Zestawienie

PRAWDZIWY SEKS W FILMACH. Na granicy pornografii

Autor: Dawid Konieczka
opublikowano

Przyziemne elementy życia codziennego pojawiają się praktycznie w każdym filmie. Choćby tak prozaiczna, zwykle nieistotna dla fabuły, czynność jak jedzenie może odrobinę uwiarygodnić przedstawianą rzeczywistość, nawet jeśli widz nie do końca to sobie uświadomi. Sztuka aktorska, w najprostszym, najbardziej płytkim rozumieniu, to udawanie, ale przecież nie zawsze symuluje się picie czy pisanie. W końcu po co udawać, że się je, jeśli można coś zjeść naprawdę? Nie robi to specjalnej różnicy. Problem powstaje, gdy pojawia się temat fizycznych zbliżeń. Wielu aktorów i aktorek przyznaje, że kręcenie scen łóżkowych bywa męczące, a czasem nawet krępujące. Jednakże skoro postaci na ekranie często jedzą naprawdę, krwawią naprawdę (vide słynna już scena z Leonardem DiCaprio w Django) i płaczą naprawdę, to czy nie mogliby też naprawdę uprawiać seksu?

To niezwykle kontrowersyjne podejście. Jedni uważają, że stosunek seksualny jest tak naturalną częścią życia człowieka, że nie różni się szczególnie od wymienianego już jedzenia. Inni twierdzą, że seks jest sferą na tyle intymną, że nie powinno się go wywlekać na widok publiczny i czynić z filmów kinowych pospolitej pornografii. Pozostaje to kwestią dyskusyjną, zależną od wrażliwości i poczucia moralności poszczególnych odbiorców. Faktem jest jednak, że autentyczny seks przedstawiony na ekranie przedostał się do kilku mniej lub bardziej komercyjnych utworów kinowych i zawsze wywoływał skrajnie odmienne reakcje. Przedstawiamy zatem osiem bardziej znanych produkcji funkcjonujących w standardowym obiegu kinowym, w których aktorzy naprawdę oddawali się cielesnym igraszkom.

Imperium zmysłów (1976) reż. N. Ôshima

Jeden z najbardziej kontrowersyjnych filmów w historii, oparty na faktach, opowiadający o stricte erotycznym związku sprzątaczki Sady Abe i jej szefa. Imperium zmysłów zostało zakazane w Stanach Zjednoczonych zaraz po premierze na festiwalu w Nowym Jorku w 1976 roku, a w Wielkiej Brytanii miało premierę dopiero 24 lata później, wyłącznie na DVD. Podobny los spotkał film w wielu innych krajach. Nagisa Ôshima nie poszukuje wyłącznie prostego skandalu, bo jego utwór zdradza wyraźne zacięcie estetyczne. Imperium zmysłów eksploruje również temat antymilitaryzmu, ale przede wszystkim chodzi o zmysłowość i cielesność, w tym wypadku pokazaną w dosłowny sposób. Wszystkie sceny seksu są tu autentyczne, a że tematem jest seksualna relacja, bohaterowie nie ograniczają się do, by tak rzec, najprostszych pomysłów.

Kaligula (1979) reż. T. Brass, B. Guccione, G. Lui

Klasyka kontrowersyjnego kina na pograniczu pornografii. Kaligula początkowo nie miał być filmem, w którym umieszczone zostaną sceny autentycznego seksu. Reżyser Tinto Brass co prawda nakręcił wiele ujęć ukazujących orgie, ale wszystkie były odegrane. Wtedy do głosu doszli producenci, którzy zażądali umieszczenia zarejestrowanych na taśmie prawdziwych stosunków seksualnych. Brass odmówił, przez co zabroniono mu zmontować film, co pozwoliło producentowi i scenarzyście Bobowi Guccionemu na dokrętki porno. W efekcie Kaligula zyskał opinię dramatu pornograficznego, a Tinto Brass wyrzekł się go. Do dziś film ten jest bodaj jednym z najsłynniejszych przykładów przekraczania tego tabu w kinie, a utrzymuje się w pamięci widzów również ze względu na doborową obsadę, w której można znaleźć takie nazwiska jak Malcolm McDowell, Helen Mirren, Peter O’Toole czy John Gielgud.

Brązowy królik (2003) reż. V. Gallo


Kwestią do indywidualnego rozważenia pozostaje sens umieszczenia i sposób sfilmowania prawdziwego seksu oralnego w Brązowym króliku.

Film wywołujący odmienne reakcje nie tylko ze względu na umieszczoną w nim scenę seksu oralnego nakręconą w zbliżeniu. Brązowy królik, reżyserski projekt Vincenta Gallo, dla jednych jest melancholijnym, hipnotycznym reprezentantem kina drogi z silnym zacięciem psychologicznym, dla innych to pretensjonalna nuda pozbawiona wartości artystycznych. Wszystko zależy od odbiorcy. Roger Ebert nazwał Brązowego królika najgorszym filmem w historii festiwalu w Cannes, na co Gallo odpowiedział szczeniacką pyskówką. Fakt jest jednak taki, że większość widzów, jeśli pamięta obraz aktora-reżysera z 2003 roku, kojarzy go głównie ze wspomnianą sceną. „Zaangażowana” w nią Chloë Sevigny (Nie czas na łzy, American Psycho) tłumaczyła, że Brązowy królik jest filmem artystycznym i wyrzucała widzom koncentrowanie się na tej jednej scenie. Aktorka, choć spotkała się z ogromną krytyką, wciąż jest aktywna w branży i radzi sobie nie gorzej niż przed występem w filmie Gallo. Kwestią do indywidualnego rozważenia pozostaje sens umieszczenia i sposób sfilmowania prawdziwego seksu oralnego w Brązowym króliku.

9 Songs (2004) reż. M. Winterbottom

Obraz Michaela Winterbottoma to bodaj pierwszy film, który wywołał tak ogromną dyskusję (zwłaszcza w Wielkiej Brytanii) na temat obecności niesymulowanego seksu w mainstreamowym kinie. 9 Songs jest bogaty w autentyczne sceny erotyczne, w najróżniejszych wariacjach — w końcu fabuła opowiada o romansie dwojga bohaterów, którzy, mówiąc w uproszczeniu, „w dzień uprawiają seks, w nocy chodzą na koncerty”. Muzyka jest bowiem bardzo istotną częścią filmu Winterbottoma, gdyż tytułowe dziewięć piosenek to właśnie występy na żywo, na które uczęszczają postaci — wśród artystów znajdziemy m.in. Michaela Nymana czy zespół Franz Ferdinand. Wielu uważa, że ta muzyczna podróż to właśnie największa zaleta 9 Songs. Niektórzy sądzą wręcz, że jedyna, twierdząc, iż film brytyjskiego reżysera, poza koncertami i licznymi scenami seksu nie ma widzowi wiele do zaoferowania i przesadnie skupia się na stylu.

Ostatnio dodane