publicystyka filmowa

YES-MENI. O dwóch takich, co naprawiają świat

Autor: Karol Barzowski
opublikowano

The Yes Men, Yes-Meni naprawiają świat oraz Yes-Meni idą na rewolucję – kojarzycie te filmy? Pewnie nie. Dwa ostatnie miały co prawdą premierę w polskich kinach, ale pokazywane były w śmiesznej ilości kopii. Dokument, w dodatku taki, który ma zabarwienie polityczne, społeczne, dla niektórych może i agitacyjne, to nie jest coś, co sprzedaje się łatwo. Taki seans najczęściej kojarzy się z przyswajaniem ogromnej ilości faktów, liczb, „gadającymi głowami” używającymi zbyt trudnych słów i odwołującymi się do wydarzeń, o których mało kto pamięta. Oczywiście przesadzam, ale tzw. „zwykłemu widzowi” trudno przekonać się do takich filmów.

Yes-Meni to jednak zupełnie inna para kaloszy. Produkcje opowiadające o działalności Andy’ego Bichlbauma i Mike’a Bonnano ogląda się jak najlepsze komedie – niestety jednocześnie bardzo gorzkie. Ich poczynania często przypominają to, co robił w Boracie Sascha Baron Cohen, ale ci panowie mają o wiele poważniejsze cele niż rozśmieszanie widzów, Złoty Glob i miliony dolarów wpływów z biletów. Swoimi prowokacjami kulturowymi chcą sprawić, by świat stał się lepszy. Są jednymi z najbardziej znanych alterglobalistów. Swoją rewolucję, w odróżnieniu od wielu innych aktywistów, prowadzą z uśmiechem na ustach, w sposób szalony, wygłupiając się i robiąc coś w rodzaju maskarady. Ale to tylko wierzchnia warstwa. Pod spodem jest zawsze walka o prawdę.

Słynny hiszpański socjolog Manuel Castells o alterglobalistach mówi w ten sposób:

Jest to ruch, który mówi ‘nie’ w imieniu ludzkości, włączając w tę negację tych, którzy są nadal pozbawieni głosu. Z tego odrzucenia wyłania się możliwość innego świata, którego zasady i horyzont historyczny są funkcją debaty, jaką ruch alterglobalistyczny pobudził swoimi walkami.

I choć kilku liderów ruchu rzeczywiście wsławiło się swoim głośnym „nie” rzuconym w stronę elit rządzenia, Bichlbaum i Bonnano stosują wręcz odwrotną taktykę. Sprzeciwiając się globalizacji, mówią wyraźnie „tak!”.

Panowie na tak

Yes-Meni pokazują absurdy tego świata, wyśmiewają go i stają się przyczynkiem do globalnej dyskusji

Yes-Meni, czyli „przytakiwacze” bądź „panowie na tak”, to grupa alterglobalistów, która zajmuje się tzw. „culture jamming” (zagłuszanie kulturowe). Chodzi tu o dezinformację – liczne prowokacje, mające na celu zwrócenie uwagi świata na niedorzeczności obecnego modelu biznesowego. Mimo że w akcjach bierze udział wiele osób, głównymi aktorami są w nich zawsze Bichlbaum i Bonnano – dwaj Amerykanie, pracujący na co dzień jako wykładowcy uniwersyteccy. Wyjątkowość ich strategii polega na tym, że nie krytykują wprost. Wręcz przeciwnie – śledzą działania wielkich korporacji, „przytakują”, zgłaszają nowe pomysły zgodne z polityką danej firmy czy organizacji. Ale w ten właśnie sposób pokazują absurdy tego świata, wyśmiewają go i stają się przyczynkiem do globalnej dyskusji. Mówiąc prawdę, Yes-Meni obnażają kłamstwa. A jak się to wszystko odbywa?

Zaczynają od małego oszustwa - zakładają fałszywą stronę internetową i czekają aż ktoś popełni błąd

Zaczyna się zazwyczaj od założenia fałszywej strony internetowej. Yes-Meni podszyć mogą się pod kłamliwą, ich zdaniem, korporację, niewywiązującą się ze swoich zadań instytucję rządową itd. Strona wygląda bardzo profesjonalnie, wyglądem przypomina tę oficjalną. Problem jest zawsze z adresem – przecież jest już zajęty. Ale Yes-Meni potrafią sobie z tym poradzić. Przykładowo, gdy zakładali własną witrynę Światowej Organizacji Handlu (WTO), posłużyli się adresem www.gatt.org (General Agreement on Tariffs and Trade – Układ Ogólny w sprawie Taryf Celnych i Handlu, czyli swoisty „poprzednik” WTO). Gdy strona już działa, czekają na kontakt. A właściwie czekają na czyjś błąd – gdy ten się przydarzy, dostają zaproszenia na konferencje, wykłady, sympozja… Jako reprezentanci danej firmy czy organizacji otrzymują możliwość wypowiedzenia się podczas ważnych wydarzeń. A co za tym idzie, podarowana jest im scena oraz publiczność do „przytakującej” prowokacji.

Świeczka z ludzkich zwłok

W 2007 roku wystąpili na największej w Kanadzie konferencji energetycznej. Podając się za przedstawicieli ExxonMobil oraz NPC (National Petroleum Council – Narodowa Rada Paliwowa), wygłosili referat o alternatywnych możliwościach uzyskiwania energii. Zasugerowali, że nic nie stoi na przeszkodzie, aby otrzymywać ją z ludzkich zwłok. Projekt ten zatytułowali Vivoleum. Swój pomysł uwiarygodnili, wręczając każdemu z obecnych świecę w kształcie człowieka, po czym odtworzyli film opowiadający historię śmiertelnie chorego pracownika ExxonMobil, który zdecydował się przekazać swoje ciało do dalszego wykorzystania. Uczestnicy konferencji dostali jasną informację – trzymane przez nich świece zrobione zostały z mężczyzny przedstawionego w filmie. Po ich zapaleniu dało się zresztą wyczuć dziwny zapach, przypominający smród spalonego mięsa. Wskazując zalety Vivoleum, Yes-Meni z powagą podkreślali, że złoża materiału do produkcji są odnawialne, ogólnodostępne i odpowiadają na potrzeby niszowego rynku zwiększającą się podażą. Dopiero przy samym końcu swojej prezentacji zostali zdemaskowani i poproszeni o opuszczenie konferencji. Wielu z uczestników nawet wtedy nie zorientowało się, że mieli do czynienia z manipulacją. Wychodzących z sali Yes-Menów żegnali brawami i dopiero po pewnym czasie, dopytując się znajomych, zdawali sobie sprawę z tego, że ci dwaj panowie wcale nie byli przedstawicielami ExxonMobil i NPC.

Ostatnio dodane