publicystyka filmowa

Żelazna logika idiotyzmu

Autor: Adam Nguyen
opublikowano

Gdy jakiś filmowy twórca zabiera się za drażliwą tematykę – jak niewolnictwo czy wybijanie nazistów – i w dodatku postanawia przedstawić ją w prześmiewczy, oblany sosem konwencji i pełen popkulturowych odniesień sposób, to można być pewnym, jak śmierci i podatków, że gdzieś ktoś z tego powodu się obrazi.

W dzisiejszym politpoprawnym klimacie jest to tak oczywiste, że wręcz dziwię się, iż tyle czasu musiało upłynąć, by pojawiły się pierwsze głosy oburzenia celebrytów strzelających fochy na Twitterze z powodu światowej premiery „Django Unchained”. Wydawałoby się, że dzisiaj wystarczy już tylko sama sugestia połączenia tematyki czarnego niewolnictwa z nazwiskiem Tarantino, by ktoś wywołał awanturę. Najgłośniej komentowanymi w ostatnich dniach przykładami były słowa, jak zawsze wylewnego, Spike’a Lee oraz Jima Crawforda, znanego twórcy gier indie (m.in. hitowego Frog Fractions). Oto co do powiedzenia na temat najnowszego filmu Quentina Tarantino, miał ten pierwszy:

Nie ocenię, bo go nie zobaczę. Mogę jedynie powiedzieć, że obejrzenie tego filmu oznaczałoby brak szacunku dla moich przodków.”

„Amerykańskie niewolnictwo to nie spaghetti western Sergia Leone. To był Holokaust. Moi przodkowie to niewolnicy. Wykradzeni z Afryki. Uszanuję ich.”

Lee zaatakował Quentina również za nadużywanie określenia „nigger” w jego najnowszym filmie.

Natomiast Jim Crawford miał z Django nieco inny problem:

„Django Unchained to już piąty z rzędu film Tarantino powtarzający ten sam motyw zemsty. Ponadto, jeżeli piszesz scenę, której funkcją jest przedstawienie jakiegoś bohatera jako postać „złą”, to jestem pewien, że automatycznie czyni to z ciebie filmowego grafomana.”

„Czaję to, że Tarantino składa hołd filmom z motywem fantazji o zemście. Robi on złe filmy jako hołd złożony złym filmom. Złe nie tylko w sensie „kiepskiej realizacji”, ale szkodliwe, ponieważ wzmacniają one to fałszywe przekonanie, że istnieją ludzie „źli” i że musimy ich zabić.”

„To, że Tarantino jest tak dobrym scenarzystą, wcale nie polepsza, wręcz pogarsza sprawę, ponieważ jest on przez to jeszcze skuteczniejszy w propagowaniu swojego niebezpiecznego światopoglądu. Niezwykle ważne jest to, by ludzie uświadomili sobie, że pomimo tego, co mówią tysiące kiepskich filmów i scenariuszy gier komputerowych, naziści nie byli ‚źli’.” 

„Naziści byli rezultatem biurokracji, patologicznego kultu jednostki i podstawowego, ludzkiego, plemiennego myślenia. Takie rzeczy zdarzały się w każdej kulturze, w różnych skalach i to, w jaki sposób będziemy postrzegać takie wydarzenia, jest prawie w całości uwarunkowane przez obiektyw historyka.”

Nie miałem jeszcze okazji obejrzenia „Django Unchained”, jednak już teraz mogę z pełnym przekonaniem napisać, że obydwaj panowie podchodzą do sprawy – za przeproszeniem – od dupy strony.

Bo jeszcze chyba nigdy nie zdarzyło się, by ktokolwiek i kiedykolwiek powiedział coś mądrego na temat jakiegoś filmu, gdy oceniał tytuł z pobudek światopoglądowych.

BIAŁE POCZUCIE WINY

Krytyczne komentarze Spike’a Lee dzisiaj już chyba nikogo nie dziwią. Nie sposób podważyć wczesnych, filmowych osiągnięć reżysera, a i ciężko być cynicznym wobec jego zasług dla społeczności czarnoskórych w Stanach. Jednak nie byłoby przesadą stwierdzenie, że przez lata facet zdążył się już tak zatracić w nieustannym wytykaniu winnych i pokrzywdzonych, że dziś wszędzie widzi rasistów, niesprawiedliwość społeczną oraz jawny lub zakamuflowany język nienawiści, na lewo i prawo zadręczając „białym poczuciem winy” osoby, których nikt przy zdrowych zmysłach nie posądziłby o rasowe uprzedzenia.

Jeżeli film dla dorosłych, zdrowo myślących ludzi, opowiada po części o niewolnictwie i postaciach z tym związanych, to logiczne jest, że słowo „nigger” będzie tam występować. Bo czy nam się to podoba czy nie, ludzie tak wtedy mówili; to tylko kwestia szczerości scenariusza (o czym zresztą pisał sam Tarantino). Logicznym dla każdego powinno być też to, że za tymi słowami nie kryje się żadne rasistowskie przesłanie filmu. Scenariusz nie propaguje znaczenia tego określenia, tylko dlatego, że ono tam występuje. Słowa się nie liczą, liczą się intencje. To taka oczywista oczywistość, że zęby mi zgrzytały od samego pisania tego banału, lecz jak widać sporo ludzi wciąż ma z tym problem. Jeżeli jesteś dorosłym człowiekiem obrażającym się za same słowa i symbole w kinie, zamiast o stojące za nimi intencje i cele, to znaczy, że intelektualnie jesteś gówniarzem. Natomiast jeżeli chodzi o wydawanie wyroków na temat prawdziwych motywacji Tarantino, to obawiam się, że pan Lee jest ostatnią osobą, która powinna w tej sprawie zabierać głos. Nie tylko ze względu na brak umiejętności trzeźwego spojrzenia, który przejawia w ostatnich latach, lecz również dlatego, że – mały drobiazg – nie widział filmu Tarantino na oczy.

Intencje kryjące się za słowami nie mają znaczenia dla Spike’a Lee i jemu podobnych krzykaczy. Jeżeli jednak samo występowanie w scenariuszu obraźliwego określenia wystarczy, by wywołać wśród tych ludzi oburzenie, to równie dobrze mogliby też oprotestować użycie praktycznie wszystkich przekleństw w kinie. Jak choćby „kurwa” czy „fuck”, które zarówno w polskich jak i amerykańskich filmach, używane są niczym interpunkcja w wypowiedziach. Czy nazwanie czarnoskórej osoby „czarnuchem” jest naprawdę w jakiś obiektywny sposób bardziej obraźliwe niż nazwanie kobiety „dziwką” – określeniem dozwolonym nawet w produkcjach PG-13? Jakoś nie widzę, by Spike Lee kierował swój Sprawiedliwy Gniew przeciwko dziełom z takim językiem, ba – jego własne filmy są nim wypełnione. To co napisałem powyżej, to w sumie takie głupawe gdybanie o pierdołach, ale do tego własnie prowadzi, pozbawiona logiki argumentacja „oburzonych”.

Oczywiście Lee pije głównie do tego, że Tarantino w ogóle miał czelność fabułę o problemie niewolnictwa umieścić w ramach jakieś dziwacznej, uwłaczającej konwencji. Sprowadzić problem do poziomu spaghetti westernu. Jednak twierdzenie, że istnieją jakieś tematy, do których należy w sztuce podchodzić tylko i wyłącznie z należytą powagą i odpowiednim pietyzmem, bez cienia dystansu – jest po prostu absurdalne.

ŻELAZNA LOGIKA IDIOTYZMU

Gdyby podążyć dalej rozumowaniem Lee, w sumie wychodziłoby na to, że samo uwzględnienie jakiejś patologii w scenariuszu, wiązałoby się automatycznie z jej propagowaniem. Historia kina wypełniona jest fabułami, w których występowali wszelkiego rodzaju mordercy, psychopaci, gwałciciele, opresyjne reżimy, totalitarne imperia, najróżniejsze schorzenia i patologie oraz definiowane na wszelkie sposoby ZŁO. Idiotyzmem byłoby twierdzenie, że filmy te są obraźliwe  tylko z racji występowania w nich drażliwych obrazów i tematów, zwłaszcza gdy – tak jak „Django Unchained” – opowiadają o walce przeciw temu co wszyscy krzykacze znajdują tak obelżywym. No chyba, że uznamy problem niewolnictwa za ten jeden, jedyny, wyjątkowy temat tabu, którego nikomu – oprócz czarnoskórych twórców – nie wolno tykać dwumetrowym kijem.

Wychodzi jakbym się uwziął na biednym Spike’u, ale najgorsze jest to, że Lee reprezentuje dużo większą grupę zadufanych w sobie „oburzonych”, którzy z roku na rok są coraz bardziej wokalni, bo kulturowe środowisko im na to pozwala. Ludzi, którym na dźwięk pewnych słów automatycznie, refleksyjnie, zapala się nad głowami czerwona lampka, po czym podnoszą krzyk wrzeszcząc „rasizm”, „dyskryminacja” lub „mowa nienawiści”. Robią to już instynktownie, reagują na te słowa mechanicznie, z góry zakładając, że opowiadają się po stronie tolerancji, ani przez chwilę nie zastanawiając się nad tym, czy czyjeś uczucia naprawdę ucierpiały. Można ich poznać po słownictwie. Tak samo jak Lee uwielbiają rzucać na lewo i prawo gromkopierdnymi, wyniosłymi określeniami jak „godność”, „hańba” czy „szacunek dla przodków”. Pisanie o „poszanowaniu przodków” w odniesieniu do pastiszu spaghetti westernów, świadczy o lekkim wypaczeniu perspektywy.

NO SHIT, SHERLOCK

Nieco inne podejście prezentuje natomiast, wspomniany wcześniej Jim Crawford. Gdyby jego cytaty wyrwać z kontekstu, to można by znaleźć w nich sporo prawdy. Jednak to, co jeszcze byłoby mądre w dyskusji o prawdziwej naturze człowieka czy historycznej analizie drugiej wojny światowej, brzmi już absurdalnie w odniesieniu do silnie stylizowanego miksu konwencji, jakim są filmy Tarantino. Prawda, nic nie jest czarno-białe, a ludzi nie można po prostu podzielić na złych i dobrych. Jednak słowa NO SHIT, SHERLOCK, w tym momencie same cisną się na usta. Bo podział na „tych dobrych” i „tych złych”, „tych naszych” i „tych przeciwko nam” istniał w kulturze od zawsze. Nie tylko większość filmów, lecz większość opowiedzianych historii, opiera się na aksjomatach rozróżnialnego dobra i zła. Można sobie dyskutować i filozofować do woli nad słusznością takich podziałów lub nad ludzką kondycją, skoro tak wielu potrzebuje tych prostych definicji, by poprawnie funkcjonować w świecie. Ale nie zmieni to faktu, że jest to podstawowy budulec prawie wszystkich opowieści. Jako kinomani przyjmujemy to do wiadomości, nawet jeżeli nie zgadzamy się z tym światopoglądowo.

Atakowanie „Django Unchained” za scenariuszową grafomanię, ponieważ operuje tym samym podstawowym, funkcjonującym w kinie od zawsze podziałem na wyraźnych dobrych oraz potępienia i śmierci godnych złych – jest zwyczaje idiotyczne. W ogóle uwagi Crawforda o dziele Tarantino, śmierdzą mi zwykłą hipsterką, gdzie zarzuty wobec filmu tak naprawdę służą jedynie za pretekst do przekazania własnych przełomowych i jakże odkrywczych wniosków na temat ludzkiej natury…

CO MÓGŁBY ZROBIĆ TARANTINO?

Uwagi wystosowane przez Lee czy Crawforda, to nie tylko problem Tarantino. W takich sytuacjach często zastanawiam się,  jak zareagowałbym gdybym był na miejscu danego twórcy. Reakcja w takiej sytuacji musi być ostrożna i stonowana. Każdy przejaw ostrzejszych emocji zaraz zostanie przez kogoś odebrany jako agresja, nietolerancja lub zwykła zarozumiałość. W dobie internetu zawsze znajdą się tacy, którzy opowiedzą się nawet za najbardziej przegranym punktem widzenia. Z drugiej strony, uwagi osób takich jak Lee, czasami osiągają tak wysoki poziom absurdu, że prawie podziwiam niektórych twórców za ich powściągliwość i dyplomację w tych sytuacjach oraz za to, że nie ulegają pokusie puszczenia wściekłego, podważającego inteligencję ich oponentów, wypełnionego obelgami tweeta. Podejrzewam, że po swoich ostatnich filmach, Tarantino jest już do tego wszystkiego na tyle przyzwyczajony, że nawet z jego eksplozywnym, źle znoszącym krytykę charakterem, nauczył się na to machać ręką.

A wy? Co sądzicie o krytycznych uwagach, odnośnie Tarantinowskich fantazji i rewizji historii? Uważacie, że pewnych spraw nie należy sprowadzać do poziomu popowych zabaw, czy nie spinacie się podczas dobrej rozrywki i nie uznajecie „nietykalnych tematów” ?

 

Ostatnio dodane