publicystyka filmowa

Zarzynanie legendy w trzy de

Autor: Grzegorz Fortuna
opublikowano

Wbrew temu, co się powszechnie uważa, idea kręcenia na nowo niskobudżetowych horrorów z lat 70-tych nie jest zła. Filmy z tamtego okresu, dziś słusznie uważane za kultowe, także miały wady, związane przede wszystkim z ograniczeniami finansowymi i „nieopierzeniem” startujących wówczas mistrzów grozy. Dlatego nie obrażałem się, kiedy Dennis Iliadis zapraszał widzów do trzymającego w napięciu remake'u „Ostatniego domu po lewej”, który – choć nie robił takiego wrażenia jak oryginał – miał o wiele bardziej spójny scenariusz, albo gdy Glen Morgan wpuszczał stada krwiożerczych szczurów na plan nowej wersji „Willarda”.

„Teksańska masakra piłą mechaniczną” to jednak coś zupełnie innego. Tobe Hooper nakręcił w 1974 roku horror totalny, arcydzieło, które – choć nie było pierwszym filmem tzw. „krwawej fali”, zalewającej wówczas amerykańskie kina – wywróciło do góry nogami sposób, w jaki postrzegać można ekranową grozę. Brudna, szorstka, zaskakująca na każdym kroku i oszczędna w kwestii krwawych efektów „Teksańska masakra…” przerażała w latach 70-tych i przeraża do dziś, bo wcale się nie zestarzała. Zawarty w niej nihilizm, podparty sporą dawką szaleństwa, a momentami nawet groteski, powoduje, że film Hoopera nawet po blisko czterdziestu latach od premiery ogląda się z podskórnym niepokojem, podsycanym przez odpowiednią muzykę i nagłe zwroty fabularne. To jeden z tych horrorów, w których zło wydaje się bliskie i realne, prawie że namacalne, bo jest niejako „wspierane” przez każdy element dzieła filmowego, od scenografii po sposób gry aktorów.

Żadna z późniejszych „Teksańskich masakr…” tego nie osiągnęła, choć zapoczątkowana przez Hoopera franczyza rozrosła się do pokaźnych rozmiarów – powstały nie tylko trzy sequele, ale też przeciętny remake Marcusa Nispela i prequel remake'u o znaczącym podtytule „Początek”. Miałem nadzieję, że po ostatnim z wymienionych Hollywood pozwoli Letherface'owi chwilę odpocząć, ale przeliczyłem się. Na premierę czeka kolejna część serii, choć tym razem już bez „masakry” w tytule – film Johna Luessenhopa to po prostu „Teksańska piła łańcuchowa 3D” („Texas Chainsaw 3D”). I właśnie doczekał się pierwszego zwiastuna.

 

 

Trailer wygląda, niestety, strasznie biednie – kadry jak z telewizji, zero brudu, zero nihilizmu, zero emocji. „Fajne dupy plus wielka piła” to może i dobry klucz, ekhem, estetyczny, kiedy robi się kolejną część „Piątku trzynastego” czy innego slashera dla nastolatków, ale do serii o Letherface'ie, od zawsze wykraczającej daleko poza ramy tego gatunku, kompletnie nie pasuje.

Ponadto, film Luessenhopa nie jest remakiem ani nawet rebootem. To – jak zapowiadają twórcy – sequel pierwszej części, rozpoczynający się w momencie, w którym tamta się skończyła. A więc… midquel? Sequelo-reboot? Rebooto-sequel? Czy będziemy potrzebować nowego określenia? Tak czy owak, jedynym plusem tej wymuszonej produkcji wydaje się być fakt, że Marilyn Burns i Gunnar Hansen (Sally i Letherface z oryginału) pojawią się w niej w niewielkich rolach.

Ostatnio dodane