publicystyka filmowa

Wszystkie grzechy i dziwactwa WALERIANA BOROWCZYKA. Od awangardowej animacji po kino erotyczne

Autor: Maja Budka
opublikowano

Walerian Borowczyk. Artysta totalny: reżyser, scenograf, malarz, grafik, eksperymentator i prowokator. Polak wychwalany i nagradzany  za granicą, w Polsce niemalże zapomniany. Dzięki swoim groteskowym i surrealistycznym animacjom oraz wysublimowanym filmom erotycznym, pełnym jędrnych piersi oraz owłosionych łon, jednych wprawiał w osłupienie, drugim czerwienił policzki. 

Urodził się 21 października 1923 roku w Kwilczu pod Poznaniem. Studiował malarstwo i grafikę w krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych, a w międzyczasie realizował krótkie amatorskie filmy eksperymentalne, dokumentalne oraz non-camerowe (malowane bezpośrednio na taśmie). Przede wszystkim jednak był cenionym grafikiem. W pierwszej połowie lat 50. uprawiał krytykę polityczną, publikował w pismach swoje rysunki satyryczne. Po przeprowadzce do Warszawy w 1954 roku współtworzył polską szkołę plakatu, projektując dla teatrów i filmów. Spod jego rąk wyszły postery do filmów takich jak: Siódma pieczęć Ingmara Bergmana, Sąd boży Raymonda Bernarda, Sobór w Konstancji  Otakara Vavra, Korzenie Benito Alazrakiego czy Prawdziwy koniec wielkiej wojny Jerzego Kawalerowicza.

Walerian Borowczyk był multiinstrumentalistą, uprawiał wiele gatunków sztuki, ale to animacja wryła się głęboko i zakorzeniła w jego twórczości. A zacząć należy od roku 1957. Powstało wtedy kilka filmów uchodzących za manifesty przemian w polskiej animacji. Historia jej początków dzieli się po dziś dzień na okres przed oraz po Borowczyku-Lenicy. Dwóch cenionych grafików, absolwent ASP oraz architekt z zawodu, mieli w niedługim czasie zmienić sposób patrzenia na sztukę ruchomych obrazków. Ich krótkometrażowa animacja, Był sobie raz…, stała się głośnym zwiastunem nowatorskiej polskiej szkoły animacji. Dzieło to nie miało scenariusza, zrealizowano je za pomocą dziwacznej i pogardzanej techniki wycinkowej. Przede wszystkim zrywało jednak z tradycyjną narracją na rzecz luźnego i swobodnego ciągu obrazów. Jak wspomina Jan Lenica:

 Zamierzaliśmy nakręcić prostymi środkami film dla dzieci. Ożywione papierki, wycinanki z gazet, rysunki kredkowe. Wciągnęły nas możliwości stosowania abstrakcji i pure nonsensu.

W taki oto sposób powstała prosta historia o niepozornej czarnej plamie na czterech nóżkach. Napotyka ona na swej drodze barwne skrawki papieru, udaje Charliego Chaplina, tańczy w rytm jazzowej muzyki, by w końcu trafić do muzeum, rozkoszować się widokiem Mony Lisy oraz utonąć w abstrakcyjnej kompozycji. Animacja ta była absolutną nowością. Nie przypominała niczego, co dotychczas powstało na polskim podwórku. Była radosną, niezobowiązującą zabawą. Prostym plastycznym żartem pozbawionym jakichkolwiek alegorycznej wymowy.

Rok później zaś powstał jeden z najbardziej enigmatycznych filmów animowanych w twórczości tandemu Borowczyk-Lenica. Ostatni wspólny, ale i najważniejszy. Dom utorował drogę do międzynarodowej kariery obu twórców, zdobywając główną nagrodę na Międzynarodowym Konkursie Filmów Eksperymentalnych w Brukseli. Tajemnicza i nieprzenikniona animacja wywołała żywą dyskusję, podczas której jeden z widzów zauważył, iż sprawia ona wrażenie, jakby została nakręcona na Marsie. W odpowiedzi Borowczyk oznajmił jedynie „Ja jestem z Marsa”. Dom to ciąg surrealistycznych obrazów skomponowanych, jak sam współautor podpowiada, jak zbiór wierszy. W kolejnych sekwencjach oczom widza ukazują się walczący szermierze ze starych fotogramów, ożywiona peruka, która wypija mleko i tłucze szklankę, postacie ze starych fotografii i rycin czy wreszcie kobieta, która z czułością pieści i całuje głowę manekina. Dzieło polskiego duo to film kombinowany, wykorzystujący zarówno grę aktorską, jak i różne techniki animacji: wycinankę, kolaż, animację przedmiotów, mocno inspirowany francuską awangardą.  

Dom nadał nową, bardziej otwartą i pojemną formę polskiej animacji dla dorosłych, choć nie został przyjęty tak ciepło i entuzjastycznie jak w Brukseli. Na pewno jednak jego skromnym twórcom udało się podnieść status rodzimej animacji do rangi sztuki poważnej oraz przejmującej. Nie była jedynie formą mało wartościową i pogardzaną, rozumianą jako twórczość przeznaczona dla dzieci, bez większych ambicji artystycznych oraz plastycznych.

Dziwaczny, awangardowy cyrk Borowczyka nie spoczął na laurach. Artysta tworzył dalej swą kuriozalną i ekstrawagancką sztukę. Wolną, intermedialną, niezależną. Na przykład Szkołę z serii ożywionych obrazów. Ukazuje ona absurdalną musztrę człowieka-robota, złożonego z munduru i karabinu, który – gdy zapada noc – śni o kobiecych nogach tańczących kankana. Utwór obfituje w absurdalny, wręcz surrealistyczny humor. Całość zaś ujawnia sprzeciw wobec wojskowego drylu i ślepego posłuszeństwa, odbierającego człowiekowi jego osobowość.

Walerian Borowczyk od początku swej działalności traktował film animowany jako formę sztuki wysokiej. Nic więc dziwnego, że w Walcie Disneyu i jego magicznym świecie dziecięcych marzeń znalazł największego wroga, swoiste zaprzeczenie jego idei. Obciążał go wieloma grzechami, między innymi uciążliwym dążeniem do realizmu czy przemianą animacji w przemysł. Dosłowny, pedantyczny rysunek w Disneyowskich filmach był dla Polaka zdradą wyobraźni oraz zdradą samej animacji. Zaprogramowanym komunikatem, odrzucającym otwartą strukturę, zachęcającą do wielokrotnej interpretacji.

O innych dziełach, takich jak Nagrodzone uczucia, Teatr Pana i Pani Kabal czy Encyklopedii Babuni w 13 tomach, można pisać i pisać. Przemknijmy zatem mimochodem do Paryża roku 1959, w którym to artysta zrealizował pierwszy swój film za granicą we współpracy z francuskim artystą multimedialnym Chrisem Markerem. Niezwykle plastyczny, slapstickowy film Astronauci  opowiada historię konstruktora-wynalazcy  i jego wiernej sowy, którzy wyruszają w pełną niezwykłych i zaskakujących przygód podróż chałupniczym statkiem kosmicznym. Dzieło flirtujące z dadaizmem, romansujące z kinem Georges’a Mélièsa doprowadza do perfekcji technikę animacji fotograficznej. 

Zwieńczeniem animowanej twórczości Borowczyka stał się film rysunkowy Piekielne Scherzo z 1984 roku, kipiący erotycznymi fascynacjami twórcy, które przelewał nie tylko na obrazy animowane. Pikantna, odważna historia opowiada o miłości diabła oraz anielicy. Zaróżowione łono delikatnej Purei nie zdumiewa, a przynajmniej nie powinno, już nikogo. Po wieloletnich igraszkach oraz kontrowersjach zgotowanych przez reżysera na polu filmów fabularnych widzowie przywykli do jego śmiałych, erotycznych obrazów. Ale o tym na następnej stronie.

Ostatnio dodane