, że wyświadczają przysługę tym, którzy będą ich słuchać. Podczas gdy nauczanie innych, szczególnie chłonnych młodych umysłów, winno być – a przynajmniej ja tak uważam – pewnego rodzaju misją, wiązać się z pasją do opowiadania, wyjaśniania i wspomagania w wytyczaniu własnych ścieżek. Jak John Keating ze Stowarzyszenia umarłych poetów, który uczył swoich zahukanych podopiecznych myślenia i odczuwania po swojemu; który wpajał im tę najważniejszą z perspektywy klasycznego mentora wartość, że nie muszą być tylko jednym, lecz, powtarzając za Waltem Whitmanem, mieścić w sobie mnogości.

„Szkoła rocka”

„Szkoła rocka”

Film Weira proponuje oczywistą idealizację osoby nauczyciela – zarówno jako osoby przekazującej mniej lub bardziej użyteczną wiedzę, jak i pewnego rodzaju wzorca. Wszyscy dobrze wiemy, że w praktyce tak to nie działa, a bardzo często uczniowie są na tyle problematyczni, że nawet najlepszy belfer chciałby powrócić do czasów kar cielesnych. Głęboko jednak wierzę, że wypracowany przez Robina Williamsa wizerunek pedagoga i mentora, który nie jest nieomylny, ale stara się zrozumieć, winien służyć przynajmniej za model do naśladowania. W szczególności w dzisiejszych czasach coraz bardziej zauważalnego braku prawdziwych autorytetów, które dawniej służyły za moralne, społeczne czy kulturowe drogowskazy, a obecnie nie potrafią się przeważnie przebić przez medialny i wirtualny biały szum. W tym sensie nie widzę nic zdrożnego w szukaniu inspiracji w fikcyjnych postaciach filmowych, które – w przeciwieństwie do rzeczywistych ludzi – są stałe. Gdy do nich wracamy, wyznają te same idee i wartości. Rzucająca w uczniów batonikami LouAnne Johnson z Młodych gniewnych nie jest najlepszym przykładem, choć Michelle Pfeiffer sprawiła, że zawsze chciałem wierzyć, że tak się da, ale na pewno kolejnym doskonałym modelem jest muzyczny pasjonat i kompozytor Glenn Holland z Symfonii życia, który uczy i sam daje się uczyć.

Pamiętni filmowi nauczyciele i mentorzy – czyli ci, którzy nie zostali powołani do życia jedynie dla efektu, popisu czy kilku patetycznych przemów – nie posiadają mocy zmiany rzeczywistości, ale potrafią pokazywać swoimi działaniami, w jaki sposób w idealnym świecie powinni zachowywać się prawdziwi przedstawiciele tej profesji.

„Nauczyciel z przedmieścia”

„Nauczyciel z przedmieścia”

Nie wbijać na siłę uczniom niepotrzebnej wiedzy, lecz poszerzać ich horyzonty, jak William Forrester Seana Connery’ego w Szukając siebie czy nawet ten błazeński Dewey Finn, który w Szkole rocka przelewa na dzieciaki ogrom pasji do wyrażania się poprzez sztukę. Przełamywać bariery i budować pokoleniowe pomosty, jak czarnoskóry Mark Thackeray Sidneya Poitiera w Nauczycielu z przedmieścia, który zdobywa serca i umysły „trudnej” białej młodzieży z londyńskich slumsów. Albo grający samego siebie François Bégaudeau w fantastycznej, acz mimo zdobycia canneńskiej Złotej Palmy nieco zapomnianej paradokumentalnej Klasie, która o nauczycielskim etosie mówi więcej niż tysiące podręczników do metodyki. Wreszcie być partnerem w dyskusji, potrafiącym zobrazować najtrudniejsze koncepcje w przyswajalny sposób – przykładów jest bez liku, od kreacji Denzela Washingtona w Klubie dyskusyjnym po tolerancyjną i otwartą panią Norbury Tiny Fey z Wrednych dziewczyn. No i ten niesamowity Ryan Gosling w Szkolnym chwycie – wiem, że nauczyciel z problemem narkotykowym nie jest dobrym nauczycielem, ale to, w jaki sposób Dan Dunne zachowuje się w klasie, jak mówi, jak gestykuluje, jak wyjaśnia, sprawia, że chciałbym, żeby moje dziecko edukował ktoś tak niesamowicie oddany swej pracy i nie uznający w niej chodzenia na skróty czy korzystania z półśrodków.

Interesujących i inspirujących filmowych nauczycieli jest stosunkowo sporo, najciekawszych z nich można spotkać w kinie amerykańskim i francuskim, ale prawda jest taka, że nigdy nie będzie ich zbyt wielu.

„Szkolny chwyt”

„Szkolny chwyt”

Jest to tak wymagający i nierzadko niewdzięczny zawód (nie tylko uczniowie potrafią być koszmarem, ale także ich nadwrażliwi lub przekonani o swych racjach rodzice oraz pojawiające się z niezwykłą częstotliwością ignoranckie „polowania na czarownice”), że należy nieustannie odróżniać dobre nauczycielskie postawy od lenistwa, tumiwisizmu i wstecznictwa, ubieranych radośnie w mentorskie szatki. Niedawno wyśmienity Spotlight przywrócił po raz kolejny debatę o zaangażowanym, obiektywnym i popartym rzeczowymi dowodami dziennikarstwie, prowokując do wielu nieciekawych refleksji, a ja życzyłbym sobie tego samego w kontekście etosu nauczycielskiego, który, jak mi się wydaje, trochę w Polsce kuleje i jest zbyt często bagatelizowany. Nie wierzę niestety w to, że taki film mógłby powstać u nas, a jeśli nawet, stałby się zapewne zideologizowanym wciskaniem widzowi depresyjnej wizji pedagogicznej misji. Ale dobre kino nauczycielskie powinno przekraczać granice kulturowe, społeczne i narodowe, niech więc kręcą je Amerykanie, Francuzi, Japończycy czy nawet Brazylijczycy. Ważne, żeby było dobre i wartościowe. A może przy okazji otworzymy się przynajmniej trochę na świat.

„Klasa”

„Klasa”

Tymczasem życzę wszystkim prawdziwym nauczycielom, pedagogom, edukatorom oraz szkolnym (i nie tylko) mentorom wrażliwości i kreatywności Johna Keatinga, wytrwałości Marka Thackeraya i pasji Deweya Finna. Należy im się nie tylko na coroczny Dzień Nauczyciela.

A wy jakich filmowych nauczycieli kochacie? Podzielcie się spostrzeżeniami.

Napisz prywatnie do autora.

korekta: Kornelia Farynowska

Ostatnio dodane