Zestawienie

SPÓŹNIONE ARCYDZIEŁA. Filmy docenione po latach

Autor: Szymon Skowroński
opublikowano

Zrobienie filmu kinowego to duże ryzyko. Należy poświęcić co najmniej dwa lata i masę pieniędzy na projekt, który nie daje żadnej gwarancji zwrotu. Jedni reżyserzy i producenci zachodzą w głowę, dlaczego ich „pewniak” ledwo na siebie zarobił, a inni odcinają kupony od produkcyjniaków zrealizowanych za grosze. W niektórych przypadkach jednak ci pierwsi otrzymują wynagrodzenie z karencją. Przedstawiamy filmy, które widzowie i krytycy docenili dopiero po latach od premiery.

Skazani na Shawshank

Przykład filmu, który musiał trochę poczekać i zapracować na swój sukces i status.

Przykład filmu, który musiał trochę poczekać i zapracować na swój sukces i status. Po premierze zainteresowanie Skazanymi… było niewielkie. Film ledwo zwrócił swój budżet, co w Hollywood uznaje się z porażkę – zwłaszcza po kalkulacji wydatków na reklamę i marketing. Co prawda w 1995 Akademia Filmowa nominowała obraz Franka Darabonta do Oscara w siedmiu kategoriach, ale film nie zdobył żadnej statuetki, „zakrzyczany” przez głośniejsze tytuły, takie jak Forrest Gump czy Pulp Fiction. Drugie życie zaczęło się w obiegu VHS-owym. Sam pamiętam, jak w okolicach roku 2000 dostałem od znajomego kasetę z poleceniem: „obejrzyj to, świetny film”. Będąc wtedy raczej fanem Stevena Seagala i Sylvestra Stallone’a, nie zaś ambitnych dramatów, podszedłem do  seansu z dużą rezerwą. Oczywiście, zostałem kupiony przez niesamowity klimat, wspaniałych aktorów wcielających się w świetnie napisane postacie oraz nastrojową muzykę. Od tamtego dnia minęło… mój Boże, to już 18 lat Ja dorosłem, a Skazani stali się jednym z najbardziej znanych i docenianych filmów, który króluje w zestawieniach ulubionych filmów publiczności, a i krytycy wyrażają się o nim w większości w ciepłych słowach.

Blade Runner

Przypadek nieco podobny do powyższego – to domowa dystrybucja oraz wznowiona wersja reżyserka pozwoliły temu arcydziełu wspiąć się na sam szczyt. Początkowo odbiór filmu był dość chłodny. Widzowie, przyzwyczajeni do Harrisona Forda w bardziej rozrywkowych tytułach – dwa wcześniejsze jego występy to Poszukiwacze Zaginionej Arki i Powrót Jedi – chyba nie spodziewali się tego typu filmu. Nie dziwi więc, ze poważny ton, nastawienie na relacje i emocje postaci zamiast widowiskowej akcji oraz rzadko obecna wcześniej w mainstreamowym kinie stylistyka cyberpunku zadziałały raczej odpychająco na ówczesną publikę. Okazało się jednak, że czas był łaskawy dla dzieła Ridleya Scotta. Dziś Blade Runnera wymienia się jednym tchem wśród największych dokonań światowej kinematografii, film obrósł kultem i doczekał się sequela – który wydaje się borykać z podobnymi problemami, co jego pierwowzór. Zobaczymy, jak Blade Runner 2049 będzie odbierany w roku, o którym opowiada.

Życie biurowe

Teraz trochę mojego prywatnego punktu widzenia. W przyszłym roku komedii Mike’a Judge’a – twórcy kultowej animacji Beavis i Butthead – stuknie dwudziestka. Gdyby Życie biurowe było człowiekiem, zbliżałoby się do kategorii wiekowej pokolenia Z – czyli osób, które wchodzą właśnie na rynek pracy, a które zostały wychowane w kulturze powszechnej technologii i dominacji dużych korporacji. A właśnie o tych ostatnich opowiada film. W krzywym zwierciadle przedstawia życie pracowników wielkiej firmy informatycznej i szydzi z tego typu instytucji bez żadnych skrupułów. Świat przedstawiony filmu wydaje się dziś niemal reliktem – ogromne, kineskopowe monitory, boksy oddzielające pracowników, przestarzałe technologie, za duże koszule z krótkimi rękawami. Poza tym – wszystko się zgadza, w najdrobniejszych szczegółach. Elektryzujące drzwi, te same komunikaty powtarzane wieloma kanałami, zawodowe wypalenie, przedłużające się przerwy, pasywno-agresywni managerowie oraz wizyty u psychoterapeutów. Zgadza się też to, co powiedział jeden z bohaterów filmu – należy się cieszyć, że ma się pewną pracę w dobrze rozwijającej się firmie. I darmową kawę.

Obywatel Kane

Klasyk, który trzeba poznać i który w istocie docenia się po każdym seansie.

Sprawa Obywatela jest niejednoznaczna. Gdy początkujący kinoman trafi na jakąkolwiek wielką listę najlepszych filmów wszech czasów, w pierwszej trójce zobaczy debiut kinowy Orsona Wellesa. Obejrzy go i pomyśli, prawdopodobnie, „o co chodzi z tym Kane’em?”. No właśnie, nie da się ukryć, że z okresu, w którym powstał, wiele filmów lepiej zniosło próbę czasu. Sokół Maltański, wczesne dzieła Alfreda Hitchcocka i późne dzieła Chaplina ogląda się po prostu przyjemniej i wywołują żywe emocje. Zresztą, nawet współcześni Wellesowi krytycy i widzowie nie do końca docenili obraz zaledwie dwudziestosześcioletniego reżysera. Musiało minąć wiele, wiele lat – a stało się to na przełomie lat 60. i 70. XX wieku, na fali kształtowania się definicji kina autorskiego, którego Welles był jednym z prekursorów. Nadal jednak Kane dla wielu widzów, a nawet doceniających go krytyków może być dwugodzinnym, czarno-białym, nieporywającym filmem. Jego siła tkwi gdzie indziej. Niemal każde ujęcie tego filmu jest wynikiem bardzo skrupulatnej, odważnej i rewolucyjnej strategii reżysera. Welles podpatrzył niektóre rzeczy u innych, ale sam stworzył podwaliny pod nowoczesne kino i wykorzystał sto procent możliwości filmowej materii. Kreatywnie wykorzystał miejsce i wysokość położenia kamery, techniki montażowe, oświetlenie, właściwości obiektywów, plastykę obrazu oraz narzędzia ruchu kamery. Do narracji „zaprzągł” scenografię, kostium, okołofilmowe formy dokumentalne, makijaż. A to wszystko zaledwie zarys tego, czego Welles dokonał w swoim opus magnum. Klasyk, który trzeba poznać i który w istocie docenia się po każdym seansie.

Ostatnio dodane