publicystyka filmowa

ZŁY od Żuławskiego, czyli polski superbohater

Autor: Grzegorz Fortuna
opublikowano

Kiedy wpada pomiędzy sześć postaci grom, tego nie wie nigdy żadna z sześciu zainteresowanych osób. Poza tym grom nie jest nigdy czymś miękkim, to zaś, co znalazło się naraz na skostniałej glinie pomiędzy sześciu silnymi, zwinnymi i gotowymi na wszystko ludźmi, było na tyle miękkie, by nie sprawiać żadnego hałasu, a na tyle granitowo twarde, by uczynić rzecz niebywałą – ściąć pięć spośród sześciu postaci z nóg. Szósta w tej samej sekundzie rzucona została potężnym ciosem w brzuch na usypisko zlodowaciałej gliny. Przez kilka chwil kotłował się dziwaczny, straszny bój w zupełnych ciemnościach i zupełnym milczeniu, gdy się jednak nic nie wie, kiedy i skąd padają błyskawiczne kopnięcia w usta i podbrzusze, w szyję i w serce – wtedy ludzie zaczynają kaszleć, ksztusić się bólem i strachem, charczeć. (…) Wtedy też, rzucona z siłą parowego młota, pękata postać otworzyła z jękiem oczy i to stało się przyczyną jej zupełnej klęski. Naprzeciw jej oczu płonęły w ciemnościach inne oczy, tak przerażająco białe, że pod postacią pękatą i kanciastą zdrętwiały kolana.

Powyższy fragment nie pochodzi z książki o Zorro ani z jakiejś nowelizacji przygód Batmana. To wycinek ze „Złego” Leopolda Tyrmanda – napisanej w połowie lat pięćdziesiątych powieści, będącej najchętniej czytanym kryminałem w dziejach PRL-u. Tytułowy Zły – którego niezwykłe możliwości doskonale przedstawia zacytowany fragment – to samozwańczy obrońca uciśnionych, mściciel pojawiający się zawsze tam, gdzie komuś dzieje się krzywda, i bezlitośnie obchodzący się z wszelkiej maści chuliganami, gangsterami, społecznymi mendami. Słowem: nasz polski Batman, nasz własny narodowy superbohater.

Pamiętam, że czytając „Złego” jakoś w okolicach liceum, nie mogłem wyjść z podziwu. Zawsze wydawało mi się, że superbohaterowie przynależą do kultury amerykańskiej i że my takich nigdy nie mieliśmy. Tymczasem Tyrmand stworzył sześć dekad temu bohatera, który powinien być dzisiaj kultowy, bohatera, którego każdy nastolatek powinien mieć na koszulce, ale który – ze względu na swoją specyfikę, na pewną archaiczność odczuwalną dzisiaj podczas lektury – został w pewnym sensie zapomniany i wypchnięty ze zbiorowej świadomości. Jest jednak nadzieja, że taki stan rzeczy nareszcie się zmieni.

Do ekranizacji powieści Tyrmanda przymierzało się już kilku reżyserów (między innymi Wojciech Smarzowski), ale żaden z nich nie podołał. Problemem były nie tylko finanse – potrzeba tu co najmniej kilkunastu milionów – ale też swoista trudność adaptacji tego materiału. „Zły” ma bowiem prawie 800 stron, a o jego wartości świadczą nie tylko niezwykle żywe sceny pojedynków i bójek, ale też długie i barwne opisy powojennej Warszawy: podnoszącej się z gruzów, powoli odbudowywanej, tonącej z peerelowskiej szarudze.

Trudności nie boi się jednak Xawery Żuławski, od dwóch lat pracujący nad tym, by z długiego i wielowątkowego – a przy tym także w wielu aspektach anachronicznego – kryminału Tyrmanda zrobić scenariusz, który będzie wciągał, fascynował i intrygował dzisiejszą publiczność. I choć można mieć wobec tego projektu wiele wątpliwości, to „Zły” ma szansę być nie tylko ciekawym kinowym doświadczeniem, ale wręcz przełomem w naszym skostniałym i – pomimo mniejszych lub większych sukcesów artystycznych – bardzo ograniczonym filmowym świecie. Polskie kino, nawet w swoim najlepszym wydaniu, zawsze kręci się bowiem wokół dramatów, filmów wojennych i obyczajowych. Polscy filmowcy nie potrafią i zwykle nie chcą kręcić kina popularnego, a pojęcie gatunku to dla nich odległy abstrakt, nie przystający – w opinii wielu rodzimych reżyserów, z takim choćby Zanussim na czele – do poważnej funkcji artysty.

Tymczasem „Zły” to pop, emocje, trzask łamanych kości chuliganów i krzyk przejętych niewiast – to to, co Amerykanie potrafią sprzedawać od dziesięcioleci, a czego my nigdy w naszym kinie nie mieliśmy. Żuławski opowiada w wywiadach o tym, jak chce kryminał Tyrmanda nakręcić, a każde wypowiadane przez niego zdanie brzmi dobrze – ma być krwawo, brutalnie, może trochę komiksowo, do tego „na bogato” (budżet ma wynieść około 15 milionów złotych) i z amerykańskimi superprodukcjami jako wzorcem. W każdym innym wypadku tego typu zapewnienia mogłyby budzić niepokój, bo ściganie się z Jankesami nigdy nie wychodziło polskim twórcom dobrze, ale należy pamiętać, że Żuławski pokazał już swoje umiejętności na polu skomplikowanych, niełatwych do przełożenia na język kina historii – w świetnej, przebojowej „Wojnie polsko-ruskiej”. „To ma być pop, ale dzisiejszy. Musi mieć energię filmu komercyjnego, zrobionego w popkulturowych kadrach zrozumiałych dla dzisiejszego odbiorcy” – mówi w wywiadzie dla Newsweeka Żuławski, a ja jego wizję z miejsca kupuję, bo dokładnie takie kino chcę zobaczyć.

W nadchodzącym roku polski przemysł filmowy będzie miał sporo do zaoferowania – nowy projekt Smarzowskiego i aż dwie ciekawe produkcje o powstaniu warszawskim, obie podpisane przez Jana Komasę. Na te filmy czekam z niecierpliwością i będę wypatrywał każdego zwiastuna czy plakatu. Na „Złego” nie czekam – „Złym” się po prostu jaram. Tak, jak jaram się perspektywą obejrzenia najnowszych „X-menów” czy drugiej części „Avengers”.

Ostatnio dodane