Ze wsi na salony, czyli o walce gry vs. kino | FILM.ORG.PL

Ze wsi na salony – o nadchodzących ekranizacjach gier








Jerzy Babarowski
11.02.2013


Gry wchodzą na salony. Po całej epoce wyśmiewania ich i uznawania za podrzędny gatunek rozrywki wygląda na to, że w końcu zajmą należne im miejsce w panteonie popkultury, przynajmniej pod względem finansowym. Szykuje się deszcz ekranizacji gier i to nie niszowych tytułów, z których paprania zasłynął Uwe Boll, ale największych produkcji, za które biorą się najwięksi wydawcy z największymi nazwiskami aktorskimi w rolach głównych. Tylko pytanie: czy gry będą w stanie zająć miejsce komiksów jako najbogatszej skarbnicy materiałów źródłowych, które można nieskończenie filmować, przerabiać, rebootować i filmować na nowo?

ZALEW KAŁU

Hollywoodzcy producenci pewnie modlą się o to nocami. „Panie Boże, błagam” – wołają, gdy żona już śpi – „spraw, żeby Ubisoft sprzedał nam prawa do Assassin’s Creeda, największej dojnej krowy po tej stronie Pacyfiku.” – proszą, a nawet ściany ich willi w Beverly Hills ledwo są w stanie znieść ten chciwy bełkot. Ale już nie będzie tak łatwo, oj nie. Wydawcy z Ubisoftu, Microsoftu, Valve, Rockstara, Blizzarda czy innych firm widzą bowiem pewien fakt, którego producenci filmowi nie widzą, a może nawet świadomie wolą nie zauważać. Ten fakt sprowadza się do prostej sentencji:

nikomu jeszcze nie udało się nakręcić dobrego filmu na podstawie gry.

Atakujące niespotykanym smrodem kupy przetaczały się przez ekrany kinowe od lat. Max Payne, Prince of Persia, Tomb Raider (Angelina Jolie mniam, ale to trochę nie o to chodzi), Hitman, Resident Evil, Mortal Kombat, Street Fighter i oczywiście wszystkie dokonania wspomnianego już poczciwca o nazwisku Uwe Boll. Mógłbym wymieniać bez końca. Najbliżej sukcesu byli twórcy Silent Hilla, ale i tak zrobili kupę. Producenci nie dbali o smrodek, zacierali natomiast rączki bo filmy się zwracały, a nawet zarabiały spore sumki. Tylko były straszliwie złe. Dlaczego?

Dlatego, że sposobem Hollywoodu na ich robienie było branie jakiejś ogólnej idei będącej esencją gry, stanowiącej o jej wyjątkowości, po czym przekształcano ją w atrakcyjny dla amerykańskich gimbusów twór, jaki tylko przyjdzie do głowy grafomanom, zwanym scenarzystami. Jakiś czas temu Gabe Newell, prezydent firmy Valve, która dała światu Half-Life’a, wspominał niektóre pomysły, jakie mu przedstawiano. No więc przychodzi koleś – opowiadał – i mówi: „Okej, więc to jest Half-Life 1 i macie tu konie z metalowymi działami na grzbietach!”. „What the fuck?”, pytałem się, „czy ty w ogóle grałeś w tę grę?”. I oczywiście odpowiedź w dziewięćdziesięciu dziewięciu procentach przypadków brzmiała: „Nie”.

Potem coś się jakby zaczęło zmieniać. Był pomysł adaptacji serii Halo, która krążyła po studiach i którą w jednym momencie miał wyreżyserować wielki fan marki, Peter Jackson, a w innym Steven Spielberg. Na koncepcjach się skończyło, bo budżet przerósł możliwości zainteresowanych.

Następnie Gore Verbinski, człowiek odpowiadający za filmową klątwę w postaci Piratów z Karaibów (jestem niestety odosobniony w tej opinii), miał ogarniać samego Bioshocka, ale – a to niespodzianka! – studio nie chciało się zgodzić na kategorię wiekową R. Bummer.

A potem David O. Russell miał adaptować Uncharted. Jaki jest sens adaptować grę, która sama w sobie jest prawie filmem? Do dziś nie wiem, ale najwidoczniej Russell wiedział, a ja nie nakręciłem ani Złota pustyni ani Fightera więc może się już zamknę. Z tym, że najwidoczniej cokolwiek wiedział, to mu uciekło, bo jakiś czas później czym prędzej zwiał z projektu i zajął się Poradnikiem pozytywnego myślenia, co chyba zarówno jemu, jak i kinu, wyszło na dobre. Fani odetchnęli z ulgą.

Uncharted

Ale mimo tego, że żadnemu z tych projektów nie udało się złapać wiatru w skrzydła, stanowiły krok w dobrą stronę. Przede wszystkim – w przeciwieństwie do poprzednich produkcji – tym razem za ich reżyserię mieli się wziąć twórcy, którzy, hm, UMIELI ROBIĆ FILMY. Po drugie, ci twórcy w adaptowane gry – Panie Boże, broń Częstochowy – GRALI. Po trzecie, byli świadomi, jak ważne są te gry dla ich fanów i chcieli oddać im sprawiedliwość, a nie tylko zarobić pieniądze na znanej marce. Niestety za scenariusze nie odpowiadali, więc nadal były to bezdennie durne historyjki, które nie miały prawie nic wspólnego z materiałem źródłowym. Na szczęście wygląda na to, że zła passa ma się ku końcowi.

DŁUGIE SPRZĄTANIE

Albowiem ktoś mądry u któregoś z growych wydawców nagle palnął się w łeb i powiedział: „Jezu, wszystkie filmy na podstawie tego co robimy śmierdzą zgniłym jajem„, a ktoś inny (to musiały być dwie oddzielne osoby, żaden pojedynczy człowiek nie wpadłby na to w ichniejszym chorym systemie producenckim) spojrzał na Marvela i zrozumiał, że tak samo jak Marvel podszedł do adaptacji swoich komiksów, tak i oni mogą podejść do adaptacji gier. Czyli jak? Czyli założyć dywizję, która zajmie się produkcją tych filmów, zachować kontrolę nad scenariuszem, budżetem i obsadą, a Hollywoodu użyć tylko do dystrybucji, zamiast oddawać ukochane przez miliony graczy marki na rzeź grafomanów. Jak powiedzieli – tak zrobili.

I co? Otóż efekt jest taki, że w tym momencie czekają nas co najmniej trzy ekranizacje gier, które przedstawiają się co najmniej interesująco.

Assassin’s Creed

Na pierwszy ogień idzie wspomniany na początku Assassin’s Creed. Producenci pewnie płaczą w ramiona swych żon, bo Ubisoft zrobił dokładnie to, co zrobić powinien: stworzył Ubisoft Motion Pictures, czyli dział zajmujący się ekranizacjami gier firmy i robi wszystko po swojemu. Nawiązał co prawda współpracę ze studiem New Regency, ale decydujący głos w sprawie całości produkcji należy do niego. I bardzo dobrze. Data premiery? Niby bieżący rok, ale jakoś nie chce mi się w to wierzyć.

Ale, ale, zapomniałem o najważniejszym. Wiecie kto w tym filmie wystąpi? Otóż jest to Michael Fassbender, jeden z najwybitniejszych aktorów młodego pokolenia i łamacz serc sieradzkich blondynek – zagra główną rolę i zajmie się produkcją filmu.

Splinter Cell

Następnie mamy Splinter Cell, adaptację również należących do Ubisoftu serii gier szpiegowskich za których kanwę posłużyła twórczość literacka Toma Clancy’ego. Główna rola? Nie kto inny jak Tom Hardy będzie się przekradać korytarzami ambasad podejrzanych krajów (tzn. europejskich) z trójświetlnym hełmem na głowie. Data premiery? Dwa tysiące czternasty rok. Jeszcze nie ma scenariusza.

I wreszcie informacja dosłownie sprzed tygodnia – szykuje się adaptacja World of Warcraft, nad którą pieczę sprawować będzie studio odpowiedzialne za gry z serii – Blizzard Entertainment. Jednak, w przeciwieństwie do dwóch powyższych projektów, w tym przypadku znamy już nazwisko reżysera. Jest nim Duncan Jones – młody twórca znany fanom gatunku science-fiction za świetny Księżyc i równie dobrze przyjęty (choć moim zdaniem nie tak świetny) Kod nieśmiertelności. Przewidywana premiera w dwa tysiące piętnastym roku.

Ironia losu tkwi w tym, że w zasadzie zupełnie nie wiadomo, czego się po tych filmach spodziewać – oczywiście poza stosunkowo mocną wiernością wobec materiału źródłowego. Czy tego chcą czy nie, Ubisoft i Blizzard przeczesują nieznane terytoria, którymi będą dalej podążać inni wydawcy. Ale jeśli z adaptacjami swoich gier poradzą sobie tak dobrze, jak Marvel z adaptacjami swoich komiksów, to jestem na tak.

World of Warcraft

Ach, no i jeszcze jedno. Dosłownie parę dni temu na konferencji DICE w Las Vegas wspomniany już Gabe Newell z Valve odbył debatę na temat sposobów opowiadania historii w grach z ofiarą panującej ostatnio w amerykańskim przemyśle filmowym nagonki na jakiegokolwiek twórcę, który poza trzymaniem kamery coś wie o tworzonym projekcie, a może nawet go lubi – J. J. Abramsem.

Dżej Dżej jak to Dżej Dżej – trochę pogadał, trochę pożartował, trochę się pokłócił, puścił fragmenty Szczęk i Szklanej pułapki… aha, i na koniec zapowiedział, że rozmawia z Valve na temat adaptacji serii Half-Life i Portal. Tak. Wreszcie.

Swego czasu Newell powiedział, że pomysły na filmy, które dostawali z Hollywood były tak złe, że postanowili, że albo zrobią te filmy sami albo nie zrobią ich wcale. Wygląda na to, że w końcu znaleźli kogoś, kto mógłby im w tym pomóc. Ciekawe czy Abrams znajdzie czas na wyreżyserowanie skromnego blockbusterka za sto milionów dolców w przerwach od kręcenia kolejnych Gwiezdnych Wojen i Star Treków. Projekt jest jednak wciąż na bardzo wczesnym etapie (jak wszystko w Valve…), a twórcy dopiero rozmawiają o możliwych koncepcjach.

Ale radujmy się, bo wygląda na to, że wizja przenoszenia gier na kinowe ekrany zaczęła być wreszcie poważnie traktowana przez wydawców i producentów. Oczywiście o zasadności takiego kroku z artystycznego punktu widzenia można by rozprawiać godzinami i napisać na ten temat pewnie niejeden przydługi artykuł… więc może już nic więcej nie powiem i się z wami pożegnam.

Rodia

Nieznoszący wszystkiego, w równym stopniu nienawidzący bezmózgiej amerykańskiej papki jak i pretensjonalnych artystycznych smrodów, nie trawiący remake'ów, adaptacji i wszelkiego rodzaju przeróbek czegoś, co już było, cierpiący na widok kondycji współczesnego kina, rzygający na widok chciwości amerykańskich producentów, święcie wierzący w ambitne kino środka, odrodzenie Hollywood i w spektakularność nie wykluczającą głębi przekazu fan science-fiction, czarnego kryminału, Dostojewskiego, smutku i mroku w każdej postaci i wieczny narzekacz. Również nierób, wałkoń i śpioch.






  • Jestem graczem i miłośnikiem filmów, więc ten news sprawił że moje serduszko trochę podskoczyło i przyśpieszyło puls. Co do Blizzarda i Ubi jestem spokojny, bo to robią ludzie wewnątrz firmy, czyli związani z produkcją gier. Natomiast nie wiem czy J.J poradzi sobie z tematyką Portala i HL, gdzie historia nie zamyka się na grach, ale również sięga do różnych informacji udostępnianych dla społeczności przez Gabe i jego ekipę. Druga sprawa ile elementów z gry zostanie przeniesionych do filmu, a ile stworzonych na potrzeby filmu. Czy będzie jedna aktorka, czy grupa „gości którzy będą się bez celu pałętać obok głównej bohaterki”. Takich pytań, oraz wątpliwości jest dużo. Miejmy nadzieje, że za 2 lata wszystko się rozwieje.

    • Rodia

      Trochę jest, ale ja jestem spokojny – Valve słynie z tego, że nie zabiera się za rzeczy, które nie są tego warte. Skoro po 15 latach uznali, że mogą zrobić dobry film na podstawie HL czy Portala z JJem to pewnie tak jest. No i nie wiemy czy to będą produkcje oparte na świecie tych gier czy na akcji tych gier – bo to duża różnica. Można zrobić adaptację Portala o Chell, a można zrobić film osadzony w świecie Portala o jego pobocznych bohaterach (np. Cavie Johnsonie). A może te filmy w ogóle nie ujrzą światła dziennego? Poczekamy, zobaczymy, na razie za wcześnie wyrokować.

  • panegir

    Co za beznadziejny tekst. Forma miała być ironiczna lecz wyszło ociężale i nie zawsze po polsku (patrz poetyckie inwersje zupełnie nie przystające do nowoczesnego pisania). Generalnie słaby styl Autora.

    • Be

      Mnie najbardziej rozczulił śródtytuł zwany „Zalew kału”. Wymowne.

      • Rodia

        Mnie też :)

    • Rodia

      Dzięki, zią. BIorę sobie Twe uwagi do serca. Idź i żyj w świecie. Rozmnażaj się. Jesteś cudowny.

      • panegir

        I właśnie tak się z Tobą dyskutuje: ja o tekście a Ty o mnie. Gówniarski brak zdolności pojmowania krytyki. Ten tekst jest bardzo słaby – ale oczywiście wziąłbyś sobie to do serca jedynie gdybym go pochwalił tudzież wysmarował elaborat. Spoko. Można i tak.

        • Rodia

          Ale napisałem, że sobie biorę do serca. Każdą opinię sobie biorę. Tylko byś następnym razem napisał coś więcej, niż że wyszło ociężale i nie po polsku. Bo to trochę mało i lakonicznie. Tyle :)

  • Bambus

    Halo od Petera Jacksona to było by coś :)

  • GandalftheRainbow

    Tekst rzeczywiście mocno średnio napisany. W zamierzanie miało być chyba nowocześnie, a wyszło, jak wyszło. Trzeba jeszcze napisać, że i tak nie wiadomo, czy wspomniane wyżej filmy powstaną – produkcja tych ekranizacji ciągnie się w nieskończoność. WoWa wcześniej miał nakręcić Sam Raimi, z projektu się wycofał.
    W większość ekranizacje gier mają słabe historie i jedynym ich atutem jest interaktywność, udział gracza. Tak naprawdę prawie wszystkie z gier czerpią z rozwiązań fabularnych wziętych wprost z srebrnego ekranu. Wyjątkowy pod względem jest m. inn. Portal, ale on w medium innym niż gry straciłby dużo ze swego uroku – to musiałaby być zupełnie inna historia.

    • Paweł Tylko Wtajemniczeni Wied

      Napisz lepszy z bardziej aktualnymi informacjami, chętnie przeczytam.

    • Rodia

      Atutem ekranizacji gier jest interaktywność mówisz? Nio, nio ;] I nie, nie zgodzę się, że prawie wszystkie gry czerpią z rozwiązań charakterystycznych dla kina choć to prawda, spora część tak robi (zwłaszcza nowe produkcje). I owszem,nie wiadomo czy te filmy powstaną, ale chodzi o to, że w tym momencie w Holly po raz pierwszy dokonuje się zmiana mentalności w ich przypadku i zamiast dawać płodzić te filmy studiom zabierają się za nie wydawcy odpowiedzialni za same gry – a tak jeszcze nie było. Przecież o tym właśnie piszę ;] Tym samym szanse na reliazację tych produkcji zwiększają się wielokrotnie (Assassin’s Creed to dla mnie w tym momencie pewnik). Chyba warto o tym napisać, hm?

      • GandalftheRainbow

        No, głupi błąd się wkradł. :d Jeśli chodzi o fabułę, to gry, w stosunku do kina w dużej mierze nic wnoszą. Film na podstawie gier mają słabe scenariusze, bo gry mają słabe scenariusze, albo takie które na ekran przenieść jest niezwykle trudno (np. Portal właśnie). A z drugą częścią Twojej wypowiedzi rzeczywiście się zgadzam. Choć śmiesznie, że Ubisoft najpierw zaprzągł aktorów z mocnymi nazwiskami, a reżyserzy są jakby na drugim miejscu. ;d

        • Rodia

          To prawda, miejmy nadzieję, że zabierze się za to ktoś zdolny i zorientowany w temacie (czytaj: ktoś, kto grał w tę grę). Pożyjemy, zobaczymy. Przynajmniej Blizzard tego błędu już nie popełnił. Natomiast nie zgodzę się, że gry mają słabe scenariusze – znaczy jasne, wiele ma, wiele z zaadaptowanych już tytułów też ma (powodzenia z filmowaniem takich „dzieł” jak Mortal Kombat, Street Fighter czy nawet Tomb Raider, który jest gorszym Indianą Jonesem z cyckami zamiast bicza), ale nie jest to żadna reguła. Jak mówię, tytuły takie jak Silent Hill, PoP czy Max Payne potencjał mają ogromny – kwestia odpowiedniego przetworzenia go. No i jak to nic nie wnoszą – Bioshock nic nie wnosi, Half-Life nic nie wnosi, Journey nic nie wnosi? Akurat masz rację, że film na podstawie Portala nakręcić byłoby niezwykle trudno i ja w żadnym razie nie jestem zwolennikiem adaptacji za wszelką cenę – to najczęściej nie wychodzi. Mówię tylko, że takie tytuły jak Max Payne, PoP czy SH zasługują na więcej niż im dało Hollywood.

  • Tom Clancy

    Niektórzy powinni wyjąć kołek z dupy. Tekst jest fajny, poprawnie napisany, aktualny i ciekawy. Czego chcieć więcej? Ja czekam najbardziej na Splinter Cell. Raz że Hardy, dwa że może być podobne do Dredda.

    • Rodia

      Do Dredda?! :)

  • Rudy

    Nie mam wyjścia poza zgodzeniem się z poprzednikami – strasznie słaby tekst. Autor stara się besztać wszystko (nawet te względnie przyzwoite adaptacje), myli pojęcia (powstaje Warcraft, nie World of Warcraft). Sam tekst czyta się ciężko, głównie ze względu na neiustanną krytykę autora, wszystko jest źle, wszystko.

  • Mefisto

    Przede wszystkim dość kontrowersyjne stwierdzenia padają na samym początku. Silent Hill to wszak zdecydowanie udana adaptacja, a i pierwszy Mortal Kombat wyszedł poprawnie i do dziś się broni (zresztą jakich cudów można się spodziewać po grze, której fabuła zawiera się w jednym słowie: „Fight!”). Owszem, pozostałe tytuły może faktycznie nie były na maksa udane i/lub wykorzystywały potencjał, ale trudno mi PoP, pierwszy Resident czy Tomb Raider zaliczyć do kału. Także i Doom był bezbolesny, choć zapominało się go zaraz po wyjściu z sali.
    Co do formy – jak dla mnie jest ok, bo w końcu zwięźle i na temat, choć zgodzę się, że niektóre wtręty można sobie było darować. Z kolei informacyjnie na plus – adaptacji gier aż tak nie śledzę, więc część z tych nowinek była mi obca. Z drugiej strony zabrakło mi jednakże rozwinięcia tematu – spokojnie można było wspomnieć o adaptacjach gier jako takich z niesławnym Battleshitem na czele i (wciąż chyba w przygotowaniu) Monopoly; jak i o filmach czerpiących/nawiązujących/wykorzystujących stylistykę gier (Scott Pilgrim chociażby). Wszak gra to gra, a czy odbywa się na ekranie komputera czy w real-life-3D to już szczegół :)

    • Rodia

      Żeby Mefisto chwalił, a inni ganili to się chyba zdarza pierwszy raz ;] Chodzi o to, że dotychczas adaptacje gier JAKO CAŁOŚĆ były robione źle, ze złym zamysłym, złą mentalnością. Zwyczajnie źle do tego podchodzono. Owszem, niektóre produkcje nie były tragiczne, sam zresztą napisałem, że twórcy Silent Hilla byli najbliżej osiągnięcia jako takiego poziomu… ale tak czy siak to były porządne filmy tylko w ramach „kałowego” poziomu swoich współbraci ;] Jeśli spojrzysz na poziom adaptacji komiksowych – które teoretycznie rządzą się na tych samych, lub bardzo podobnych, zasadach – to jest to przepaść. Gry nie mogą w tym momencie marzyć ani o tak bezpretensjonalnym filmie jak Avengers ani o poważniejszym podejściu do tematu jak Twój ulubiony kolega Nolan nam zafundował ani o satyrze jaką jest Kick-Ass. Jak się sprawa ma z Monopoly nie mam pojęcia, podobnie jak adaptacja arcade’ówi Asteroids (!), ale jako, że o tych projektach nie wiadomo kompletnie nic poza tym, że mają być to i nie ma co pisać. A Scott Pilgrim jest naprawdę wyjątkiem i należy do totalnie innej kategorii więc nie byłoby tu na niego miejsca. To miała być krótka opisowa notka, a nie esej jak o Lucasie, Mefisto :P

  • wujo444

    Jak dyskutować z kimś, kto po zdaniu „nikomu jeszcze nie udało się nakręcić dobrego filmu na podstawie gry.” wrzuca plakaty Silent Hill, Prince of Persia i Resident Evil? Te filmy cudami nie są, ale dobrze sprawdzają się w tym, czym były gry – dostarczaniu rozrywki. Nie da się utoczyć bata z gówna, więc adaptacje wielu FPSów mogą skończyć się co najwyżej czymś w rodzaju Mortal – zero fabuły i fun z nawiązań do gry. Trzeba wybrać dobre fabularnie gry i można kręcić.

    • Rodia

      A ja z kolei nie wiem jak dyskutować z kimś kto uważa, że z gier w rodzaju Silent HIlla czy nawet Prince of Persia (przynajmniej jeśli mówimy o trylogii o Piaskach Czasu) nie da się zrobić dobrych filmów. SH to cudowna, niepokojąca historia, z której można skręcić arcydzieło horroru, z PoPa można zrobić wciągającą i niebanalną historię o naturze czasu zamiast kolorowej łupanki Bruckheimera, którą mamy. W Residenta nie grałem. To po pierwsze. Po drugie – od kiedy to ze średniego materiału źródłowego nie da się zrobić porządnego filmu rozrywkowego, który zapewni nam wciągający scenariusz, interesujących bohaterów i miło spędzony czas? Po trzecie – owszem, wybierając gry z lepszymi scenariuszami najprawdopodobniej można zrobić lepsze filmy i o tym m.in. jest ten tekst. Po czwarte to nie ja wrzuciłem te plakaty, ale nieważne :)

      • wujo444

        1) Nie napisałem, że nie da się zrobić dobrych filmów. Właściwie, to uważam, że nakręcono całkiem niezłego pierwszego Residenta, a i Prince był całkiem całkiem (w kategorii facet z mieczem w fantasy jest lepszy od Cartera, a o Conanie 2011 i Starciu Tytanów lepiej nie wspominać). Natomiast trudniej ekranizować Quake’a czy CoD, gdzie fabuła albo jest zupełnie bez znaczenia, albo bez sensu :)
        2) Ale czy to nadal będzie ten sam materiał, ci sami bohaterowie? Siła większości gier tkwi w gameplay’u, którego nie da się za bardzo (albo raczej: za dużo) przenieść na ekran. Musi być fabuła. Assassin’s Creed można by na całkiem znośny film przerobić, pod warunkiem że darują sobie Animusa i skupią się na samej postaci Ezio – prosty film o zemście w renesansowych Włoszech, aż się prosi o ładne zdjęcia i krwiste finishery…

        • Rodia

          No ale z jednej strony piszesz, że nie powinienem mówić, że nikomu jeszcze nie udało się zrobić dobrej adaptacji gry podając za przykład SH albo PoPa, a z drugiej piszesz, że te filmy są przyzwoite :) Rozumiem, że chodzi Ci o to, że sprawdzają się jako niezobowiązująca rozrywka, ale ja uważam, że mogły być czymś znacznie więcej. Podobnie ze strzelankami – czy ja wiem? Zależy od ludzi i ich talentu. Tegoroczny Dredd 3D to film akcji z historią najgłupszego i najbardziej płaskiego sortu, a jest zajebisty :)
          No i ja jednak nie uważam, że ekranizacja takiego AC ma się ograniczyć jedynie do ładnych widoków i combosów. Gameyplayu na ekran wiadomka, że nie przeniesiesz, ale fabułę i bohaterów – czemu nie? I ja właśnie nie chcę, żeby darowali sobie Animusa bo sens gier z serii AC zasadza się na tym, że to tak naprawdę historia Desmonda opowiadana przez pryzmat Altaira, Ezio, itd… :)

          • wujo444

            Dredd jest czysto rozrywkowa napierdalanką, nie ma w nim nic „więcej”, żadnej filozofii czy przesłania. Sam to zresztą widzisz. Czy RE i PoP mogłyby być lepsze w kategorii rozrywkowych filmów? Owszem, chociażby zamieniając Gyllenhaala na kogoś z jajami, a w RE dodając więcej krwi. Ale „kał”? Nie, mnie się podobało, mogło być lepiej, ale jest ok.
            Mnie się bardzo podobał AC2 także dzięki temu, że prawie nie wychodziło się z animusa ;) nie było takiego… szoku zmiany klimatu. Poza tym znacznie łatwiej przekształcić ją w 2h film, niż jakby zacząć od Desmonda i Altair, gdzie trzeba by tłumaczyć masę rzeczy i film by był trochę zbyt ekskluzywny (brakuje mi teraz słowa, a muszę zaraz wyjść), zbyt niezrozumiały dla osób nieznających historii. No i na Altaira trzeba masę rzeczy poprawić, bo AC1 właściwie fabuły nie miał. Można by zakończyć film wyjściem z Animusa i ślicznym cliffhangerem na kontynuację… ;)

  • nindustrialny

    Mortal Kombat broni się walkami Liu Kang Reptile i Johny cage i scorpion. A Doom jedna scena :D

  • Gordon Freeman

    W „panteonie” znakomitych inaczej ekranizacji gier komputerowych recenzent w sposób wręcz niedopuszczalny pominął genialną produkcję sci-fi „DOOM” z porywającymi rolami Karla Urbana i Dwayne „Rocka” Johnsona. Poziomem ten cudowny film nie odbiegał od innych, wymienionych w tym artykule produkcji, śmiem nawet twierdzić, że wyraźnie je przewyższał ;-) Cóż, ja też mam nadzieję, że czasy robienia bezczelnych pseudo-ekranizacji gier komputerowych przez amatorów, żerujących jedynie na znanej marce gry, powoli dobiegają końca…

    • Rodia

      Nie widziałem Dooma, drogi Gordonie, ale skoro jest tak niezwykły i niesamowity jak piszesz to na pewno nie omieszkam nadrobić tego klasyka gatunku!

  • Metius

    Szkoda że nie wymieniłeś Metal Gear Solid, podobno projekt dostał zielone światło. Oparty o część pierwszą lub trzecią może sporo namieszać. Nad produkcją czuwać będzie sam Kojima wiec jestem spokojny o jakość tego produktu.






Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

Pier Paolo Pasolini. Zrozumieć kruka.

Następny tekst

John McClane na ulicach Warszawy



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE