Zestawienie

SPÓŹNIONE SEQUELE. Kontynuacje, na które czekaliśmy zbyt długo

Autor: Jacek Lubiński
opublikowano

Pod koniec ubiegłego roku w amerykańskich kinach małe zamieszanie wywołał sequel pewnej planszówki sprzed 22 lat – Jumanji: Przygoda w dżungli. W lipcu tego roku na ekrany wejdą także Iniemamocni 2, czyli druga część popularnej animacji Pixara, mającej już na karku czternaście wiosen, a potem dystrybutorzy przypomną nam również o Straży wiejskiej, pierwsza część której powstała – bagatela! – siedemnaście lat temu. To nie jedyne przykłady odświeżania przez Hollywood znalezionych w szafie projektów. Spójrzmy na te, które pojawiły się zdecydowanie za późno względem pierwowzoru.

Blade Runner 2

Czy sequel w ogóle był Łowcy androidów potrzebny?

Zaczynamy z grubej rury. Dosłownie, gdyż sequel filmu Ridleya Scotta pojawił się dopiero po 35 latach (!), co nie przeszkodziło mu stać się artystyczną rewelacją ubiegłego sezonu. Ten skromny sukces nie zmienia jednak faktu, że miniony czas dał o sobie wyraźnie znać. Nie tylko całość przepadła bowiem w kasach, gdzie rządzi obecnie zupełnie innego typu kino, ale i na starego Deckarda, usilnie próbującego dorównać młodszemu „ja”, momentami przykro się patrzy. Stylistycznie i wizualnie czuć w dodatku pomiędzy rozgrywającymi się w tym samym świecie filmami znaczącą rozbieżność i rzecz nie rozchodzi się jedynie o efekty specjalne oraz postępującą technikę. Jeszcze inną sprawą jest to, czy sequel w ogóle był Łowcy androidów potrzebny? To cud, że po tylu latach całość nie tylko doszła do skutku, ale i udała się nad wyraz dobrze. Wyraźne bazowanie na dawnej historii i uderzanie w sentymentalne tony oraz tanie sztuczki – sięganie do przeszłości i niewykorzystanych w oryginale pomysłów – jakby na przekór udowadniają jedynie, że odpowiedź na powyższe pytanie powinna być przecząca. A gdyby nawet, to i tak sequel powinien ziścić się zdecydowanie wcześniej.

Dzień Niepodległości 2

Dwie dekady – to z kolei różnica pomiędzy współczesny klasykiem kina katastroficznego/SF o inwazji na Ziemię a jego kontynuacją. Podobnie jak w poprzednim przypadku, także i tu wyraźnie dają o tym znać siwe włosy i brody powracających na duży ekran bohaterów, po których dość nieudolnie stery próbują przejąć młodsze gwiazdy. Niczym potężne statki kosmiczne obcych, wszelkie dobre chęci rozbijają się jednak o wtórność fabuły i festiwal efektów specjalnych bez umiaru. To pierwsza poważna różnica w stosunku do oryginału, który zachwycał przecież prostotą technicznego wykonania. A ponieważ był to swego czasu olbrzymi sukces kasowy, to powstaje pytanie, czemu twórcy jeszcze w latach 90. nie pociągnęli odpowiednio tematu, jak Thor nakazał (są wszak jeszcze wśród nas górale, którzy pamiętają nawet plakaty zwiastujące to wydarzenie)? Wedle plotek zwyczajnie… spietrali, zajmując się innymi projektami. Bezsensownie postanowili jednak wejść do tej samej rzeki już po zbudowaniu tamy. I ryb nie ma. Choć następne sequele ponoć mają być. Szaleństwo.

Głupi i głupszy 2

Kolejny niezbyt piękny, dwudziestoletni suchar. I znów ktoś uznał, że powinien on smakować. Co prawda tym razem główni aktorzy zakonserwowali się na tyle dobrze, że dziś można by było spokojnie nakręcić „wczorajszy” sequel, ale ostatecznie postanowiono również pójść z duchem czasu. I tu leży pies pogrzebany, gdyż oryginalny koncept Głupiego i głupszego był wyraźnym tworem konkretnej ery i komediowym głosem ówczesnych braci Farrelly – młodych debiutantów gotowych na przekraczanie barier i dobrego smaku. Reżyserów, którzy potrafili się odnaleźć jedynie w latach 90. poprzedniego stulecia. To samo tyczy się ich bohaterów, których już wcześniej bezskutecznie próbowano po latach wskrzesić na dużym ekranie. Ten sequel jest więc przynajmniej dziesięć lat po terminie przydatności do spożycia. Nic dziwnego, że wszyscy się zatruli.

Indiana Jones 4

Nie bez kozery trzecia część przygód słynnego archeologa miała w tytule „ostatnia” i kończyła się ujęciem odjazdu bohatera w stronę zachodzącego słońca. Ani Steven Spielberg, ani George Lucas nie planowali bowiem dalszych odsłon, mimo że takowe publika z pewnością chętnie by przytuliła. A tymczasem „czwórka” weszła do kin i tak – po całych dziewiętnastu latach, które minęły od premiery wielkiego poprzednika. Indy obudził się zatem w zupełnie nowych czasach, niejako sam w sobie przypominając żywy relikt, który stosownie należałoby zamknąć w muzeum. Tyczyło się to również Harrisona Forda, który bynajmniej nie młodniał i sceny akcji w jego wykonaniu były coraz bardziej ryzykowne – tak w realizacji, jak i ich przedstawieniu. Jak na ironię to właśnie aktor sprawił, że do powstania filmu w ogóle doszło, tak bardzo chciał się w Indy’ego wcielić raz jeszcze. I choć od samego początku całość oscylować miała wokół cywilizacji pozaziemskiej (aczkolwiek w licznych plotkach oraz fałszywych/odrzuconych scenariuszach pojawiały się także: Atlantyda, Excalibur, Arka Noego i Fontanna Młodości, a nawet… mumia, co przypuszczalnie zainspirowało film o tym właśnie tytule z 1999 roku, ewidentnie mający w sobie coś z Indy’ego), to taki film powstały w latach 90. mógłby jeszcze mieć sens. Niestety, wszystkie próby doprowadzenia projektu do realizacji kończyły się fiaskiem. Ostatecznie trzej panowie nakręcili historię, która nigdy w pełni nie zyskała ich pełnej aprobaty, a w rezultacie także i samej widowni. Tymczasem w równo dekadę od premiery prace nad częścią piątą wyglądają dokładnie tak samo…

Ostatnio dodane