Wywiad z Fabio Soldanim | FILM.ORG.PL

Wywiad z Fabio Soldanim – producentem i scenarzystą „Relentless Justice” i „Deadliest Prey”








Grzegorz Fortuna
30.09.2015


Fabio Soldani to producent i scenarzysta filmowy, który zaczynał od kolekcjonowania kaset VHS, by po pewnym czasie przenieść się na drugą stronę ekranu i rozpocząć współpracę z ulubionymi twórcami niskobudżetowych filmów gatunkowych. W jego portfolio znajdziemy między innymi film o Wielkiej Stopie (Night Claws), sequel jednego z hitów wypożyczalni kaset (Deadliest Prey) i thriller o zemście z obsadą składającą się właściwie z samych kultowców kina akcji lat osiemdziesiątych (Relentless Justice). Ostatni z wymienionych filmów niedawno trafił do dystrybucji. Z tej okazji rozmawiamy z o współczesnym rynku kina klasy B, upodobaniach widowni, pozornie zapomnianych aktorach i nie tylko.

deadliest prey

Grzegorz Fortuna: Jesteś jednym z nielicznych Polaków, którzy zajmują się produkcją kina gatunkowego w Stanach Zjednoczonych. Jak udało ci się rozpocząć pracę w filmie od strony producenckiej? Jak wyglądała twoja droga – od kolekcjonera kaset do producenta filmowego?

Fabio Soldani: Filmy chciałem kręcić od dzieciństwa. Ale zaczęło się od tego, że poznałem Davida A. Priora przez Internet. Jako fan jego twórczości chciałem przeprowadzić z nim wywiad dla mojej strony internetowej animalattack.pl. Oczywiście nie proponowałem mu wtedy jeszcze współpracy nad filmem, ale po wywiadzie pozostaliśmy w kontakcie, a po pewnym czasie nasza relacja przerodziła się w zażyłą przyjaźń. W międzyczasie wkręciłem się w produkcję niemal bezbudżetowego filmu grozy – Blood Pigs. Był to oczywiście projekt zupełnie amatorski, ale zdobyłem pierwszy wpis do filmowego CV. Później wyprodukowałem krótkometrażowy Resonance, w którym zagrała moja ulubiona aktorka, Leilani Sarelle. Kiedy skończyliśmy prace nad tym filmem, odezwał się do mnie David i zaproponował mi udział w swoim najnowszym projekcie, One Warrior, który – jak wtedy myślałem – miał reżyserować (ostatecznie okazało się, że był scenarzystą i producentem wykonawczym). Zaproponował mi, żebym przyleciał popracować nad tym filmem jako jeden z producentów wykonawczych; żebym zobaczył, jak to działa.

Od tego zaczęła się nasza relacja. Potem powiedziałem mu, że jestem zainteresowany nakręceniem swojego własnego filmu, że mam konkretne pomysły i w pierwszej kolejności chciałbym zrobić B-klasowy horror o gumowym potworze, Wielkiej Stopie. David stwierdził, że ten pomysł ma jakiś potencjał, chociaż generalnie rynek jest już napchany filmami o tym stworze. Zaczęliśmy dopracowywać szczegóły i zastanawiać się, czy użyjemy efektów tradycyjnych, czy CGI. Potem zaczęło się zbieranie pieniędzy i szukanie inwestorów, ale to długa, skomplikowana historia. Zacząłem pracować nad tym filmem i od tej pory już się nie zatrzymałem.

Jakiś czas temu na KMF-ie ukazał się wywiad z Joshem Hadleyem, który twierdzi, że w dzisiejszych czasach niskobudżetowe kino gatunkowe praktycznie nie istnieje, że współczesna publiczność chce oglądać głównie filmy-zgrywy, które same siebie traktują ironicznie, jak choćby Sharknado. Z tego, co wiem, masz zupełnie inne podejście i traktujesz kino B-klasowe nieco bardziej na poważnie. Czy przy takiej strategii trudno jest zdobyć aprobatę widzów i – co może nawet istotniejsze – dystrybutorów?

Czytałem ten wywiad, ale nie wiem, co Hadley ma na myśli, mówiąc, że nie ma rynku na tego typu rzeczy, bo rynek generalnie jest na wszystko, chociaż niekoniecznie w mainstreamie. Podam Ci przykład: jest taki reżyser jak Brian Paulin, nazywany „mistrzem undergroundowego gore”, który nakręcił kiedyś dość znany w środowisku miłośników gatunku horror Bone Sickness. To właśnie z nim zrobiłem swój pierwszy film, który kosztował łącznie jakieś trzy tysiące dolarów. Jak teraz na ten film patrzę, to uważam, że jest nieoglądalny, nie jestem w stanie go zmęczyć. Przestało mnie bawić kino gore, szczególnie w wykonaniu amatorskim, gdzie reżyser gra jedną z głównych ról, a w tle leci undergroundowy metal.

Ale nawet Brian Paulin ma swoich oddanych fanów. Niedawno przeprowadził kampanię crowdfundingową w celu wydania swoich dwóch nowych filmów na DVD. Potrzebował chyba dwóch tysięcy dolarów, ale ostatecznie zdobył więcej. Kiedy widziałem komentarze na jego Facebooku, miałem wrażenie, że scena undergroundowego gore ma się znakomicie, a fani są gotowi do wspierania wszystkich pomysłów reżyserów takich jak Paulin, jednoczą się, wysyłają pieniądze itd. Oczywiście sam Paulin na tym nie zarabia, ale może kręcić kolejne filmy.

Z drugiej strony – na nowy film Uwego Bolla ludzie się nie chcieli zrzucać, mimo że z marketingowego punktu widzenia to byłby dla niektórych łakomy kąsek, bo te tytuły są przecież dystrybuowane na całym świecie na DVD i VOD. Dla producenta to jest dobra pozycja w CV, a CV to najistotniejsza rzecz w tej branży. Z kolei film Paulina, mimo że reżyser jest kojarzony przez miłośników horroru, nie jest zbyt dobrą pozycją. Ale tu się wszystko rozbija o dystrybucję – gdyby takie choćby Lionsgate wykupiło nawet tani film gore, mogłoby ten horror sprzedać w setkach tysięcy egzemplarzy, bo mają sieć dystrybucyjną we wszystkich krajach. Oczywiście sam Paulin pewnie nie zobaczyłby nawet dolara.

Ale wracając do tematu: mi się wydaje, że jest nisza na wszystko i rynek na wszystko. Chociaż muszę przyznać, że tanie filmy o budżecie od 100 do 500 tysięcy dolarów to jest trudna sprawa, bo tu się liczą głównie nazwiska, jakie masz w obsadzie, no i gatunek. Na przykład komedii romantycznej z takim budżetem nie da się sprzedać prawie w ogóle – jeśli zrobisz dramat obyczajowy albo komedię romantyczną z Jennifer Aniston i ją rozreklamujesz, to prawdopodobnie będzie hit. Jeśli zrobisz to samo, ale za małe pieniądze i bez Jennifer Aniston, to to się w ogóle nie sprzeda, nikt nie będzie chciał tego brać.

Ciekawy jest rynek kina chrześcijańskiego, chociaż to dla mnie już zupełna abstrakcja, bo tam duża część aktorów ma jakieś dziwne ksywki typu Johnny Believer. Prawie jak w pornolach. Ale te pseudonimy świecą dumnie na okładkach, więc coś musi w tym być, muszą być z tego jakieś pieniądze. Na religii można zresztą świetnie zarobić. Nie bez powodu film Bóg nie umarł zebrał kokosy.

claws1

Sześćdziesiąt milionów zysku przy dwumilionowym budżecie…

Mój dyrektor castingowy pracował nad tym filmem i oni tam realnego budżetu mieli chyba z pół miliona dolarów. Wszystko było kręcone przy bardzo niewielkich nakładach. Ale Kevin Sorbo zyskał dzięki tej roli wielką sympatię chrześcijańskiej widowni. Jeden z dystrybutorów mówił mi nawet, żebym zatrudnił Kevina Sorbo, bo można sporo kasy zarobić na chrześcijańskich widzach, nawet jeśli nakręcisz film, w którym Kevin Sorbo zabija smoki albo strzela z dzidy laserowej. Ludzie obejrzą te tytuły dla niego, mimo że normalnie nigdy by po coś takiego nie sięgnęli, bo to nie leży w kręgu ich zainteresowań. Ale chodzi o czystą sympatię do aktora.

Rynek filmowy ma wiele podobnych nisz, choć wiadomo, że grubych milionów z tych produkcji zazwyczaj nie ma. Filmy niezależne zawsze będą gwałcone przez dystrybutorów, którzy zgarniają większość pieniędzy i oszukują. Działają tu ogólne prawa rynku. Jeśli więc chodzi o kino B-klasowe, to faktycznie, do mainstreamu przebijają się raczej pastisze, parodie, filmy prześmiewcze. Na przykład wywodzący się z kina niezależnego Robert Rodriguez dostał się do głównego nurtu i kręci teraz filmy niby na poważnie, ale one przecież wcale poważne nie są – są głupawe i widać po nich, że reżyser kręci je w ten sposób specjalnie.

O to mi właśnie chodziło – czy nie wydaje ci się, że dzisiaj niskobudżetowe kino gatunkowe to w dużej mierze filmy, które celowo pokazują ci, jak bardzo są złe? Same siebie traktują z dystansem, są autoironiczne?

Ale to jest kwestia gatunku. Popatrz na kino akcji – masz serię Niezniszczalni, która nie jest prześmiewcza, a zbiera grube żniwo w postaci milionów w dystrybucji kinowej. Masz czwartego Mad Maksa, który jest trochę przerysowany, ale jest przy tym całkowicie na poważnie. Podczas gdy Rodriguez robi grindhouse dla samego grindhouse’u, Miller kręci film na serio – chociaż moim zdaniem producenci zmusili go do tego, żeby chociaż ten film nie wyglądał aż tak poważnie. Mówię tu przede wszystkim o specyficznej korekcji barwnej, która powoduje, że całość wygląda trochę abstrakcyjnie. Sam Miller przyznaje, że nie chciał aż tak żywych kolorów, bo przez to czwarty Mad Max wygląda trochę jak kreskówka. Są też przecież nowe części Rambo i Rocky’ego. Stare, poważne kino gatunkowe wraca jednak do łask.

Natomiast producenci i dystrybutorzy taniego kina gatunkowego – jak Asylum czy Science Fiction Channel – to trochę osobna kwestia. Oni kręcą takie, a nie inne filmy, bo to się ciągle dobrze sprzedaje. Zresztą SyFy to przecież telewizja, a telewizja rządzi się zupełnie innymi prawami niż kino. Gdyby chcieli zrobić film o inwazji rekinów na poważnie, potrzebowaliby budżetu porównywalnego do Jurassic Park. Przy mikroskopijnym budżecie mogą sobie pozwolić tylko na zgrywę. Zauważ, że te filmy nie mają zabawnych scenariuszy, stają się śmieszne dopiero w połączeniu ze słabymi efektami CGI. Zaczyna się z tego robić parodia, ale to kwestia funduszy, a nie założeń scenariuszowych.

Warto zresztą dodać, że na przykład SyFy nie robi filmów, tylko je kupuje. I trzeba z nimi strasznie długo negocjować. Rozmawiałem z nimi przy okazji Night Claws, ale nie mieliśmy szansy się dogadać, bo oni chcą cyfrowe potwory, a nie gumowe, bo uważają, że gumowe potwory to pieśń przeszłości. Możesz im mówić do woli, że tanie efekty cyfrowe wyglądają żenująco śmiesznie, ale oni ci zawsze odpowiedzą, że tego oczekuje młodzież. I nawet jeśli ta młodzież się śmieje, to i tak prędzej kupi coś takiego niż efekty tradycyjne. Coś w tym może jest, bo niektórzy młodsi widzowie Night Claws rzeczywiście uważają, że ten film ma gorzej wyglądającego potwora niż produkcje Asylum. Z kolei większość starszych widzów gardzi CGI, ale starsi to jednak mniejszość, która rzadziej siada przed telewizorem. Stąd cała presja na efekty cyfrowe w tego typu telewizji.

Natomiast Sharknado to tak naprawdę jakiś dziwaczny pomysł, któremu Sci-Fi Channel dało szansę i który jakimś cudem się opłacił – miał bardzo wysoką oglądalność, a to przełożyło się oczywiście na wielki zysk. Dlatego teraz zaczęła się moda na przekrzykiwanie się pod względem B-klasowego absurdu. Powstawały wcześniej głupawe filmy o śnieżnych rekinach czy o rekinie-duchu, ale nie zarobiły wiele. Może chodzi więc o to, że Sharknado opiera się na naprawdę absurdalnym pomyśle, a w obsadzie pojawiły się przebrzmiałe gwiazdy.

Chodzi o Tarę Reid?

Tara Reid to naprawdę dobre nazwisko na rynku i jedna z niewielu aktorek, które mają jakąś – brzydko mówiąc – wartość finansową. Jej nazwisko sprzedaje filmy.

Czyli w świecie B-klasy Tara Reid ciągle jest gwiazdą?

Tak. Rozmowy z nią zaczynają się od stu tysięcy dolarów za rolę. Na tym polega magia rynku niskobudżetowego – ci ludzie często zarabiają większe pieniądze niż gwiazdy Hollywood.

???

Gwiazda Hollywood pracuje nad jednym filmem co najmniej trzy miesiące. Tara Reid przychodzi na plan na tydzień i dostaje sto tysięcy dolarów. No i powiedz – kto tu wygrał?

Bardzo lubię te wszystkie komentarze o przebrzmiałych gwiazdach, że ci ludzie się skończyli, że już nic nie znaczą, że muszą sobie dorabiać, grając w B-klasowych filmach. Tymczasem oni zarabiają na tym świetne pieniądze. Taki Christian Slater bierze minimum 150 tysięcy dolarów tygodniowo. A w jakim dużym filmie kinowym go ostatnio widziałeś? Podobnie Billy Zane. Chcieliśmy go zatrudnić na jeden dzień do One Warriora, ale jego agent powiedział, że rozmowę możemy zaczynać od stu tysięcy dolarów. I nieważne, o czym jest scenariusz, o czym jest film; masz sto tysięcy, to masz jeden dzień z Billym Zane’em.

relentless2

Przecież on nie grał w niczym znanym od dwudziestu lat!

Owszem, ale to niewiele zmienia. To ciągle jest dobre nazwisko.

Udało ci się jednak zatrudnić Erika Robertsa.

Eric Roberts lubi grać w filmach, lubi być podziwiany i rozpoznawany, ma gigantyczne ego. Jeśli gra w blockbusterze, to wszyscy traktują go jak drugoligowego aktora – a jeśli wybiera niskobudżetowy horror czy film akcji, to na planie patrzą na niego z wielkim podziwem. Dlatego jeździ po całych Stanach z planu jednego taniego filmu na plan innego taniego filmu.

Dlatego zgodził się na przykład podkładać głos pod gadającego kota w filmie Davida DeCoteau?

Tak, to jeden z chyba pięciu jego projektów z Davidem DeCoteau. Nie mam pojęcia, co się tam działo na planie, bo te filmy są kompletnie nieoglądane. DeCoteau to reżyser-gej, który lubi zatrudniać chłopców, żeby brali prysznice i się masowali przed kamerą. Film nazywa się na przykład Tajemnica ducha i masz w nim dwie minuty z duchem i godzinę masujących się chłopców. W czasach kaset wideo to był jeden z tych reżyserów, którym dajesz 300 tysięcy dolarów i pięć dni na nakręcenie filmu, a on ci potem przynosi gotowy produkt. Ale nie wiem, jak zaczęła się jego współpraca z Robertsem. Pewnie Eric przyszedł po prostu na jeden dzień do studia, nagrał kwestie gadającego kota i zgarnął czek.

Zastanawia mnie to, co mówisz. Przecież skoro odbiorcami telewizji są dzisiaj głównie nastolatki, to nazwiska takie jak Tara Reid czy Billy Zane nic im nie mówią.

Tara Reid jest akurat dość znana nawet wśród młodych ludzi, bo grała w wielu komediach – jak choćby American Pie – które ciągle są chętnie oglądane, a do tego pojawiała się w „Playboyu” i w różnych programach dla celebrytów. Ludzie wciąż ją kojarzą, choć czasami nie wiedzą nawet skąd. Christian Slater czy Billy Zane to z kolei silne nazwiska –niekoniecznie w telewizji, ale na rynku DVD. Zane grał przecież w Titanicu. Podobnie jest na przykład z Vernonem Wellsem, którego nazwisko ciągle sporo znaczy ze względu na Commando i drugiego Mad Maksa. Mimo że to stare filmy, ciągle mają swoją siłę, a kolejne pokolenia widzów oglądają je przy okazji telewizyjnych powtórek.

Jesteś nie tylko producentem filmów, ale też kolekcjonerem starych kaset wideo. Czy widzisz jakąś dużą różnicę w produkcji i dystrybucji filmów gatunkowych ćwierć wieku temu i dzisiaj?

Tak. Kiedyś znacznie łatwiej było sprzedać film. Dzisiaj jest bardzo trudno. Głównym powodem tej zmiany jest technologia.

PicMonkey Collage

Piractwo?

Też, ale chodzi mi raczej o tanie kamery. Miliony ludzi zapragnęły kręcić filmy, choć większość z nich nie ma o tym pojęcia. Kręcą gówniane rzeczy, ale dystrybutorzy dostają dzięki temu kartę przetargową, żeby oferować filmowcom naszego pokroju coraz to mniejsze pieniądze. Kiedyś, żeby nakręcić film i opchnąć go jakiemuś dystrybutorowi, trzeba było jednak reprezentować jakiś poziom, kupić taśmę, załatwić sprzęt itd. Dzisiaj jest coraz więcej tanich kamer cyfrowych, które spełniają wymogi filmowe, więc młodzi ludzie, którzy nigdy by nie pomyśleli, żeby kręcić filmy, zaczynają to robić. Z jednej strony jest to godne pochwały, bo każdy może spróbować, ale w większości przypadków za produkcję biorą się ludzie bez talentu. Potem próbują sprzedawać te filmy dystrybutorom, a oni mogą nam dyktować dowolne warunki, bo mają bardzo szeroki wybór.

Dlatego też teraz najważniejsze są nazwiska, które masz w obsadzie. Kiedyś wystarczał jeden znany aktor – najlepiej w głównej roli, ale niekoniecznie. Mogłeś mieć film tylko ze Stevenem Seagalem albo Dolphem Lundgrenem. Teraz dystrybutor oferuje te same pieniądze, ale chce, żebyś zatrudnił jeszcze dwa albo trzy znane nazwiska w rolach pobocznych. Producent musi więc ponieść kolosalne wydatki, żeby otrzymać tyle samo pieniędzy, ile wcześniej dostawał za film z tylko jednym znanym aktorem. Coraz trudniej zarobić na tym pieniądze, bo budżety tych filmów muszą rosnąć.

Czy to się w takim razie jeszcze opłaca?

Nie ukrywam, że to nieustająca walka – raz na wozie, raz pod wozem. Dużą rolę odgrywa tu gatunek i nazwiska. Im bardziej chwytliwy podgatunek wybierzesz, tym lepiej. A najlepiej podpiąć się pod coś, co jest akurat modne. Kiedy triumfy na ekranach święciła Obecność Jamesa Wana, dystrybutorzy pisali do nas: „po co robicie filmy o tym i tym, zróbcie jakiś film o egzorcyzmach, my to weźmiemy w ciemno, byle było chociaż jedno znane nazwisko”. A ja nie chcę, kurwa, robić filmu o egzorcyzmach! Rzygam filmami o egzorcyzmach! Nie mogę robić czegoś wbrew sobie. Ale większość ludzi ulega takim sugestiom, bo jeśli chce się pracować w tym biznesie na poważnie, to trzeba zarabiać. Tylko że wtedy jesteś dziwką, a nie filmowcem. Dystrybutor mówi ci: „chcę dwa filmy o dwugłowych dinozaurach”; a ty nie pukasz się w czoło, nie mówisz, że to będzie głupie, tylko pytasz: „jakie to mają być dwugłowe dinozaury?”. I kręcisz. A za chwilę ktoś ci każe zrobić komedię erotyczną, więc kręcisz komedię erotyczną. Tak pracują na przykład Jim Wynorski i Fred Olen Ray, którzy reżyserują teraz jakieś filmy dla sfery erotycznej Cinemaksu, gdzie puszcza się tanie erotyki po godzinie 23. I tak to działa.

Czyli mimo tego, że dzisiejsza technologia pozwala na dystrybuowanie filmów samemu, to władza dystrybutora jest większa niż kiedyś?

Władza dystrybutora jest prawdopodobnie tak samo ogromna jak zawsze, chociaż trudno mi porównywać, bo pracuję w tym biznesie od niedawna. Ale podam ci przykład. David A. Prior przywiózł na targi w Cannes trailer filmu Night Wars. Obejrzał go szef studia Sony, ogromna osobistość, i zadał tylko jedno pytanie: „gdzie są cycki?”. David mu tłumaczy, że film jest o traumie wojennej, a facet odpowiada: „nie interesuje mnie, o czym jest film. Gdzie są cycki? Widownia chce cycki”.

Ale teraz widownia już nie chce cycków.

Jak to? Dzisiejsza widownia nie chce cycków?

Nie. Dzisiaj film sprzedaje się głównie z myślą o prawach dla wszelakich telewizji, a telewizje nie chcą golizny w filmach. Dlatego musiałem stoczyć sporo walk o to, żeby w Night Claws była choć jedna dyskretna scena topless na początku filmu. Telewizje sobie tego nie życzą. Nie chcą też zbyt wielu tak zwanych tekstów profanujących, czyli po prostu bluzgów. Trochę ich może być, ale nie za dużo.

Kino i telewizja typu HBO brutalnieją, ale większość telewizji wyświetlających filmy niskobudżetowe nie chce nagości, przesadzonych bluzgów czy na przykład rasistowskich tekstów. Są na to bardzo wyczuleni. Powiedziałbym, że nawet łatwiej się z takimi treściami wybronić w mainstreamie niż w świecie tanich filmów. Kino niskobudżetowe musi dziś uważać na wszystko, byle tylko udało się sprzedać licencję.

deadliest2

Przejdźmy więc do twojego najnowszego filmu, Relentless Justice. Udało ci się zatrudnić bardzo ciekawe nazwiska z ery VHS – Teda Priora, Vernona Wellsa, Leilani Sarelle, Erika Robertsa. Trudno było zebrać taką obsadę przy ograniczonym budżecie?

Tak. Miałem bardzo dużo problemów na etapie castingu, zresztą chyba tylko przy Night Claws poszło mi jak z płatka i niepotrzebnie nastawiłem się na to, że zawsze będzie łatwo. W tym przypadku było wyjątkowo trudno. Najwięcej problemów było z Leilani, a nie wyobrażałem sobie nikogo innego w tej roli, bo scenariusz pisałem z myślą o niej. Założyłem sobie, że – jak to ujął Tomasz Knapik na VHS-owym wydaniu Wściekłych psów – możemy zrobić ten film na dwa sposoby: mój albo chuj. Nie chciałem nikogo innego, bo ona była idealna do tej roli, doskonale wiedziałem, co potrafi. Problem polegał na tym, że jej nowy menedżer chciał za dużo pieniędzy, stawiał dziwaczne wymagania, no i jej córka wciąż chodziła do szkoły, a ona nie miała z kim jej zostawić. Wszystkie te problemy doprowadziły mnie do poważnego ataku serca. Na szczęście skończyło się pozytywnie, przełożyliśmy zdjęcia o dwa tygodnie, ustaliłem z Leilani najważniejsze kwestie osobiście i się udało.

Nie było też łatwo pozyskać Marka Rolstona, bo był właśnie sezon pilotowy w USA, a w tym czasie zdobyć aktora, który cokolwiek znaczy, to masakra, bo menadżerowie i agenci robią swoim klientom wodę z mózgu, powtarzając: „na pewno będziesz miał własny serial, musisz zostać w Los Angeles i chodzić na castingi”. Ostatecznie znaczna większość z tych aktorów nie dostaje swojego serialu ani nawet gościnnego odcinka i zostają z niczym. Mimo tego musieliśmy sporządzić kontrakt w taki sposób, żeby Mark mógł opuścić plan w dowolnej chwili, gdyby nagle dostał lepszą propozycję w serialu. Davidowi to się bardzo nie podobało, ale wymarzyłem sobie, że jeśli ktoś ma grać w moim filmie najemnika, to powinien to być Mark Rolston. Rolston grał bandziora i rasistę w jednym z moich ulubionych filmów z dzieciństwa, Najlepszym z najlepszych 3. Kiedy zobaczyłem ten film, bardzo chciałem być bandziorem i rasistą, mimo że miałem dziewięć lat i nie wiedziałem, kto to jest rasista.

Co zabawne, najłatwiej było z Erikiem Robertsem. Udało nam się go zdobyć trochę po znajomości, bez korzystania z pomocy agentów i menadżerów. Nie było żadnych problemów, mimo że Eric kręcił wtedy chyba dziesięć filmów naraz. Podobnie udało się z Vernonem Wellsem – zgodził się od razu.

Casting był ogółem bolesny i kosztowny, bo aktorom trzeba było zapłacić poważne pieniądze, często nieadekwatne do ich wartości rynkowej. Nie mówię oczywiście o Tedzie Priorze, który jest bratem reżysera. On akurat przyjechał na plan po kosztach i zgodził się w dodatku pełnić funkcję asystenta reżysera.

Z Leilani był też ten problem, że musiała nauczyć się australijskiego akcentu, bo sobie wymarzyłem, żeby jej postać była z Australii. No i musiała fizycznie przygotować się do roli – chodzić na siłownię i fitness na swój koszt. Producenci blockbusterów za to płacą, dostajesz wtedy prywatnego trenera, który mówi ci dokładnie, co masz robić, a ty się niczym nie przejmujesz. Ale my kręciliśmy film niskobudżetowy, więc Leilani słuchała akcentu australijskiego z taśm i biegała na pobliską siłownię. To była chyba najbardziej wymagająca rola w jej karierze.

W Relentless Justice pojawia się ten sam wątek, co w Deadly Prey i Deadliest Prey – wątek polowania na człowieka-ofiarę. To jeden z twoich ulubionych motywów fabularnych?

Nie do końca. Szczerze mówiąc, to bardzo ogólnikowe podobieństwo. Ja się tu w ogóle nie sugerowałem Deadly Prey i powiem ci zaraz dlaczego. Chciałem, żeby Relentless Justice było bardziej czymś w stylu Nieuchwytnego celu Johna Woo. W przypadku Deadly Prey mamy weterana z Wietnamu, który walczy z najemnikami – to pojedynek profesjonalistów. Relentless Justice opowiada z kolei o małej miejscowości, w której grupa psychopatów bawi się w polowanie na przyjezdnych. Nie mają jednak w tym zakresie specjalnych umiejętności. Jak można zobaczyć w filmie, zależało mi na tym, żeby to byli ludzie z krwi i kości, a nie maszyny do zabijania. Dlatego na przykład finałowe sceny walki są krótkie, bo nie mamy do czynienia z komandosami, którzy przyjmą wiele ciosów, ale ze zwykłymi ludźmi, którzy mają po prostu wyjątkowo krwawe hobby.

Chciałem, żeby to był realistyczny film, a nie Mortal Kombat. Po to w Relentless Justice postać Marka Rosltona – którego imię, Mangine, jest zresztą hołdem dla reżysera Neon Maniacs, Joe Mangine’a – żeby trochę ożywił film, bo to najemnik, który rzeczywiście może stworzyć jakieś zagrożenie. Poza tym nie ma wielu scen walk. Muszę przyznać, że nie lubię sceny pojedynku między Leilani Sarelle a Lisą Langlois, bo Lisa nie ma najlepszej koordynacji ruchowej. Jest za to silna w gębie, no i to bardzo dobra aktorka.

PicMonkey Collage

Udało Ci się zrealizować filmy w ulubionych gatunkach – najpierw monster movie, potem sequel Deadliest Prey, teraz thriller o zemście.

No i do tego Assassin’s Fury, do którego niedawno skończyliśmy zdjęcia. To już jest kino akcji pełną gębą, zresztą nie ukrywam, że w tym wypadku scenariusz pisaliśmy po reakcji dystrybutorów na Relentless Justice. W Assassin’s Fury będzie zdecydowanie więcej strzelanin i bijatyk, żeby to się lepiej sprzedało.

Właśnie – planujesz w przyszłości dostosowywać się trochę bardziej do wymogów dystrybutorów czy raczej robić to, co lubisz, i próbować się z tym przebić do szerszej publiczności?

To jest trudna sprawa. Zawsze próbuję się przebijać z tym, co lubię, ale w pewnym momencie kończą się po prostu pieniądze, inwestorzy nie chcą dalej współpracować, więc nie da się kręcić cały czas tego, co się chce. No chyba że się jest Quentinem Tarantino. Postanowiłem sobie jednak, że poniżej pewnego poziomu nie chciałbym schodzić. Nie interesuje mnie kręcenie filmu za dziesięć czy dwadzieścia tysięcy dolarów, bo wtedy właściwie nic nie można zrobić. Niby da się zrobić film za każdą kwotę, ale mnie to nie cieszy. Ja oczekuję przede wszystkim dobrego aktorstwa, bo to jest dla mnie najważniejsze. I nie obchodzi mnie, że taka deklaracja może brzmieć śmiesznie, kiedy mówię o filmach o Wielkiej Stopie. Ale nawet Night Claws ma specyfikę aktorską dostosowaną do tego typu kina. Każdy w tym filmie wie, gdzie gra i jak powinien grać. Zawsze staram się dostosować aktorów do ról, bo aktorstwo jest dla mnie ważniejsze niż na przykład fizyczne predyspozycje. Nie zatrudniłbym karateki tylko dlatego, że będzie dobrze kopał w scenach walk, skoro później musiałby zagrać w scenach dialogowych.

Robienie filmów to walka wiecznych wyrzeczeń. Owszem, chciałbym kręcić bardzo konkretne filmy, ale można mnie tez wynająć i wtedy będę robił to, co ktoś sobie zażyczy. Nie mam z tym problemu. Ale jeśli kręcę na podstawie swojego scenariusz, to chcę, żeby było po mojemu. Oczywiście nie wiem, jak długo uda mi się utrzymać na rynku. Zobaczymy, jakie wyniki finansowe przyniosą Relentless Justice i Assassin’s Fury. Uważam jednak, że jeśli nie będę mógł robić tego, na czym mi zależy, z ludźmi, na których mi zależy, to nie ma sensu w ogóle kontynuować. Jeśli nie możemy spełniać swoich pasji, to stajemy się niewolnikami bez duszy.

Czyli nie miałbyś żadnej przyjemności z kręcenia filmu o egzorcyzmach dla kogoś, kto po prostu chce sprzedać film o egzorcyzmach?

Nie. Temat musi mnie interesować, a filmy o egzorcyzmach w ogóle mnie nie interesują. Nie napiszę też scenariusza do komedii, dramatu czy filmu religijnego, bo nie umiem pisać tego typu rzeczy, nie jestem zawodowym scenarzystą. Umiem pisać scenariusze – albo wydaje mi się, że umiem – do tego, na czym się znam. Wychowałem się na filmach akcji i horrorach, widziałem ich tysiące, ciągle je oglądam, wyszukuję aktorów itd. To dla mnie wieczna praca, która jest jednocześnie przyjemnością – uwielbiam szukać talentów w niskobudżetowych filmach. Nie zamieniłbym tej pracy na nic innego, ale muszę danego aktora lubić i doceniać, żeby chcieć z nim pracować. Nie zamieniłbym dobrej, ale mało znanej aktorki na Angelinę Jolie nawet gdybym mógł.

Uważam, że aktor musi mieć przede wszystkim umiejętności, a nie nazwisko. Dlatego nigdy nie próbowałem zatrudnić na przykład Christiana Slatera, Michaela Madsena czy Toma Sizemore’a. Mam w nosie to, że oni prezentują swoimi nazwiskami wartość marketingową. Już Eric Roberts był mi poniekąd nie po drodze, bo do tej roli wymarzyłem sobie Henry’ego Silvę – nawet nazwisko bohatera, Lanzetta, odnosi się do postaci granej przez Silvę w filmie Il Boss Fernanda Di Leo. Niestety okazało się, że Silva jest na emeryturze, a jego stan zdrowia nie jest najlepszy. Ale Eric Roberts to też całkiem niezły wybór, bo jak chce, to gra bardzo dobrze. Z tym, że to nie był mój wymarzony aktor. Pomysł pojawił się dopiero w momencie, kiedy szef castingu powiedział: „słuchajcie, myślę, że mogę wam załatwić Erika Robertsa do filmu”. Czasem się właśnie tak trafia, że ktoś podrzuci ci jakiś pomysł, chociaż ja staram się pisać role pod konkretnych aktorów.

Przy Assassin’s Fury do głównej roli miałem trzy nazwiska. Pierwsza osoba podziękowała. Potem kontaktowałem się z aktorką z Australii, która jest moim zdaniem absolutnie wybitna. Tu również nie było odzewu. Została mi trzecia opcja i udało się – zarówno menedżerka, jak i jej klientka zgodziły się, mimo że zaoferowałem relatywnie niewielkie pieniądze. Niestety, na tydzień przed rozpoczęciem zdjęć aktorka doznała kontuzji i zerwała mięsień, co wymagało włożenia ręki w gips, więc znowu musiałem przesuwać zdjęcia, tym razem o cały miesiąc. Straciłem na tym dużo pieniędzy i nerwów. Potem okazało się, że muszę ją jednak zmienić, bo kontuzja wymaga dłuższego leczenia. Udało mi się złapać kontakt z Australijką, ale dziewczyna potrzebowała wizy do Stanów Zjednoczonych. A potem w dodatku wypadł jej dysk.

W takiej sytuacji stajesz przed sporym dylematem, bo pisałeś scenariusz i wyobraziłeś sobie konkretne trzy aktorki w danej roli. Ja właśnie w ten sposób piszę postacie – wyszukuję sobie kilku wykonawców, którzy mi idealnie pasują. I kiedy na przykład cała trójka odpada, zaczyna się problem, bo muszę nakręcić film, dużą część pieniędzy już wydałem i na gwałt szukam dobrego zastępstwa.

relentless

Trudno jest znaleźć zastępstwo w takiej sytuacji?

Często tak. Miałem ostatnio taką sytuację, że szukałem konkretnej aktorki. Napisałem do potężnej agencji w Los Angeles, zaproponowałem konkretną kwotę. Po tygodniu odpowiedzieli mi, że dziewczyna bierze przynajmniej 250 tysięcy dolarów za rolę w małym, niskobudżetowym filmie, mimo że nie ma na koncie żadnych ról w znanych tytułach. Do tej astronomicznej kwoty musisz jeszcze doliczyć koszt ubezpieczenia, prowizję dla agencji itd. Zresztą agencje wszystko utrudniają. Jak nie znasz aktora osobiście, to prawie nie ma szans, żebyś zatrudnił kogoś, na kim ci zależy. Agencja wysyła aktorów na castingi do seriali, a z niezależnymi producentami w ogóle nie chce rozmawiać.

To z kim najbardziej chciałbyś pracować?

Trudno wymienić wszystkich, ale jestem szczęśliwy, że już miałem okazje pracować z większością moich ulubionych aktorów. Najbardziej zależy mi chyba na współpracy z Larą Cox – nie udało mi się niestety zatrudnić jej do Assassin’s Fury, choć próbowałem trzykrotnie; a także z Jessiką Napier, którą odkryłem niedawno, oglądając horrory z lat dziewięćdziesiątych. Byłem do tego stopnia pod wrażeniem jej talentu, że zacząłem oglądać Córki McLeoda – australijski serial obyczajowy o grupie kobiet, które prowadzą stadninę, więc totalnie nie moje klimaty. Gdyby ktoś mi wcześniej powiedział, że kiedykolwiek się za taki serial zabiorę, to bym go chyba zabił śmiechem. Ale uważam, że Jessica jest absolutnie wybitna, szczególnie w krótkich metrażach, jak na przykład w sześciominutowym The Letter, gdzie świetnie odegrała skrajne emocje.

Uważam, że kobiety potrafią grać emocje lepiej od mężczyzn. To jak z kolorami – ja widzę czerwony, ona widzi czterdzieści różnych odcieni. Jessikę też zresztą próbowałem zatrudnić, ale – jak na złość – zaszła w ciążę. I nie pomogły nawet zapewnienia, że scena walki, którą miała w scenariuszu, będzie bardzo bezpieczna.

Ale idźmy dalej – Olivia d’Abo to jedna z moich ulubionych aktorek, uważam ją zresztą za najlepszą aktorkę wszechczasów. To, co widzę w jej kreacjach (a poświęciłem czas, żeby obejrzeć wszystkie jej filmy), to po prostu gejzer najróżniejszych emocji. Też próbowałem ją zatrudnić do Assassin’s Fury, ale rola była zbyt brutalna i wymagająca fizycznie. Jej piosenka, Revolution, znalazła się natomiast na soundtracku do Relentless Justice.

Problem z aktorkami jest taki, że one często po prostu nie chcą grać w brutalnym kinie gatunkowym, wolą dramaty lub komedie. Jeśli chodzi o aktorów, z którymi chciałbym pracować, to lista jest bardzo długa. Zresztą nie mogłoby być inaczej, skoro dorastałem w latach dziewięćdziesiątych i byłem zakochany w B-klasowym kinie akcji. Tak więc przede wszystkim Steven Berkoff, Peter Stormare, Lance Henriksen i Karel Roden. Ale z tym ostatnim jest ten problem, że mieszka sobie w Pradze i nie ma najmniejszej ochoty przeprowadzać się do Stanów. Na podobny kłopot natrafiam często w przypadku aktorów australijskich, którzy nie chcą mieszkać w Hollywood, wolą grać u siebie.

Bardzo lubię aktorów australijskich i brytyjskich, bo oni zwykle pokończyli świetne szkoły, pracowali w teatrze, długo ćwiczyli. W Stanach możesz zostać aktorem po dwutygodniowym kursie, jeśli cię gdzieś polecą. Zdarzają się takie kwiatki jak na przykład Margot Robbie – fatalna aktorka, która w większości swoich australijskich filmów grała po prostu tragicznie.

Ale to nie jest uczciwy biznes. Wybitnie utalentowani aktorzy i aktorki często nie mogą znaleźć pracy, bo nie mają pleców. Gdyby mi ktoś dał budżet stu milionów dolarów, to mógłbym nawet pracować za darmo, byle tylko wypromować kilka nazwisk, które bardzo na to zasługują. No, ale nikt mi nie da stu milionów na film z Michaelem Ironsidem w roli głównej. Albo z Lance’em Henriksenem.

Henriksen ciągle dałby radę zagrać w filmie akcji?

Pewnie! Lance ciągle chodzi na siłownię i trzyma się świetnie, podczas gdy na przykład o wiele młodszy Michael Biehn ledwo stoi na nogach. Ale akurat Biehna nie za bardzo lubię, to dla mnie straszny mydłek, taki Orlando Bloom lat osiemdziesiątych. W każdej roli był dokładnie taki sam, nawet w Tombstone. Zresztą miał tam duet z Valem Kilmerem, bardzo do siebie pasują pod tym względem.

Właśnie – czy Kilmer to też ciągle dobre nazwisko w kinie niskobudżetowym?

Bardzo dobre. Zasada jest taka – aktorzy mają wartość marketingową, jeśli nie grają rocznie w zbyt wielu filmach. Na przykład Eric Roberts obskakuje kilkadziesiąt filmów rocznie i zaczyna tracić jakąkolwiek wartość. Gra w nieoglądanych śmieciach, których cały budżet idzie właśnie na jego gażę. Dlatego do roli w Relentless Justice wolałbym Kilmera, bo bym na tym dużo zarobił. Gdyby tylko Kilmer nie był tak kurewsko drogi…

Ludzie niby mówią, że się spasł i że nic nie prezentuje aktorsko. Zawsze mnie to śmieszy, bo Kilmer w tym czasie idzie do banku i realizuje kolejne tłuste czeki. Gra w czterech filmach rocznie, za każdy dostaje blisko milion dolarów i się niczym nie przejmuje. Tylko raz, jak miał poważne kłopoty finansowe, to ktoś go skusił kwotą stu tysięcy za jeden dzień zdjęciowy.

To samo jest ze Stevenem Seagalem, ale on zarabia od miliona wzwyż i nie opłaca się z nim pracować, bo koszta rosną na każdym poziomie. No i Seagal ma w kontrakcie, że na planie może przebywać maksymalnie trzy godziny dziennie. Dlatego we wszystkich tych jego rumuńskich filmach grają dublerzy, a Steven wychodzi z przyczepy tylko wtedy, jak reżyser już naprawdę musi wepchnąć na ekran jego mordę. Seagal rujnuje zresztą ekipy filmowe. Poznałem wiele osób, które z nim pracowały, i nie spotkałem jeszcze nikogo, kto by miał o nim dobre zdanie.

Bardzo dziękuję za rozmowę!

Grzegorz Fortuna

Grzegorz Fortuna

Miłośnik polskiej kultury filmowej okresu transformacji, dawnego włoskiego kina gatunkowego, filmu grozy i współczesnej popkultury. Członek kolektywu VHS Hell. Zainteresowany wszystkim tym, co zapomniane lub niedocenione. Bardzo lubi kebab.
Grzegorz Fortuna

Latest posts by Grzegorz Fortuna (see all)












Przeczytaj jeszcze



Poprzedni tekst

"Król życia" Stańczykiem

Następny tekst

MARSJANIN



OSTATNIE KOMENTARZE NA STRONIE